Siły zbrojne

Rakiety manewrujące "szkolą" przeciwlotników. Rosja wdraża lekcje z Syrii [ANALIZA]

Fot. mil.ru
Fot. mil.ru

Rosyjskie ministerstwo obrony coraz częściej informuje o strzelaniach rakietowych, które dodatkowo odbywają się z niespotykaną od trzydziestu lat intensywnością. Nie chodzi jednak prawdopodobnie tylko o testy broni ofensywnej, ale również o zabezpieczenie prób systemów obrony antyrakietowej, jako odpowiedź na syryjską lekcje zafundowaną Rosjanom amerykańskimi rakietami Tomahawk i pociskami JASSM, francuskimi NCM i brytyjskimi Storm Shadow.

Coraz więcej informacji wskazuje na to, że rosyjska armia intensywnie przygotowuje się do odparcia uderzenia z powietrza wykonanego z wykorzystaniem konwencjonalnego uzbrojenia rakietowego i bomb kierowanych dalekiego zasięgu. Świadczy o tym chociażby liczba rakiet manewrujących i przeciwokrętowych, jakie są wystrzeliwane z okrętów i wyrzutni naziemnych, także w tych regionach, gdzie nie ma zagrożenia ze strony nawodnych jednostek pływających. Wynika z tego, że wystrzelone uzbrojenie może służyć bardziej nie jako broń ofensywna, ale jako symulowany, ale zbliżony do realnego, środek do testowania własnych systemów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych.

Wykorzystywane są przy tym zarówno rakiety nowej generacji, jak i systemy uzbrojenia stare i nie stanowiące już dużego zagrożenia dla zestawów obronnych wykorzystywanych przez potencjalnego przeciwnika (a więc przede wszystkim państwa NATO). Przykładem mogą być dwa pociski P-15 „Termit” wystrzelone z baterii rakiet nadbrzeżnych „Rubież” w Arktyce pod koniec sierpnia 2018 r., które są już od wielu lat uznawane za przestarzałe. „Termity” oczywiście oficjalnie „atakowały” ćwiczebne cele nawodne na Morzu Łaptiewów oddalone o ponad 50 km od brzegu, ale w rzeczywistości najprawdopodobniej „testowały” również system naprowadzania rozwiniętej w tamtym regionie baterii rakiet przeciwlotniczych S-400 „Triumf”.

Ostateczna weryfikacja tworzonego tam systemu obronnego nastąpiła prawdopodobnie dwa miesiące później, gdy 26 września 2018 r. wystrzelono w kierunku Morza Łaptiewów jeden pocisk przeciwokrętowy P-800 „Oniks” z baterii rakiet nabrzeżnych K-300P „Bastion” rozstawionej na wyspie Kotielnyj w archipelagu Wysp Nowosybirskich. Testy realizowano więc pociskiem, który leciał na wysokości około 10 m nad wodą i z prędkością ponad 2 Mach.

W podobny sposób trwają prawdopodobnie próby w rejonie zabezpieczonym przez Flotę Oceanu Spokojnego. Być może to właśnie dlatego tylko w czasie ćwiczenia Wostok-2018 w rejonie Morza Ochockiego odpalono aż siedem rakiet manewrujących i przeciwokrętowych. Wystrzelono wtedy co najmniej dwa pociski przeciwokrętowe P-1000 „Wulkan” lecące z prędkością ponad dwukrotnie przekraczającą dźwięk (z krążownika „Wariag” projektu 1164 typu Atłant), ponaddźwiękowy pocisk przeciwokrętowy P-800 „Granit” (z atomowego okrętu podwodnego „Tomsk” projektu 949A typu Antiej) oraz nowoczesne pociski przeciwokrętowe P-800 „Oniks” (z baterii rakiet nabrzeżnych K-300P „Bastion”).

I znowu Rosjanie pokazali jedynie start rakiet informując tylko, że wszystkie trafiły w dwa wyznaczone cele. Rzeczywisty powód strzelania rakietowego o takiej intensywności był jednak prawdopodobnie inny i miał pomóc w lepszym zorganizowaniu systemu przeciwlotniczego na wschodnich granicach Federacji Rosyjskiej – bardziej efektywnego niż ten, który stworzono w czasie syryjskiej interwencji.

Syria poligonem badawczym dla rosyjskich systemów uzbrojenia

Już od początku interwencji Rosji w Syrii było wiadomo, że wojna na Bliskim Wschodzie zostanie potraktowana przez Rosjan jako poligon doświadczalny, który nie tylko pozwoli sprawdzić im najnowsze systemy uzbrojenia, ale również wskaże kierunki, w jakich powinny się rozwijać rosyjskie siły zbrojne. W ten sposób wiele późniejszych decyzji ministerstwa obrony były bezpośrednią konsekwencją syryjskich działań, w tym jeżeli chodzi o taktykę prowadzenia operacji.

W podobny sposób potraktowano zresztą w Rosji wojnę domową na wschodniej Ukrainie, szczególnie w jej początkowej fazie, gdy w starciu z ukraińskimi żołnierzami był w największej części wykorzystywany sprzęt obsługiwany przez rosyjskich żołnierzy. Wypracowywane w ten sposób wnioski rosyjska armia trenowała później intensywnie w czasie wielu prowadzonych na okrągło ćwiczeń i sprawdzeń gotowości bojowej.

Najbardziej bolesną lekcję (szczególnie pod względem propagandowym) Rosjanie odebrali jednak w Syrii. Pierwszy dosadny test ich możliwości miał miejsce w kwietniu 2017 r., gdy w odwecie za użycie broni chemicznej w prowincji Idlib Amerykanie zaatakowali pod bokiem Rosjan bazę syryjskich sił powietrznych Szajrat z wykorzystaniem 59 rakiet RGM/UGM-109E Block IV Tactical Tomahawk (TacTom) – wszystkich w wersji morskiej.

image
Fot. mil.ru

W wyniku tego uderzenia zniszczono lub uszkodzono rozmieszczone tam samoloty (Su-22, MiG-23, prawdopodobne Su-24), pas startowy, schronohangary, magazyny amunicji, składy paliwa i materiałów wojskowych. Atakowano również elementy systemu obrony bazy, ale filmy opublikowane po nalocie wyraźnie pokazały, że część z nich pozostała nietknięta – w tym co najmniej trzy stanowiska wyrzutni rakiet przeciwlotniczych „Kwadrat” (eksportowa wersja systemu 2K12 „Kub”).

Okazało się więc, że ustawione w Szajrat i nawet niezniszczone syryjskie zestawy przeciwlotnicze (wspierane przez Rosjan) nie zapobiegły nalotowi, pomimo że atakujące obiekty znajdowały się zaraz obok nich. Dokładna skuteczność systemu przeciwlotniczego w Syrii w czasie nalotu nie jest znana, ponieważ rosyjskie źródła różnią się do amerykańskich. O ile bowiem Rosjanie wskazywali na kilkanaście zestrzelonych rakiet manewrujących to w Stanach Zjednoczonych twierdzono, że żaden z nadlatujących pocisków manewrujących nie został trafiony, a rakiety przeciwlotnicze startowały już po uderzeniu Tomahawków w cel.

image
Fot. mil.ru

Rosjanie informowali wtedy, że nie byli atakowani i dlatego nie zareagowali. Ich systemów przeciwlotniczych nie użyto skutecznie jednak również rok później, gdy Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi zaatakowali jednocześnie trzy obiekty, związane z użyciem przez Asada broni chemicznej: laboratorium w rejonie Damaszku oraz punkt dowodzenia i magazyny bojowych środków trujących w rejonie Homs. Co ciekawe, w teoretycznym zasięgu rosyjskich systemów przeciwlotniczych (w tym S-400 „Triumf”) znalazły się nie tylko amerykańskie Tomahawki, ale również pociski manewrujące Storm Shadow/Scalp EG wystrzelone z francuskich i brytyjskich samolotów Tornado i Rafale raz użyte po raz pierwszy w Syrii pociski manewrujące NCM/MdCN z francuskich fregat FREMM i pociski JASSM zrzucone z amerykańskich bombowców B-1B.

I znowu rosyjskie systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe okazały się bezradne przeciwko celom, nadlatującym z wielu kierunków, w tym samym czasie i na niskim pułapie. W ten sposób Rosjanie ponownie przekonali się dosadnie, że o rzeczywistej skuteczności ich baterii i zestawów plot nie decydują rakiety (w zasięgu których znalazły się przecież alianckie bomby i pociski cruise), ale:

  • radary kierowania uzbrojeniem, które mają naturalne ograniczenie wynikające z horyzontu radiolokacyjnego...
  • lub zewnętrzny system wskazywania celów, który jednak trzeba wcześniej odpowiednio zorganizować.

Czy Rosjanie wykorzystują lekcję syryjską w modernizacji lub wymianie uzbrojenia przeciwlotniczego?

Najbardziej oczywistym wnioskiem z działań w Syrii było zrozumienie, że zasięg działających samodzielnie baterii i zestawów przeciwlotniczych w odniesieniu do celów niskolecących jest zawsze ograniczony do maksymalnie kilkudziesięciu kilometrów. Co gorsza dla Rosjan zasięg ten nie dotyczy promienia wokół rozstawionych w terenie wyrzutni, ale najczęściej jednego w każdej baterii radaru kierowania uzbrojeniem (w przypadku systemu S-400 jest to stacja radiolokacyjna 92N6E). Nie ma więc w tym wypadku znaczenia dla żywotności danej jednostki przeciwlotniczej, w jaki sposób będą rozśrodkowane poszczególne jej elementy, ponieważ będzie ona działała tylko tak długo, jak dedykowany jej radar kierowania uzbrojeniem.

Świadomi tego Rosjanie działają dwukierunkowo. Z jednej strony kontynuują pracę nad rakietami przeciwlotniczymi o coraz większym zasięgu (nawet do 600 km) – w tym również ze względów prestiżowych. Z drugiej zaś strony pracują nad przesunięciem horyzontu radiolokacyjnego chociażby poprzez stosowanie rakiet korygowanych w locie i naprowadzanych aktywnie (nie wymagających podświetlania celu) oraz na połączenie wszystkich baterii w jednym systemie obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej.

Pierwszy cel jest w miarę łatwy do zrealizowania, ponieważ zwiększanie zasięgu pocisków „ziemia-powietrze” jest od dawna swoistą obsesją dla Rosjan. To dlatego już od kilku lat mówi się o wprowadzeniu nowego systemu obrony powietrznej 55R6M Triumfator-M/S-500 „Prometeusz”, który ma być zdolny do zwalczania rakiet balistycznych jak również celów powietrznych w odległości nawet 600 km (chociaż ze względu na „horyzont radiolokacyjny” mogą wtedy atakować wtedy tylko cele powyżej pułapu 20 000 m). W podobnym celu wprowadza się również w rosyjskich siłach powietrzno-kosmicznych baterie 40R6/S-400 „Triumf”. Nie zmieniono w tym systemie jego zasady działania, ale przede wszystkim dokonano wymiany i modernizacji sprzętu elektronicznego oraz rakiet, w naturalny sposób wykorzystując do tego dostępne technologie.

Modyfikacji podlegają też baterie systemu S-300P, które są zastępowane przez zestawy S-350E „Witiaź”. Tutaj dokonano już bardziej rewolucyjnych zmian zwiększając m.in. liczbę rakiet przeciwlotniczych na wyrzutniach z czterech (jak w systemie S-300P 4) do dwunastu (na wyrzutniach mobilnych PU 50P6E). Dodatkowo zastosowano mniejsze od wcześniejszych pocisków (5W55 oraz 48N6) i różnorodne rakiety: krótsze typu 9M96-2, które są naprowadzane aktywnie radiolokacyjnie z możliwością korygowania lotu (o zasięgu do 60 km i wysokości rażenia celów aerodynamicznych od 10 do 30 000 m oraz balistycznych od 2000 do 25 000 m) oraz dłuższe 9M96-1 (o zasięgu 120 km).

image
Fot. mil.ru

Podobnie jak i w systemach dalekiego zasięgu, tak i w systemach średniego i krótkiego zasięgu nie ma sygnałów, by w Rosji pojawiło się w ciągu najbliższych kilku lat jakieś całkowicie nowe rozwiązanie. Modyfikowane są więc jedynie już wykorzystywane zestawy poprzez przede wszystkim wymianę sprzętu elektronicznego. Przy czym wymiana systemów analogowych na cyfrowe i „skomputeryzowanie” zestawów zmniejszyło zarówno objętość i masę urządzeń, jak również wymagania odnośnie systemów zasilania.

W ten sposób to, co wcześniej trzeba było upychać na ciężkich pojazdach gąsienicowych z dużymi agregatami, teraz montuje się bez problemów na niewielkich i do tego samodzielnie działających modułach (z własnym źródłem zasilania). Rosjanie w ten sposób mogą dowolnie dobierać sobie podwozie wybierając pomiędzy mobilnością, zdolnością do działania w każdym terenie a np. ochrona balistyczną. Tak zrobiono przykładowo z zestawami przeciwlotniczymi krótkiego zasięgu „Tor-M2” przebudowując je na piętnastotonowy moduł „Tor-M2KM”. W przypadku Indii dało to możliwość umieszczenia go na podwoziu kołowym 8x8 Tata 3138C, a w wojskach arktycznych na przegubowym podwoziu gąsienicowym DT-30PM-T1 (9A331MDT „Tor-M2DT”). Ale może to być również taka platforma jak okręt, wagon kolejowy czy nawet obiekt stacjonarny.

Nowy radar, nowe pociski (9M338 zamiast 9M311) i nowy system kierowania spowodował, że zestaw nie tylko widzi i zwalcza obiekty powietrzne dalej (16 km w porównaniu do 12 km), ale według Rosjan może również atakować tak specyficzne cele jak pociski rakietowe i bomby kierowane (naprowadzając jednocześnie 4 rakiety na 4 cele).

image
Fot. mil.ru

Praktycznie w taki sam sposób postąpiono z systemem „Pancyr-S1”, który w wersji arktycznej bez problemu może zostać zainstalowany na podwoziu gąsienicowym (tak jak system „Tor-M2DT”). Oczywiście najważniejszą zmianą wprowadzanej od 2016 r. nowej wersji „Pancyr-S2” jest wymiana „elektroniki” (w tym radaru) oraz… zwiększenie zasięgu rakiet przeciwlotniczych 57E6-E z 20 do 30 km.

Sposób modernizacji „Pancyrów” i „Torów” został powielony również w przypadku systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu „Buk”. W najnowszej wersji 9K317M/”Buk-M3” wymieniono bowiem stację radiolokacyjną oraz rakiety przeciwlotnicze, dzięki czemu nowy system w porównaniu do poprzednich wersji („Buk-M2”) ma zwiększony zasięg o 25 km i pułap rażenia podniesiony do 35 km.

image
Fot. mil.ru

Do czego Rosjanie wykorzystują lekcję syryjską, jeżeli chodzi o sposób działania OPL?

Zakres ćwiczeń rakietowych w Rosji i oficjalne komunikaty ministerstwa obrony o manewrach wojskowych pozwalają w miarę wiarygodny sposób określić, w jaki sposób Rosjanie chcieliby dostosować swoje siły przeciwlotnicze i przeciwrakietowe do nowych zagrożeń z wykorzystaniem posiadanego oraz właśnie wprowadzanego sprzętu i uzbrojenia.

Proces tych zmian nie jest natychmiastowy i wyraźnie spotyka się z oporem: zarówno ze strony twardogłowych wojskowych chcących działać tradycyjnie, jak i „księgowych”, którzy nie chcą wydzielać i tak już ograniczonych pieniędzy. Ale i tak wyraźnie widać, że już niedługo w szeroko pojętej obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej rosyjskich sił zbrojnych doprowadzi się m.in. do głębokich zmian, w kierunku działania w sposób zintegrowany nawet na niskim szczeblu, zamiast tworzenia oddzielnych i autonomicznych systemów. Rosjanie będą chcieli zwalczać coraz trudniejsze cele, także te trudno wykrywalne i poza horyzontem.

image
Fot. mil.ru

Zmiany te są o tyle prawdopodobne, że Rosjanie zostaną do nich zmuszeni sytuacją finansową, nie mając np. możliwości wymiany sprzętu plot na zasadzie „jeden do jeden”. I nie ma w  tym przypadku znaczenia, że nowe wersje zestawów przeciwlotniczych mają większe możliwości zasięgowe i śledzenia. W odniesieniu do celów niskolecących systemy takie jak np. Buk-M3 i S-400 mają bowiem nadal takie same możliwości i może to zmienić tylko generalna zmiana taktyki prowadzenia operacji.

A przecież w przypadku dobrze rozwiniętego na ziemi systemu wykrywania i naprowadzania przy wykorzystaniu pocisków plot, mogących atakować cele także poza horyzontem, zwalczanie np. rakiet manewrujących na niskim pułapie mogłoby się odbywać nawet w odległości kilkuset kilometrów od strzelającej wyrzutni. W ten sposób nie trzeba by było ich rozstawiać tak gęsto jak obecnie, a jedna bateria S-400 „Tirumf” z odpowiednim zapasem rakiet teoretycznie byłaby w stanie pokryć obszar większy niż całe terytorium Polski. Obecnie nie była w stanie tego zrobić nawet w odniesieniu do dwukrotnie mniejszej Syrii.

Rosjanie wiedząc, że nie są już w stanie działać w „stary” sposób postanowili odejść od koncepcji tworzenia niezależnie działających pododdziałów i oddziałów przeciwlotniczych wydzielanych do osłony konkretnych jednostek rosyjskich wojsk lądowych. W zamian za to osłona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa ma być zapewniona przez zintegrowany system, w którym nie będzie miało znaczenia, w jakiej jednostce działa dany zestaw plot., ale na jakim terenie się on znajduje, w co jest wyposażony i co znajduje się w zasięgu jego rakiet.

image
Fot. mil.ru

Jest to zamierzenie, którego jak na razie ze względów technicznych nie można jeszcze zrealizować. To właśnie dlatego Rosjanie nadal informują np. o wymienianie starszych wersji systemów Tor i Buk w dywizjonach przeciwlotniczych kilku brygad zmechanizowanych i nie wskazują jeszcze oficjalnie na tworzenie pozabrygadowgo systemu opl.

Równolegle toczą się jednak zlecone przez rosyjskie ministerstwo obrony prace badawczo-rozwojowe pod kryptonimem „Standard” (na które jak na razie przeznaczono 422 miliony rubli). Ich efektem mają być m.in. projekty ustandaryzowanych systemów uzbrojenia plot. nowej generacji, opracowanie nowej koncepcji użycia sił obrony przeciwlotniczej oraz stworzenie jednolitego i zintegrowanego systemu, w którym wykorzystywane środki będą maksymalnie zunifikowane. Ma to zwiększyć skuteczność i efektywność stosowania uzbrojenia przeciwlotniczego, co automatycznie poprawi bezpieczeństwo działań rosyjskich wojsk lądowych i zwiększy ich potencjał bojowy.

Chodzi przede wszystkim o zmniejszenie czasu reakcji systemu na zagrożenie. I to zadanie już jest realizowane. W przypadku nowej wersji Tor-M2KM na osiągnięcie reżimu bojowego potrzebne są już tylko trzy minuty. Takie zmniejszenie czasu reakcji ma być zapewnione nawet w odniesieniu do pojedynczego strzelca przenośnych, rakietowych zestawów przeciwlotniczych klasy MANPADS. Najnowszy system tego typu 9K333 „Wierba” jest już bowiem przygotowany na zautomatyzowane wskazywanie celów, chociaż w rzeczywistości ten sposób działania w Rosji nadal nie może być w pełni wykorzystany.

Na przeszkodzie stoi nieszczelność systemu obserwacji technicznej, który zabezpiecza rosyjskie potrzeby tak naprawdę tylko na poziomie strategicznym. By to zmienić, Rosjanie planują wzmocnić pole radiolokacyjne włączając w system OPL wszelkie dostępne radary wykrywania celów powietrznych (również te które wcześniej pracowały tylko np. dla potrzeb wojsk lądowych lub sił morskich). Będzie to rewolucyjna zmiana, ponieważ do tej pory działano w ten sposób jedynie przy tworzeniu rosyjskiej tarczy antyrakietowej. Dzięki temu według Rosjan w 2016 r. po raz pierwszy stworzono „zamknięte pole radiolokacyjne systemu ostrzegania przed atakiem rakietowym”.

image
Fot. mil.ru

To co się udało zrobić w odniesieniu do wysokolecących rakiet balistycznych (przede wszystkim za pomocą rozstawionych w kilku miejscach Rosji dużych, stacjonarnych radarów wczesnego ostrzegania) teraz chce się również zrobić w odniesieniu do rakiet manewrujących -  jeżeli nawet nie wzdłuż całych granic to na szczególnie zagrożonych kierunkach. Podłączenie wszystkich dostępnych stacji radiolokacyjnych do systemu opl nie zamknie jednak problemu, ponieważ większość z nich jest zbyt mało dokładna, by wskazywać cele dla rakiet naprowadzanych półaktywnie.

By temu zaradzić Rosjanie coraz głośniej wskazują na konieczność szerszego wprowadzanie pocisków z głowicami aktywnym i kierowanymi radiokomendami w początkowej fazie lotu, jak również na możliwość przejmowania naprowadzania tych rakiet przez niededykowane im stacje radiolokacyjne. Radary nie będą już więc musiały być przydzielane do poszczególnych jednostek przeciwlotniczych (baterii, pułków), ale będą tworzyły jeden kompleks radiotechniczny, analizujący sytuację i dostarczający w czasie rzeczywistym dane dla wszystkich rozwiniętych w polu zestawów plot.

Do takiego systemu kierowania obroną przeciwlotniczą zamierza się również włączyć systemy walki radioelektronicznej, które stały się swoistą specjalnością rosyjskich sił zbrojnych. Rosja jest zresztą jednym z niewielu krajów, które organizuje ćwiczenia tylko tego rodzaju uzbrojenia i w których bierze udział nawet ponad tysiąc żołnierzy. Tak było np. we wrześniu 2018 r., gdy w czasie manewrów zorganizowanych na Krymie w Armenii i Abchazji jednostki WRE z Południowego Okręgu Wojskowego zabezpieczały działania własnych sił przed atakiem uzbrojonych systemów bezzałogowych.

image
Fot. mil.ru

Stosowano przy tym bardzo zróżnicowane środki walki radioelektronicznej: naziemne stacje „Żitiel”, 1Ł269 „Krasucha-2” i „Borisogliebsk” oraz oparty o drony zestaw „Lieer”. W sumie w czasie jednego dnia ćwiczeń wzięło jednocześnie udział ponad półtora tysiąca żołnierzy i około 300 egzemplarzy sprzętu wojskowego i kompleksów WRE. Wskazuje to na próbę traktowania przez Rosjan walki radioelektronicznej w sposób systemowy, zabezpieczający nie tylko wskazane miejsce, ale rozległy obszar i to w odniesieniu do różnego typu zagrożeń.

Zestaw „Lieer” jest dodatkowo przykładem na bezpośrednie połączenie wskazań z systemów WRE z systemami ogniowymi, które od razu mają neutralizować wykryte systemy elektroniczne przeciwnika. Wszystko wskazuje na to, że nie chodzi jedynie o cele znajdujące się na lądzie, ale również o obiekty latające. Oficjalnie na razie Rosjanie wspominają jedynie o takim działaniu w odniesieniu do systemów bezzałogowych, ale jest mało prawdopodobne by nie planowano tego systemu współdziałania sensorów z efektorami również w odniesieniu do innych celów powietrznych – w tym rakiet manewrujących.

image
Fot. mil.ru

Wszystkie te zmiany według rosyjskich specjalistów zwiększą efektywność obrony przeciwlotniczej, pozwalając m.in. na:

  • „ekonomiczne” wykorzystanie posiadanych w danym rejonie zestawów przeciwlotniczych, przede wszystkim poprzez dobór optymalnego efektora dla danego rodzaju celu powietrznego (do zwalczania dronów można np. wykorzystać armaty zestawu Pancyr-S-1 a nie rakiety);
  • zmniejszenie liczbę zestawów przeciwlotniczych koniecznych do stworzenia skutecznego systemu obrony dla danego obszaru lub dla danej operacji.

Rosyjscy specjaliści wskazują przy tym, że praktycznie w taki sam sposób powinna być organizowana obrona przeciwlotnicza w każdym państwie.

Komentarze