Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • ANALIZA
  • KOMENTARZ

Rosyjskie rakiety blisko polskich zakładów zbrojeniowych. Miliardowe inwestycje zagrożone [MAPA]

Polska zbrojeniówka a rosyjskie rakiety
Polska zbrojeniówka a rosyjskie rakiety
Autor. Artur Rosiński/NewsMap.pl

Rosyjska rakieta manewrująca, która upadła około 90 km od granicy Polski z Ukrainą, mogła – w przypadku kontynuowania lotu – potencjalnie zagrażać polskim zakładom zbrojeniowym w Kraśniku. Problem jest jednak szerszy, bo w zasadzie większość incydentów naruszeń polskiej przestrzeni powietrznej z kierunku wschodniego wiąże się z ryzykiem dla rozbudowywanych za miliardy złotych zakładów przemysłu obronnego.

Wlot i uderzenie rosyjskiej rakiety manewrującej Ch-101 w miejscowości Tarnowo-Kolonia to tylko ostatni z incydentów, jakie miały miejsce w związku z trwającą agresją Rosji przeciwko Ukrainie, a wiązały się z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej. Pocisk ten, który upadł w momencie namierzania przez dyżurujący myśliwiec F-16, znajdował się w odległości około 30-40 km od Kraśnika, gdzie mieści się jeden z zakładów grupy Mesko, produkujących amunicję i prowadzących inwestycje, w tym w kierunku zwiększenia produkcji pocisków 155 mm. Tylko na zakłady w Kraśniku przeznaczono z Funduszu Inwestycji Kapitałowych prawie miliard złotych (dokładnie 887 mln zł), a zamówienia planowane i realizowane to co najmniej kilkanaście miliardów.

Problem jest jednak dużo szerszy. W odległości kilkudziesięciu kilometrów od zakładów zbrojeniowych upadały też rosyjskie bezzałogowce, które wleciały na teren Polski we wrześniu 2025 roku. Wszystko to każe się zastanowić nad bezpieczeństwem przemysłu obronnego – tak w czasie kryzysu, jak i wojny. Miejsca upadku bezzałogowców i rakiet oraz położenie wybranych zakładów przemysłowych można zobaczyć na załączonej do artykułu mapie.

Polska zbrojeniówka na wschodzie

Ze względów historycznych wiele polskich zakładów zbrojeniowych położonych jest przy granicach z Ukrainą (i w mniejszym stopniu – Białorusią). Zakłady te stanowiły część dawnego Centralnego Okręgu Przemysłowego, terenu uznanego jeszcze w czasie II RP, przy ówczesnych granicach, za względnie bezpieczny zarówno pod kątem zagrożenia z terytorium Rosji/ZSRR, jak i Niemiec/III Rzeszy. Obok zakładów Mesko w Kraśniku, Skarżysku-Kamiennej i Pionkach to także Huta Stalowa Wola, Dezamet z Nowej Dęby czy Autosan w Sanoku oraz PZL Mielec. Zdolności produkcyjne w tych zakładach były rozwijane również po II wojnie światowej. Oprócz zakładów z rodowodem COP powstawały nowe, jak PZL Świdnik.

Reklama

Oznacza to, że naruszenia przestrzeni powietrznej z terytoriów tych państw stanowią potencjalne zagrożenie dla polskich zakładów zbrojeniowych. Przykładowo, Huta Stalowa Wola, gdzie produkowane są BWP Borsuk, ZSSW-30 czy haubice Krab i pojazdy wsparcia, leży zaledwie 90 km od granicy z Ukrainą, w podobnej odległości jest zakład Gamrat w Jaśle. Tylko Huta Stalowa Wola wraz z jednostkami powiązanymi ma w swoim portfelu zamówienia za kilkadziesiąt miliardów złotych, otrzymała też miliardowe dofinansowanie z Funduszu Inwestycji Kapitałowych

Jeszcze bliżej granicy z Ukrainą położony jest Rzeszów, gdzie zlokalizowane są ważne zakłady będące obecnie własnością koncernu Pratt&Whitney. Nieco dalej od granicy – bo około 150 km – są chociażby zakłady w Pionkach, ale też kluczowa dla zaopatrzenia stolicy w energię elektryczną elektrownia w Kozienicach. W bardziej komfortowej sytuacji są np. zakłady zbrojeniowe położone na Śląsku, jak Bumar-Łabędy i Rosomak S.A., poznańskie Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne czy nowo budowany zakład Grupy WB i Hanwha Aerospace w Gorzowie Wielkopolskim.

Choć, jak pokazuje sytuacja z wlotem na ponad 300 km w rejon Bydgoszczy rosyjskiej rakiety Ch-555 z końca 2022 roku (była bez głowicy bojowej), odległość nie stanowi pełnego zabezpieczenia przed rosyjskimi środkami napadu powietrznego. Mimo wszystko jednak obiekty położone we wschodniej Polsce są najbardziej narażone na zagrożenie. W czasie pokoju i kryzysu, lub inaczej – w sytuacji, gdy nie jest zawieszony cywilny ruch lotniczy, co zwykle ma miejsce w warunkach wojennych – obok samego wykrycia i namierzenia celu, niezbędna jest jeszcze jego pewna, jednoznaczna identyfikacja. A tej można dokonać w zasadzie tylko za pomocą systemów optoelektronicznych, co zajmuje czas.

Trudna obrona

Obok par samolotów dyżurujących na ziemi, a w sytuacji podwyższonego zagrożenia – w powietrzu, obrona przestrzeni powietrznej we wschodniej Polsce niezmiennie od przełomu lutego i marca 2022 roku wzmocniona jest dyżurującymi przez cały czas zestawami przeciwlotniczymi. Najsilniejszą, bo złożoną z holenderskich zestawów Patriot, ma lotnisko w Rzeszowie, przez które przebiega NATO-wski szlak pomocy dla Ukrainy. Oprócz tego zestawy, między innymi typu Osa, Newa i Kub, są jeszcze rozmieszczone w innych lokalizacjach we wschodniej Polsce. Co ciekawe, większość z nich, choć to zmodernizowany sprzęt posowiecki (wyłączając systemy Poprad i ewentualnie nową Małą Narew), jest wyposażona w systemy optoelektroniczne, więc problem „pokojowej” identyfikacji celu można rozwiązać.

Jednakże te systemy mają zasięg od kilku do około 20 km (a wobec celów o parametrach dronów czy rakiet manewrujących nawet mniej). Zapewniają też tylko punktową obronę i to – biorąc pod uwagę potencjał, jaki posiada Polska – kilku wybranych obszarów/obiektów. Trzeba też pamiętać, że nie można kierować do dyżuru bojowego całości czy większości posiadanego potencjału, bo wtedy ucierpi szkolenie i przygotowanie do podstawowego zadania, czyli obrony w warunkach konfliktu o dużej intensywności. Służbę w czasie pokoju i kryzysu pełni się inaczej – nie ma konieczności tak rygorystycznego, jak w czasie wojny, maskowania, dyscypliny łączności i zmian stanowisk. Ale też nie ma takiej swobody, choćby doboru tych stanowisk, bo w warunkach stanu wojennego wojsko (nie tylko OPL) ma dużo szerszy dostęp do przygodnych, także prywatnych terenów i nie musi się przejmować ewentualnymi szkodami.

Jak więc rozwiązać ten problem? Nie ma jednego rozwiązania, niemniej zdolność obrony przynajmniej wybranych obszarów i obiektów wzdłuż wschodniej granicy powinna zostać wzmocniona po wprowadzeniu zakupionych pilnie w ubiegłym roku systemów San (formalnie przeciwlotniczych ze zdolnością do zwalczania BSP) i zamówionej nieco wcześniej Pilicy+. Część z tych zestawów zapewne zostanie skierowana do dyżuru bojowego. Trzeba pamiętać o szkoleniu i utrzymywaniu ich w sprawności, bo głównym ich zadaniem jest i pozostanie obrona w sytuacji konfliktu o dużej intensywności, do której cały czas powinny utrzymywać gotowość, tak jak całe Siły Zbrojne RP. Z drugiej strony, wdrożenie systemu San, które ma się rozpocząć w tym roku, a pełną gotowość zapewnić do połowy 2028 roku, staje się jeszcze bardziej pilną kwestią. Dodajmy, że wiele z założeń tego systemu powstało do pierwszej połowy 2024 roku w ramach programu KINMA, ale ich nie realizowano.

Reklama

Powstaje oczywiście pytanie, jak rozszerzyć taką ochronę. Można myśleć o zwiększeniu funkcjonalności systemu San, na przykład przez integrację go z rakietami przeciwlotniczymi Piorun do zwalczania pocisków manewrujących. Nie chodzi tutaj jednak o dodanie kolejnego pojazdu w i tak rozbudowanej strukturze baterii/plutonu, ale o integrację wyrzutni, np. na wieży z armatą 30 mm Kongsberga. Powinno to być o tyle możliwe, że norweski koncern i dostawca wież MCT-30 dla systemu San już współpracuje z zakładami Mesko w sprawie integracji Piorunów na swoich modułach uzbrojenia RS4 i RS6, a stosowne porozumienie zawarto na Defence24 Days 2026.

System przeciwlotniczy Kusza.
System przeciwlotniczy Kusza.
Autor. Adam Świerkowski / Defence24

Innym możliwym sposobem wzmocnienia punktowej obrony zakładów zbrojeniowych byłoby utworzenie pododdziałów przeciwlotniczych wyposażonych w zestawy typu Kusza lub podobne – lekkie i możliwe do osadzenia nawet na pojeździe 4x4 lub pojeździe bezzałogowym, ale jednocześnie wyposażone (każdy pojazd) w kamerę termowizyjną i system identyfikacji swój-obcy (IFF) oraz system łączności. To zapewnia zdolność obrony przy minimalizacji załogi (2 osoby dla jednego pojazdu, 6-8 dla samodzielnego plutonu ogniowego). Być może należałoby sformować takie pododdziały nawet w strukturach Wojsk Obrony Terytorialnej i kierować je do ochrony infrastruktury krytycznej, z założeniem osiągania podniesionej gotowości w przypadku ryzyka przekroczenia granicy.

Strukturalną poprawę sytuacji na wschodniej granicy Polski i w systemie obrony powietrznej powinno jednak przynieść dopiero wprowadzenie generacyjnie nowych systemów, takich jak aerostaty Barbara (jak mówił Defence24.pl Dowódca Operacyjny RSZ gen. dyw. pil. Ireneusz Nowak, rozmieszczenie pierwszego posterunku ma odbyć się w 2027 roku czy system Narew w docelowej konfiguracji oraz nowe samoloty F-35A i FA-50PL. Oddzielną kwestią, ale wymagającą analizowania i wdrażania już teraz, jest możliwe rozproszenie produkcji i ewentualne przeniesienie jej w bezpieczniejsze miejsca, także umocnione, w innych częściach Polski, a nawet poza Polską na czas wojny. Ukraina w zasadzie odbudowała swój przemysł obronny w takich warunkach, bo wiele z zakładów istniejących od 2022 roku zostało zniszczonych, ale tylko dlatego, że front udało się ustabilizować, a środki finansowe zostały zapewnione przez partnerów zachodnich. Polski przemysł pozostanie więc zagrożony zarówno w czasie „pokoju/kryzysu”, jak i wojny, i trzeba pracować nad różnymi środkami zwiększającymi jego ochronę.

Reklama

Wybrane okazje dla Ciebie

Reklama
Reklama
Polecane
czytaj więcej
Eurofighter T4
Coraz więcej samolotów bojowych od Leonardo
Materiał sponsorowany
2 min.
5
1
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować