Reklama
Reklama
  • WYWIADY
  • WIADOMOŚCI

Rosja, Chiny i Iran mogą uderzyć jednocześnie. Europa znajdzie się w centrum kryzysu [WYWIAD]

Golden Fleet
ogłoszenie Złotej Floty przez Donalda Trumpa
Autor. Daniel Torok / White House

Rosja, Chiny i Iran nie są już trzema odrębnymi zagrożeniami, lecz tworzą skoordynowaną oś, która może doprowadzić do jednoczesnego kryzysu w Europie, na Bliskim Wschodzie i Pacyfiku. Przeciążona amerykańska marynarka może zostać zmuszona do wyboru, którego sojusznika bronić — podkreśla w rozmowie z Defence24 kmdr James Fanell, były szef wywiadu Floty Pacyfiku USA.

USA mają dwa razy mniej okrętów

Jędrzej Graf: Chciałbym rozpocząć naszą dyskusję od spojrzenia na sytuację na Bliskim Wschodzie z perspektywy Pana bogatego doświadczenia. Chociaż w Warszawie skupiamy się oczywiście na Ukrainie, dostrzegamy coraz silniejszy związek między konfliktami na Bliskim Wschodzie, działaniami Rosji a sytuacją w regionie Pacyfiku. Jakie są kluczowe powiązania i konsekwencje tych wydarzeń na Bliskim Wschodzie oraz działań Iranu dla regionu Pacyfiku i naszej części Europy?

Kmdr w st. spocz. James Fanell: Najważniejszym czynnikiem łączącym Iran i region Pacyfiku jest wpływ na Marynarkę Wojenną Stanów Zjednoczonych jako siłę globalną. Rodzi to fundamentalne pytanie o skalę: czy dysponujemy wystarczającymi zasobami, by być jednocześnie w dwóch lub trzech miejscach? Czy mamy wystarczającą liczbę lotniskowców, niszczycieli i, co ważne, wystarczającą liczbę pocisków w naszych magazynach?

Z mojej perspektywy kluczem strategicznym jest to, że sytuacja ta uwydatnia i wykorzystuje obecne, zmniejszone rozmiary Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Kiedy w 1986 roku zostałem powołany do służby, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych dysponowała około 600 okrętami nawodnymi i podwodnymi. Dzisiaj z trudem utrzymujemy nawet 300. W ciągu 40 lat skutecznie zmniejszyliśmy liczbę okrętów Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych o połowę, podczas gdy chińska marynarka wojenna się rozrastała.

Chińska marynarka wojenna przeszła najszybszą ekspansję w historii morskiej, przechodząc od sił przybrzeżnych typu „brown water” do największej marynarki wojennej na świecie. Pomimo tego radykalnego zmniejszenia liczby naszych okrętów nie ograniczyliśmy naszych globalnych zobowiązań. Nadal próbujemy obejmować swoim zasięgiem Bliski Wschód, Europę i Pacyfik, dysponując połową środków, w wyniku czego jesteśmy nadwyrężeni do granic możliwości.

Reklama

W nawiązaniu do tego, taka redukcja z 600 do 300 okrętów stanowi ogromną zmianę strukturalną. Jak doszliśmy do tego punktu wrażliwości?

Musimy przyjrzeć się okresowi po zimnej wojnie. Po II wojnie światowej stworzyliśmy kompleksowy system bezpieczeństwa narodowego – z takimi jednostkami jak Biuro Oceny Sił (Office of Net Assessment) – aby spojrzeć 30 lat w przyszłość i zapewnić, że nigdy więcej nie zostaniemy zaskoczeni. System ten skupiał się na równorzędnych konkurentach. Jednak po 1990 roku dominującą ideą stała się „koniec historii”. Obie partie polityczne dążyły do „dywidendy pokojowej”.

Zaczęliśmy zamykać bazy, a co ważniejsze – likwidować stocznie, które zapewniały nam przemysłowy potencjał rezerwowy. W latach 90. koszty konserwacji, napraw i remontów (MRO) zaczęły gwałtownie rosnąć, ponieważ infrastruktura starzała się i kurczyła. Potem nastąpiły wydarzenia z 11 września i przez dwie dekady nasze strategiczne priorytety przesunęły się niemal całkowicie w kierunku lądowych działań antyterrorystycznych i operacji specjalnych.

Marynarka wojenna była traktowana jako „usługa transportowa” lub dostawca sił do uderzeń na cele lądowe prowadzonych przez siły połączone. Nasz kompleks militarno-przemysłowy utracił długoterminową wizję morską i skupił się obsesyjnie na doraźnych konfliktach o niskiej intensywności. Zasadniczo zapomnieliśmy, że Stany Zjednoczone są w swej istocie potęgą morską zależną od swobodnego dostępu do mórz. To zaniedbanie pozostawiło nas z bazą przemysłową, która obecnie nie jest w stanie dotrzymać kroku naszym rywalom.

„Podatek od połączoności" osłabił US Navy

Z politycznego punktu widzenia wydaje się, że neokonserwatyści byli tak pewni hegemonii Stanów Zjednoczonych, że wierzyli, iż nasz istniejący potencjał jest wystarczający, podczas gdy Chiny po cichu budowały swój własny. Czy ta doktryna „sił połączonych” faktycznie szkodzi specyficznym potrzebom Marynarki Wojennej?

Ustawa Goldwatera-Nicholsa z 1986 r., choć miała na celu poprawę koordynacji, ostatecznie nałożyła na Marynarkę Wojenną „podatek od wspólnych działań”. Pozwoliła ona armii i siłom powietrznym na równy, a nawet dominujący wpływ na wymagania marynarki wojennej. Przez 30 lat ci z nas, którzy służyli na Pacyfiku, przedkładali wnioski, ostrzegając, że zagrożenie ze strony Chin gwałtownie rośnie.

Ostrzeżenia te dotyczyły nie tylko liczby kadłubów okrętów, ale także zaawansowanych technologii i wojny kognitywnej. Te skoncentrowane na Pacyfiku wymagania były często pomijane w hierarchii Pentagonu, ponieważ nie pasowały do lądocentrycznej narracji o „współdziałaniu”. Dzisiaj widzimy tego koszt: obecnie nie jesteśmy w stanie skutecznie zabezpieczyć kluczowej morskiej strategicznej linii komunikacyjnej, takiej jak Cieśnina Ormuz, nawet przed przeciwnikiem, który nie jest nam równy (non-peer adversary).

Zamiast proaktywnej strategii morskiej znajdujemy się w defensywnej erze politycznej opartej na zasadzie „zero defektów”. Strach przed utratą jednego okrętu lub kilkuset marynarzy uniemożliwia nam przejęcie kontroli. Ten brak woli politycznej w połączeniu z kurczącymi się zasobami sprawia, że działamy reaktywnie, a nie dominująco. Straciliśmy przewagę, która przez dziesięciolecia definiowała obecność marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych.

Type 052D
Chiński niszczyciel Type 052D
Autor. Mehr News Agency (CC BY-SA 4.0)

Bliski Wschód osłabia odstraszanie Chin

Jeśli spojrzymy konkretnie na Bliski Wschód, to w jaki sposób obecne rozmieszczenie sił wpływa na naszą zdolność do odstraszania Chin?

Każdy dzień, w którym lotniskowiec USSGerald R. Ford lub inne lotniskowce pozostają w przedłużonym rozmieszczeniu na północnym Morzu Arabskim, skraca ich okres eksploatacji. Odkładają one zaplanowane cykle konserwacji i szkoleń, co powoduje ogromne zaległości i ma negatywny wpływ na utrzymanie całej floty. Niedawne rozmieszczenie lotniskowca „Ford” trwające ponad 300 dni było wyczynem wytrzymałościowym, ale pozostawia ogromną lukę w przyszłej gotowości bojowej.

Chiny bacznie to obserwują. Rozumieją nasze cykle konserwacyjne równie dobrze jak my. Widzą, że nasze lotniskowce są zajęte reagowaniem na drony Huti lub niebezpieczeństwami ze strony Iranu. To wzmacnia ich przekonanie, że otwiera się „okno możliwości” do podjęcia działań przeciwko Tajwanowi. Nasze odstraszanie na Pacyfiku jest skutecznie osłabiane przez te regionalne przedłużenia misji.

Jeśli nie potrafimy poradzić sobie z kryzysem regionalnym bez wyczerpania naszej globalnej floty lotniskowców, tracimy zdolność do projekcji siły tam, gdzie ma to największe znaczenie. Efekt domina tych misji będzie odczuwalny przez lata, ponieważ nasze okręty wchodzą w długotrwałe cykle remontowe, z którymi nasze ograniczone stocznie z trudem sobie radzą. Nasi przeciwnicy wykorzystują te czynniki rozpraszające uwagę, czerpiąc z nich maksymalną korzyść strategiczną.

„Golden Fleet" i kryzys amerykańskich stoczni

Jak ocenia Pan program „Złotej Floty” mający na celu odbudowę Marynarki Wojennej i czy amerykański przemysł zbrojeniowy rzeczywiście jest w stanie poradzić sobie z tak ogromnym wzrostem?

Ogłoszenie programu „Złotej Floty” pod koniec 2025 roku to pierwszy przypadek od czasów Reagana, kiedy to prezydent nadał Marynarce Wojennej priorytet jako głównemu instrumentowi siły. Przeniesienie nadzoru nad budową okrętów do Biura Zarządzania i Budżetu (OMB) pod kierownictwem Russa Voughta stanowi kluczową zmianę biurokratyczną. Oznacza to, że budowa okrętów jest teraz zadaniem zleconym przez prezydenta, a nie tylko prośbą Marynarki Wojennej.

Proponowany wzrost budżetu o 1,5 biliona dolarów w ciągu dziesięciu lat ma na celu odbudowę infrastruktury utraconej w latach 90. Jednak w rzeczywistości dysponujemy jedynie około siedmioma stoczniami zdolnymi do budowy dużych okrętów wojennych, podczas gdy Chiny mają ich dziesiątki. Ta nierównowaga przemysłowa stanowi nasz największy punkt słabości. Nie możemy po prostu „drukować” nowych okrętów bez suchych doków i wykwalifikowanej siły roboczej.

Właśnie dlatego obserwujemy dążenie do „sojuszniczego budownictwa okrętowego” z partnerami takimi jak Japonia i Korea Południowa. Zaangażowanie firmy Hanwha w stoczni Philadelphia Naval Shipyard jest niezbędnym początkiem. Musimy wykorzystać potencjał przemysłowy naszych sojuszników, aby wypełnić lukę w czasie, gdy odbudowujemy nasze własne stocznie krajowe. Jest to wyścig z czasem, który wymaga ogromnych i trwałych inwestycji.

Wielkie okręty nie straciły znaczenia

Jeśli chodzi o chińskie zagrożenie, niektórzy wciąż twierdzą, że duże okręty są przestarzałe w erze dronów. Na jakich typach okrętów powinny skupić się Stany Zjednoczone i jak ocenia Pan postęp technologiczny Chin, a konkretnie ich lotniskowce, takie jak „Liaoning” i „Fujian”?

Pogląd, że drony sprawiają, iż duże okręty stają się przestarzałe, wynika z niezrozumienia geografii. Pacyfik to nie Morze Czarne; odległości mierzy się w tysiącach mil. Nie da się zapewnić trwałej przewagi militarnej na takich odległościach wyłącznie za pomocą małych dronów. Potrzebujemy okrętów flagowych – niszczycieli z dużymi zapasami amunicji i lotniskowców – które charakteryzują się wystarczającą odpornością, by działać w strefach objętych walkami.

Spójrzmy na postępy Chin. Zaczęli od lotniskowca„Liaoning”, który kupili od Ukrainy pod pretekstem przekształcenia go w „pływające kasyno”. Przeanalizowali go, przebudowali i wykorzystali do opanowania zasad eksploatacji lotniskowca. Nie poprzestali jednak na tym. Zbudowali„Shandong”, a obecnie dysponują lotniskowcemFujian wyposażonym w elektromagnetyczne systemy katapultowe (EMALS).

Technologia ta była wcześniej zarezerwowana wyłącznie dla naszych okrętów klasy „Ford”. Budują również okręt typu 076 – desantowy okręt transportujący drony, również wyposażony w katapulty EMALS. Integrują drony z flotą dużych okrętów, a nie zastępują nią dotychczasowe jednostki. Co więcej, przewyższają nas w dziedzinie technologii rakietowej – ich naddźwiękowe i hipersoniczne pociski przeciwokrętowe są bardziej zaawansowane i liczniejsze niż nasze poddźwiękowe pociski „Harpoon”.

Reklama

Z Pańskiej perspektywy, dlaczego Chiny mogłyby zdecydować się na przeprowadzenie operacji zbrojnej przeciwko Tajwanowi w ciągu najbliższych dwóch do trzech lat i w jaki sposób odzwierciedlają to ich wydatki na obronę?

Xi Jinping bardzo jasno wyraził się na temat „Wielkiego Odrodzenia Narodu Chińskiego” do 2049 roku. Postrzega on „zjednoczenie” z Tajwanem jako absolutny warunek wstępny osiągnięcia tego celu. Jeśli poczekają do lat 40. XXI wieku, ryzykują porażką, która przyćmi obchody stulecia. Działając w ramach tego, co nazywam „Dekadą Niepokoju” (2020–2030), Komunistyczna Partia Chin dąży do zapewnienia, że każda decyzja o użyciu siły zbrojnej około 2030 roku da Chińskiej Armii Ludowej wystarczająco dużo czasu na wykonanie misji, a reszcie świata pozwoli zapomnieć o tym wydarzeniu, tak jak uczynił to Zachód po wydarzeniach na placu Tiananmen, po czym tłumnie powrócił do Pekinu, by obejrzeć ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku.

Ich wydatki doskonale odzwierciedlają tę pilność. Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych budżet wojskowy ulegał wahaniom, Chiny od trzech dekad konsekwentnie zwiększają swój budżet wojskowy o 7–8% rocznie. Priorytetowo traktują Marynarkę Wojenną Chińskiej Armii Ludowej jako główne narzędzie wywierania globalnego wpływu. Produkują cztery do pięciu okrętów wojennych na każdy okręt wyprodukowany przez nas, tworząc ogromną przewagę ilościową.

Jedną z godnych uwagi metod, jaką stosują, jest „strategia Anakondy”. Jest to powolne duszenie mające na celu stopniowe, dzień po dniu, pozbawianie Tajwanu suwerenności. Od 2020 roku przekroczyli „linię środkową” i wykorzystali chińską straż przybrzeżną do stwierdzenia, że są to wody wewnętrzne. Stosują wojnę poznawczą, aby sprawić, by Tajwańczycy poczuli, że pomoc Stanów Zjednoczonych jest zbyt odległa, by miała znaczenie.

Tajwański okręt podwodny „Hai Lung” (SS-793) uczestniczy w ćwiczeniach Marynarki Wojennej Republiki Chińskiej. W tle widoczny śmigłowiec ZOP Sikorsky S-70C(M) Thunderhawk.
Tajwański okręt podwodny „Hai Lung” (SS-793) uczestniczy w ćwiczeniach Marynarki Wojennej Republiki Chińskiej. W tle widoczny śmigłowiec ZOP Sikorsky S-70C(M) Thunderhawk.
Autor. Wang Yu Ching / Biuro Prezydenta Republiki Chińskiej / flickr

Jakie byłyby geopolityczne konsekwencje, gdyby Stany Zjednoczone i Zachód „straciły” Tajwan?

Byłaby to katastrofa strategiczna najwyższej rangi. Tajwan jest „niezatapialnym lotniskowcem” Pierwszego Łańcucha Wysp. Jeśli Chiny przejmą nad nim kontrolę, ich atomowe okręty podwodne typu SSN zyskają natychmiastowy, niekontrolowany dostęp do głębokich wód środkowego Pacyfiku. Zmieniłoby to zasadniczo kalkulacje bezpieczeństwa Japonii, Filipin, a nawet Hawajów.

Pod względem gospodarczym ponad 50% światowego ruchu kontenerowego przechodzi przez Cieśninę Tajwańską. Jeśli Pekin zdoła przekształcić ją w „drogę płatną” lub zamknąć ją według własnego uznania, skutecznie weźmie globalną gospodarkę jako zakładnika. Byłby to „efekt domina”, gdy regionalni sojusznicy uświadomiliby sobie, że parasol bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych się załamał. Cały powojenny porządek na Pacyfiku zniknąłby z dnia na dzień.

Utrata Tajwanu oznaczałaby również utratę kluczowej infrastruktury półprzewodnikowej, co byłoby ciosem dla zachodniego przemysłu technologicznego i obronnego. Nie chodzi tu tylko o małą wyspę; chodzi o bramę do Pacyfiku i przyszłość światowego handlu morskiego. Bez Tajwanu Stany Zjednoczone zostaną zepchnięte do Drugiego Łańcucha Wysp i dalej, tracąc w ten sposób status mocarstwa pacyficznego.

Skoordynowana oś: zagrożenie dla USA i Polski

Czy istnieje możliwość, że konflikty w Rosji, Chinach i Iranie mogłyby zostać zsynchronizowane, aby przytłoczyć reakcję Stanów Zjednoczonych?

Jestem o tym przekonany. Nie mamy już do czynienia z trzema odrębnymi problemami; stoimy w obliczu skoordynowanej osi. Xi Jinping pełni rolę „mistrza marionetek” stojącego za tym sojuszem. Chiny dostarczają technologie podwójnego zastosowania oraz finansowe wsparcie, które pozwalają rosyjskiej machinie wojennej na Ukrainie funkcjonować. Są cichym partnerem w niszczeniu europejskiej architektury bezpieczeństwa.

Jednocześnie Chiny są głównym nabywcą irańskiej ropy. Dochody z tego tytułu bezpośrednio finansują ataki Huti i Hezbollahu, które wiążą naszą marynarkę wojenną na Bliskim Wschodzie. Celowo stwarzają one Stanom Zjednoczonym dylemat wielopłaszczyznowy, wiedząc, że nasza obecna flota licząca 300 okrętów nie może być wszędzie jednocześnie. Jest to strategia wyczerpania i przeciążenia.

Chcą, abyśmy byli tak wyczerpani i mieli tak małe zapasy amunicji w Europie i na Bliskim Wschodzie, że nie zostanie nam nic na Pacyfik. Synchronizując te kryzysy, zmuszają Waszyngton do dokonywania niemożliwych wyborów dotyczących tego, których sojuszników porzucić. Jest to wyrafinowana operacja na skalę globalną, mająca na celu złamanie amerykańskiej hegemonii poprzez tysiące małych i dużych cięć.

Na koniec, patrząc na politykę Stanów Zjednoczonych, czy dostrzega Pan wzrost nastrojów „przychylnych marynarce wojennej” do poziomu, który pozwoli utrzymać inicjatywę „Złotej Floty”?

Nastroje te rosną, ale martwię się o ich długoterminową trwałość. Prezydent Trump stoi na czele tej inicjatywy, ale marynarki wojennej nie buduje się w ciągu jednej kadencji. Wymaga to dziesięcioleci konsekwentnego finansowania i planowania przemysłowego. Obecnie brakuje nam współczesnego odpowiednika senatora Carla Vinsona – ustawodawcy posiadającego głęboki, ponadpartyjny autorytet, który pozwoliłby chronić budżety marynarki wojennej przez dwadzieścia lat.

Musimy przestać traktować marynarkę wojenną jako wydatek uznaniowy i zacząć traktować ją jako podstawową polisę ubezpieczeniową dla przetrwania naszego kraju. Jeśli nie zaangażujemy się teraz w trwającą dziesięć lat odbudowę naszej potęgi morskiej, oddamy to stulecie Chinom. Wola polityczna musi przełożyć się na wieloletnie kontrakty, które dadzą stoczniom pewność niezbędną do rozwoju.

Kiedy wylewa się fundamenty, trzeba poczekać lata, zanim będzie można na nich budować. Odbudowa naszych stoczni i floty przebiega dokładnie tak samo. Wymaga to narodowego zaangażowania wykraczającego poza cykle wyborcze. Bez tego „Złota Flota” pozostanie wizją, a nie rzeczywistością, a nasza dominacja morska będzie się nadal osłabiać, aż będzie za późno.

Bardzo dziękuję.

Komandor (w stanie spoczynku) James Fanell w czasie czynnej służby był starszym oficerem wywiadu wojskowego ds. Chin w Biurze Wywiadu Marynarki Wojennej, a także byłym szefem wywiadu amerykańskiej Floty Pacyfiku i Siódmej Floty oraz Grupy Uderzeniowej Lotniskowca „Kitty Hawk”. Po zakończeniu służby czynnej jest autorem różnych publikacji dotyczących Chin i potęgi morskiej.

Reklama

Wybrane okazje dla Ciebie

Reklama
Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować