Geopolityka

Amerykański weteran: kłamaliśmy na temat wojny w Afganistanie [WYWIAD]

Fot. MSGT A. Burnett/US Central Command.
Fot. MSGT A. Burnett/US Central Command.

My, Amerykanie, musimy dokonać głębokiego, politycznego i militarnego rachunku sumienia. Musimy zrozumieć, że każdy na świecie – wróg i przyjaciel – wie, że na temat tej wojny kłamaliśmy - mówi w rozmowie z dr. Robertem Czuldą Daniel L. Davis – podpułkownik US Army w stanie spoczynku i ekspert ds. obronności w amerykańskim, pozarządowym ośrodku analitycznym Defense Priorities.

Dr Robert Czulda: Zanim rozpoczniemy rozmawiać o Afganistanie, proszę przedstawić naszym Czytelnikom swoje doświadczenie w tym kraju.

Daniel L. Davis – podpułkownik US Army w stanie spoczynku i ekspert ds. obronności w amerykańskim, pozarządowym ośrodku analitycznym Defense Priorities: Służbę w Afganistanie rozpocząłem w marcu 2005 roku i pierwsza moja tura trwała przeszło rok. Byłem w tym okresie oficerem łącznikowym pomiędzy Combined Force Command - Afghanistan i Centralnym Dowództwem (CENTCOM). Służbę spędzałem pomiędzy Katarem, Tampą na Florydzie i Kabulem. Po 12 godzin na dobę miałem za zadanie zbierać raporty od jednostek na terenie całego Afganistanu i przesyłać je do CENTCOMu, a następnie różnego rodzaju dokumenty CENTCOMu z powrotem do Afganistanu. Miałem więc najlepszy możliwy obraz tego, co każdego dnia działo się w tym kraju.

Do Afganistanu ponownie trafiłem na rok w 2010 roku. Wtedy miałem okazję odwiedzić niemal wszystkie prowincje Afganistanu. Wyjątkiem była prowincja Helmand, bowiem za nią odpowiadało U.S. Marines, podczas gdy ja służyłem w U.S. Army. Regularnie brałem udział zarówno w pieszych jak i zmotoryzowanych patrolach, a także rozmawiałem z dowódcami jednostek – tak brygad jak i plutonów czy kompanii.

Jakie były Pana ówczesne odczucia co do konfliktu i kierunku, w którym zmierza?

Jeszcze zanim opuściłem Afganistan miałem przeświadczenie, że jest naprawdę źle. Już w 2009 roku napisałem dwa dostępne publicznie artykuły, w którym postulowałem, aby administracja Obamy nie decydowała się na strategię „fali”, a więc osobowego zwiększenia kontyngentu. Począwszy od 2008 roku pisałem, że powinniśmy wycofać jednostki bojowe i skoncentrować się na siłach kontrterrorystycznych.

Gdy Obama zdecydował się jednak na „falę”, widziałem liczne raporty oraz publiczne oświadczenia takich osób jak dowódca sił wojskowych w Afganistanie generał David Petraeus czy Michele Flournouy – zastępca sekretarza obrony, która opracowała dla Obamy afgańską strategię. Na ten temat wypowiadał się oczywiście również Obama. Narracja była jasna – sprawy idą w świetnym kierunku, zgodnie z zamierzeniami i chociaż postęp jest kruchy to bez wątpienia jest. Wtedy przez chwilę uznałem, że skoro wszyscy mówią tak zgodnie i optymistycznie, to pewnie myliłem się co do skuteczności „fali”. Powróciłem do Afganistanu, bo chciałem zobaczyć na własne oczy jak dobrze nam idzie i w jakiś sposób mogę pomóc Afgańczykom. Byłem naprawdę podekscytowany.

Jakie były wówczas Pańskie obserwacje?

Gdy trafiłem ponownie do Afganistanu szybko odkryłem, że jest dokładnie odwrotnie – nie tylko nie było sukcesów, ale sytuacja stawała się coraz trudniejsza. I to w każdym miejscu, do którego się wybierałem. Militarny sukces, o którym mówili wówczas decydenci, po prostu nie istniał. Afgańskie siły zbrojne były skrajnie niezdolne do działania, skorumpowane – niektóre oddziały negocjowały z talibami, by unikać walki. Afgański rząd był przeżarty korupcją i robił straszne rzeczy, chociażby brutalnie budował sobie posłuch w społeczeństwie. Nic nie szło w dobrym kierunku. Gdy powróciłem z Afganistanu w 2011 roku zacząłem o tym mówić publicznie.

image
Fot. U. S. Army

 

Zapewne ma Pan kontakt z innymi weteranami. Jak podchodzą oni do tego, co obecnie widzimy w Afganistanie?

Mam kontakt z większością dawnych kolegów i wszyscy są sfrustrowani. Ci, którzy stracili tam przyjaciół są źli i pytają - po co to wszystko było? Około 80% z nich, może więcej, mówi dokładnie to samo, co ja. Zakładam, że pozostali też widzieli prawdę, ale psychologicznie wypierają to ze swojej głowy, chcą odnaleźć sens w tym, co robili. Będą uznawać, że budowanie szkół czy dróg na coś się zdało. Statystycznie sukcesy wszak były – w wielu aspektach był postęp liczbowy. Co z tego, skoro nic nie okazało się trwałe?

image
Fot: U. S. Army

Większość z nas wiedziała, jak to się wszystko skończy. Byliśmy karmieni niekończącą się serią kłamstw ze strony prezydenta, sekretarza stanu, sekretarza obrony i wszystkich tych czterogwiazdkowych generałów i admirałów, którzy wiedzieli dokładnie to, co ja. Każdy, kto mówi inaczej jest po prostu zaślepiony i nie chce dostrzec prawdy.

Czy ostateczna i niezwykle szybka klęska w Afganistanie negatywnie wpłynie na amerykańskie siły zbrojne i morale żołnierzy?

Sądzę, że jesteśmy odporni. Możemy się irytować na wiele rzeczy, ale nadal jesteśmy w stanie dobrze wykonać naszą pracę. Nie sądzę, aby kwestia Afganistanu wywołała w siłach zbrojnych egzystencjonalne dylematy, ani też wątpliwości co do naszej tożsamości. Chcemy ufać naszym liderom. Łatwo jest teraz wskazywać palcem i mówić, że temu winien jest generał Petraeus, a z kolei temu generał Allen. Wszyscy już i tak odeszli. Może w przyszłości, gdy pojawią się opracowania lub wyjdą na światło dzienne jakieś dokumenty, ulegnie to zmianie, ale obecnie nie widzę takiego zagrożenia.

Jakie były największe błędy podczas dwudziestu lat operacji w Afganistanie?

Przede wszystkim był to brak gotowości naszych przywódców do pogodzenia się z rzeczywistością. Nie było trudno ją poznać – ja doświadczyłem jej już na pierwszym patrolu. Tak się składa, że mój pierwszy w życiu patrol w Afganistanie był w towarzystwie Polaków w prowincji Ghazni. Był to wspólny, polsko-amerykański patrol. Wybraliśmy się do jakiejś wioski pośrodku niczego. Pojazdy zostały poza nią, my pieszo weszliśmy w zabudowania. Zapytałem dowódcę patrolu o to, jak często odwiedzają to miejsce. Odpowiedział, że raz na dwa, trzy miesiące. Rozmawiacie z miejscowymi? Spotykacie się z władzami społeczności? Nie, nie mamy na to czasu. To jaki jest cel tego wszystkiego? No, po prostu się pojawiamy. Uderzyło mnie to od razu. Tak robili wszyscy, także Brytyjczycy czy Amerykanie.

image
Fot: www.isaf.wp.mil.pl

Z tego patrolu mam nagrane wideo. Widzisz na nim żołnierzy, a po obu stronach wiejskiej drogi ludzi. Każdy z nich mógł być talibem, a my o tym nie widzieliśmy, no bo skąd? Przecież z nikim nie rozmawialiśmy. Gdyby to faktycznie byli talibowie to po prostu musieli przerwać swoje działania na 15 minut – jeśli przed naszym przyjazdem kogoś torturowali lub mu grozili, to nasza obecność zapewniła im przerwę w robocie na kawę. Innymi słowy – nasz wpływ na sytuację był zerowy. Podkreślę raz jeszcze – wszyscy robili tak samo, w tym 101. Dywizja Powietrznodesantowa w prowincji Kunar. Podczas pieszego patrolu w górskim terenie, zapytałem dowódcę o to samo, co Polaków. Odpowiedzi były takie same: z nikim nie rozmawiamy, przyjeżdżamy i odjeżdżamy. Wracamy za kilka miesięcy.

Oczywiście, wykonaliśmy operacje bojowe, w tym nocne działania czy rajdy śmigłowcowe. Zabijaliśmy nieprzyjaciela. Ale na koniec i tak zostaje pytanie, po co to wszystko? W jednej z operacji zabito 150 talibów, ale co z tego? Każdy zabity i tak został zastąpiony przez nowego rekruta, który wychował się w czasach wojny i nie zna innego życia. Z takimi ludźmi nie sposób jest walczyć, bo dla nich śmierć nie jest straszną rzeczą. Nie wiesz, kto jest twoim wrogiem, a kto nie. Jedyne, co możesz robić to czekać, aż cię zaatakują. Sytuacja nie zmieniła się od pierwszego dnia operacji aż do ostatniego. Militarnie nasze działania były bez znaczenia.

A inne zasadnicze błędy?

Na drugim miejscu wskazałbym arogancję, która przejawiała się w niemożliwych do osiągnięcia celach. Mam na myśli cele z zakresu nation-building, a więc budowy państwa. Formalnie przyjęto je w lutym 2007 roku. Obama przez dwie swoje kadencje wyraźnie wzmocnił koncentrację na tym celu. Nagle mieliśmy za zadanie stworzyć afgański rząd, który jest uznawany przez miejscowych, zająć się prawami kobiet, dać ludziom możliwość głosowania. Były to aspiracje, które brzmią świetnie, ale nie pasują do lokalnych realiów. Wojsko otrzymało rozkaz zrealizowania czegoś, co nawet nie może być jednoznacznie nazwane. Od początku było to niemożliwe, a na pewno nie militarnie.

Trzeci błąd to nieskrępowana gotowość kłamania, by ukryć dwa pierwsze błędy. Całkowicie bez wstydu i świadomie nasi przywódcy przez długie lata kłamali opinii publicznej. Chociażby z Wikileaks wiemy, że to co mówili publicznie nie jest tym, co mówili prywatnie i co doskonale wiedzieli.

A sami Afgańczycy? Jaką rolę odegrali w ostatecznym rozrachunku?

To czwarty element. Pierwszego dnia popełniliśmy błąd instalując takich ludzi jak Karzaj, Ismail Chan i wielu innych – niesławnych watażków, którzy mają krew na rękach. Każde afgańskie wybory były przeżarte do dna korupcją i fałszerstwami. Czy cokolwiek z tym zrobiliśmy? Nie tylko przymknęliśmy oko, ale również nagradzaliśmy korupcję, dając im stanowiska w rządzie. Widzieli to zarówno afgańscy cywile jak i afgańskie wojsko.

Ciekawe jest to, że teraz wiele osób boleje nad zemstą ze strony talibów, ale jednocześnie kompletnie nikogo nie obchodzi fakt, że dokładnie to samo robił swego czasu Sojusz Północny – zmasakrowano tysiące talibów oraz osób, które miały z nimi jakikolwiek związek. Po tym jak rozbiliśmy talibów to właśnie antytalibańskie pogromy doprowadziły do

odrodzenia się tego ruchu. Niedobitki były nękane, co zmusiło je do wycofania się do Pakistanu, który poproszono o pomoc. Siły prozachodnie dokonywały pogromów, bowiem mieli taką możliwość i jakoś Zachodu to wtedy nie interesowało. Teraz zemsta wraca.

W “The New York Times” kilka dni temu ukazał się artykuł afgańskiego generała Samiego Sadata, który twierdzi, że czuje się zdradzony i opuszczony przez Amerykanów. To dobry pretekst do pomówienia o afgańskich siłach bezpieczeństwa.

W tym samym artykule generał Sadat twierdzi, że umowa Trumpa z 2020 roku z talibami oraz wycofanie sił przez Bidena przypieczętowało ich los. Chociaż mam wielki szacunek do generała Sadata i jego osiągnięć w walce z talibami, to powodem politycznego i wojskowego upadku jego kraju jest 20 lat nieudolnych rządów oraz korupcji wśród kolegów pana generała.

Wiele afgańskich jednostek walczyło bardzo, bardzo dzielnie. Nie możemy zapominać, że afgańskie oddziały poniosły w toku wojny wysokie straty. Nie jest więc prawdą, że nikt nie walczył. W ostatnim, krytycznym okresie dowódcy jednostek widzieli jednak, że skorumpowany rząd centralny nie wysyła im wsparcia. Żołnierzom brakowało nie tylko amunicji, ale także wody i żywności.

Prezydent Ghani bodaj w sobotę miał konferencję prasową w Mazar-i Szarif, gdzie powiedział, że walka będzie kontynuowana. Kilka godzin później uciekł z kraju. W tej sytuacji wiele oddziałów uznało, że nie ma sensu stawiać oporu i postanowiło zaprzestać walki. Czy można się dziwić żołnierzowi, że nie chciał poświęcać życia dla rządu, który zostawił go samemu? Bez wsparcia? Bez wody i amunicji? Głównym powodem upadku afgańskich sił zbrojnych było całkowite przegnicie ich politycznych fundamentów.

Czy wejście do Afganistanu było błędem?

Stwierdzenie, że nie trzeba było wchodzić do Afganistanu nie jest popularne w Stanach Zjednoczonych, bowiem trzeba mieć w pamięci 11 września i fakt, że Amerykanie chcieli ukarać Al-Kaidę. Da się usłyszeć głosy, że talibowie nie są problemem Stanów Zjednoczonych, bowiem to ugrupowanie lokalne, a nie międzynarodowe. Możemy nie lubić ich średniowiecznych zwyczajów, ale talibowie nie walczą ze Stanami Zjednoczonymi – przynajmniej nie poza Afganistanem.

Nawet jeśli uznać, że wejście do Afganistanu było niezbędne, to do marca 2002 roku – a więc już po pół roku operacji – faza bojowa zakończyła się. Usunęliśmy Taliban jako zwartą organizację. Operacja była większym sukcesem niż zakładano na jej początku. Wtedy, najpóźniej trzy miesiące później, należało wycofać wszystkie oddziały bojowe i dać okazję Sojuszowi Północnego lub jakiejś innej sile szansę na stworzenie afgańskiego rządu. Stany Zjednoczone nie miały już tam żadnego militarnego wroga. Była to dobra okazja, by dać rządzić komuś innemu i wpuścić organizacje humanitarne, chociaż USAID (United States Agency for International Development).

Reklama
Reklama

Zostaliśmy jednak, przez co utknęliśmy. W 2003, 2004 i jeszcze w 2005 roku sytuacja była całkiem dobra – ataków było niewiele. Tuż przed swoim wyjazdem z Afganistanu w marcu

2006 roku polecieliśmy na ceremonię składania przysięgi przez afgańskich policjantów w Mazar-i Szarif. Na miejscu mieliśmy zwykły, nieopancerzony samochód. Nikt z nas nie poruszał się z długą bronią, nie mieliśmy kamizelek kuloodpornych. Poszliśmy na miejscowy bazar, a imam zaprosił nas do meczetu. Było spokojnie i bezpiecznie. Potem już nigdy tak nie było. Momentem przełomowym był rok 2007, kiedy to talibowie rozpoczęli powrót, a myśmy w krótkim czasie zwielokrotnili swoje błędy, wysyłając dodatkowe siły.

Istnieją obawy, że Afganistan raz jeszcze stanie się kolebką globalnego dżihadyzmu, z której atakowany będzie świat zachodni. Pan jednak nie podziela tych obaw?

Nie i mówię to od lat. W Afganistanie nie ma nic wyjątkowego na tle innych miejsc – terroryści mogą operować w Waziristanie lub Tadżykistanie, Nigrze, Jemenie lub Libii. Jest wiele takich miejsc na świecie. W 2010 roku mieliśmy w Afganistanie 150 tysięcy żołnierzy i zapewniam, że duże obszary kraju i tak pozostawały poza jakąkolwiek naszą kontrolą. Już wtedy terroryści mieli wszelką sposobność, by działać w Afganistanie.

Od czterech lub pięciu lat talibowie kontrolują jakieś 50% kraju. Nie jest jednak w ich interesie, by raz jeszcze dawać Al Kaidzie swoje terytorium – teraz wiedzą, że może zakończyć się to atakami z powietrza. Po co im to? Tym bardziej, że interesy talibów są lokalne. Mieliby zaprzepaścić dwadzieścia lat walki?

Jak Stany Zjednoczone ułożą sobie relacje z nowym Afganistanem?

To wielkie pytanie, na które musimy znaleźć odpowiedź. Taliban szybko zorientuje się, że czymś innym jest walczenie i wysadzanie nieprzyjaciela w powietrze, a zupełnie czymś innym rządzenie i kierowanie państwem. Niezależnie od systemu politycznego obywatele chcą pracy, wody i prądu. Dlatego talibowie nie godzą się, aby ludzie swobodnie wyjeżdżali z kraju. Talibowie będą potrzebowali pieniędzy. Jeśli odetniemy ich od wszystkich naszych źródeł to, po pierwsze, pierwszą ofiarą takiej polityki będą zwykli Afgańczycy. Po drugie, otworzyli to drzwi dla takich państw jak Chiny, Rosja czy Iran.

Jedyna szansa, aby móc w jakikolwiek sposób wpływać na zachowania Talibanu to mieć instrumenty oddziaływania. Nie mówię o wspieraniu rządu, ale o szeroko pojętej pomocy humanitarnej. Dobrze wiedzieliśmy, że poprzedni rząd afgański nie mógł przetrwać bez wielomiliardowej pomocy – w przypadku talibów nie będzie przecież inaczej. Niemniej jednak dla Zachodu, a szczególnie Amerykanów, podjęcie takiej decyzji będzie psychologicznie bardzo, bardzo trudne. Wszak w świadomości amerykańskiej opinii publicznej talibowie są odpowiedzialni z 11 września. Znając nasze wcześniejsze działania obawiam się, że postąpimy błędnie i samemu wepchniemy talibów w ręce naszych nieprzyjaciół, którzy w ogóle nie będą poruszać kwestii praw człowieka.

Na amerykańską reputację na pewno nie wpływają dramatyczne obrazy z Kabulu, gdzie wybuchł chaos, a amerykańskie wojsko – przynajmniej w świetle medialnych doniesień – z kraju uciekło.

Założenie było takie, aby do 31 sierpnia wycofać około 1,9 tysiąca żołnierzy i utrzymać 600 żołnierzy do ochrony kompleksu w Kabulu. Turcy mieli zająć się wówczas ochroną lotniska.

Wydawało się to racjonalne, ale plany oparto na założeniu, że Afgańczycy stawią zbrojny opór i talibowie nie podejdą pod Kabul tak szybko.

Ostatnim gwoździem do trumny był upadek Heratu na zachodzie, Mazar-i Szarif na północy i Kandaharu na południu. Administracja Bidena liczyła, chociaż tak naprawdę takie oceny charakteryzowały wszystkich, że talibowie zostaną związani walką w miastach, co da rządowi i koalicji czas na reakcję. Z powodu dekad korupcji i braku jakiekolwiek wsparcia dla wysuniętych oddziałów wszystko od razu runęło.

W rezultacie zamiast ewakuacji 1,9 tysiąca żołnierzy wojsko stanęło przed koniecznością ewakuacji dziesiątków tysięcy osób. Nikt nie był na to przygotowany – nie było żadnego planu w razie takiego rozwoju sytuacji. Myślę, że ostatecznie z perspektywy efektywności wojsko poradziło sobie w imponujący sposób – pomimo braku planów i istniejących trudności w krótkim czasie zmobilizowano znaczące siły do ewakuacji.

Czy amerykańskie działania w Afganistanie wpłyną na odbiór przywództwa Stanów Zjednoczonych? Już teraz nie brak głosów, że Ameryka to imperium w stanie rozkładu, pozbawiona zdolnego do działania lidera.

My, Amerykanie, musimy dokonać głębokiego, politycznego i militarnego rachunku sumienia. Musimy zrozumieć, że każdy na świecie – wróg i przyjaciel – wie, że na temat tej wojny kłamaliśmy. Wszyscy doskonale wiedzą co wiedzieliśmy, a co mówiliśmy. Wiedzą, że walczyliśmy w wojnie nie do wygrania, obieraliśmy cele, których nie dało się zrealizować. Wiedzą, że ciągle kłamaliśmy. Nie buduje to zaufania ani do naszych działań, ani do naszych osądów. Tego się naprawdę obawiam.

Dziękuję za rozmowę.


Daniel L. Davis – podpułkownik US Army w stanie spoczynku i ekspert ds. obronności w amerykańskim, pozarządowym ośrodku analitycznym Defense Priorities. W amerykańskich siłach zbrojnych służył przez 21 lat. Czterokrotnie wysyłany na konflikty zbrojne: w Zatoce Perskiej (1991), Iraku (2009), Afganistanie (2005, 2011). Odznaczony Brązową Gwiazdą za męstwo w Iraku (bitwa o 73 Easting) oraz w Afganistanie (2011). W 2012 roku był jednym z pierwszych, którzy publicznie zarzucał kłamstwa cywilnym i wojskowym decydentom w sprawie Afganistanu.

Komentarze