Geopolityka

Wagnerowcy w Mali zagrożeniem dla Europy [OPINIA]

Fot. RIA Novosti/Wikimedia/CC-BY-SA 3.0
Fot. RIA Novosti/Wikimedia/CC-BY-SA 3.0

Umowa malijskiej junty z wagnerowcami oznacza praktyczne przejęcie kontroli nad Mali przez Rosję. Zważywszy na znaczenie tego kraju dla bezpieczeństwa Europy w związku z przemytem ludzi, narkotyków oraz zagrożeniem terrorystycznym, stanowi to ogromne zagrożenie nie tylko dla interesów francuskich w Afryce Zachodniej, ale dla całej Europy i powinno skłonić do wspólnych działań.

Podana kilka dni temu informacja o zawarciu przez wojskową juntę w Mali umowy o rozmieszczeniu 1 tys. rosyjskich najemników (wagnerowców) w tym kraju wzbudziła słuszne zaniepokojenie wielu krajów, zwłaszcza tych, które są zaangażowane w misję Takuba, czyli europejską misję zadaniową wspierającą walkę z dżihadystami w Mali. Nie jest to jednak żadne zaskoczenie. Związki z Rosją malijskich wojskowych, którzy w sierpniu 2020 r. odsunęli od władzy prezydenta Ibrahima Boubakara Keitę, były znane od samego początku.

Tuż przed puczem 2 czołowych jego organizatorów tj. płk Malick Diaw (obecnie szef tymczasowego parlamentu) oraz płk Sadio Camara (obecnie minister obrony) przebywali na szkoleniu w Rosji. Później środowiska związane z juntą organizowały prorosyjskie demonstracje, w których czasie pojawiały się slogany antyfrancuskie, odwołujące się do resentymentów kolonialnych oraz prorosyjskie, bazujące na rzekomym skutecznym zaangażowaniu Rosji w walkę z dżihadystami m.in. w Syrii. Po kolejnym przewrocie w maju 2021, w którym junta dokonała konsolidacji władzy, odsuwając tymczasowe władze cywilne narzucone jej pod naciskiem międzynarodowym (w tym innych państw afrykańskich), konflikt z Francją zaczął narastać.

Francja od razu potępiła oba przewroty i naciskała na przywrócenie rządów cywilnych i demokracji, grożąc w przeciwnym razie nałożeniem sankcji. Po pierwszym przewrocie junta uległa tym naciskom, a cywilne władze miały właśnie nadzorować proces przywracania demokracji w 18-miesięcznym okresie przejściowym, który miał się zakończyć wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi w lutym 2022 r. Po drugim przewrocie nowy prezydent i zarazem lider junty płk Assim Goita co prawda podtrzymał deklarację o przeprowadzeniu wyborów, ale istnieją poważne wątpliwości co do woli dotrzymania tej obietnicy, zwłaszcza że we wrześniu pojawiły się sugestie przedłużenia okresu przejściowego i odłożenia terminu wyborów.

Tymczasem w czerwcu prezydent Francji Emmanuel Macron zapowiedział zakończenie francuskiej operacji Barkhane, w ramach której 5 tys. francuskich żołnierzy wraz z siłami G5 Sahel (Mauretania, Niger, Mali, Czad i Burkina Faso) zwalczało dżihadystów w Sahelu.  Podkreślił jednak, że nie oznacza to końca zaangażowania antyterrorystycznego w ogóle, lecz przekształcenie misji tak by miała ona bardziej europejski charakter. Od 2020 r. równolegle prowadzona jest misja zadaniowa Takuba, licząca obecnie ok. 500 żołnierzy z 14 krajów europejskich. W lipcu Macron zapowiedział, że Francja zredukuje swoje siły w Sahelu z 5 tys. do 3 tys. do końca 2022 r. i skoncentruje się na podnoszeniu własnych zdolności bojowych partnerów afrykańskich.

Zapowiedzi reorganizacji sil w Afryce zbiegły się z wydarzeniami w Afganistanie, co mogło prowadzić do tworzenia fałszywych analogii. Francja bowiem nigdy nie stwierdziła, że zamierza się całkowicie wycofać, ma bowiem pełną świadomość strategicznej roli Sahelu zarówno dla jej bezpieczeństwa jak i dla całej Europy. Z drugiej strony przejęcie władzy przez prorosyjską juntę mocno skomplikowało możliwości współpracy między Francją a nowymi władzami Mali. Francja ma już negatywne doświadczenia z Republiki Środkowoafrykańskiej pod rządami prorosyjskiego prezydenta Faustina Archange Touadery. Inną kwestią jest to czy błędem nie było zbytnie naciskanie na przywrócenie procesu demokratycznego, zwłaszcza po doświadczeniach w innych krajach Sahelu. Destabilizacja Burkina Faso nastąpiła po obaleniu lojalnego wobec Francji dyktatora Blaise’a Compaore. Kluczowy sojusznik Francji tj. Czad również był rządzony przez dyktatora Idrissa Deby, a obecnie, po jego zamordowaniu, przez juntę pod przywództwem jego syna Mahamata. Z drugiej jednak strony jednym z zarzutów stawianych dotychczasowej strategii antyterrorystycznej w Sahelu było skoncentrowanie się na aspekcie wojskowym przy traktowaniu jako drugorzędny problemu społecznych przyczyn konfliktu.

Reklama
Reklama

Po doświadczeniu afgańskim w percepcji europejskiej opinii publicznej projekty „nation building” czy demokratyzacji w innych kręgach kulturowych budzą wątpliwości, jednak każda generalizacja prowadzi do fałszywych wniosków. Jednym z głównych powodów niepowodzeń projektów „nation building” była europocentryczna arogancja skłaniająca do prób implementacji jednego modelu bez uwzględnienia uwarunkowań kulturowych, a po porażce uznawania, że nie jest to wina modelu, lecz rzekomej obiektywnej niemożności implementacji jakiegokolwiek modelu opartego na narodowej wspólnocie i demokracji. Tymczasem uwarunkowania kulturowe w Sahelu są nie tylko odmienne od europejskich, ale również od bliskowschodnich i afgańskich.

Zarówno doświadczenia historyczne Mali, a w szczególności względnie bogate tradycje państwowości przedkolonialnej, złożona struktura plemienna i różnice w podejściu do islamu przez czarnych Bambara (którzy stosunkowo niedawno przyjęli islam) z jednej strony i pustynnych koczowników z drugiej, tworzą specyficzne uwarunkowania społeczne dla tego regionu. Dyktatury w Sahelu niekoniecznie są zatem dobrym rozwiązaniem, gdyż prowadzą do supremacji jednych plemion nad innymi i kulturowego zderzenia rozsadzającego państwo. To właśnie nastąpiło w 2012 r. gdy w północnym Mali zbuntowali się Tuaregowie, a następnie pojawili się dżihadyści.

Próba przejęcia kontroli przez malijskie wojsko tylko pogorszyła sytuację, gdyż armia tego kraju jest równie skorumpowana co elity polityczne, oparta na jednej grupie etnicznej, a także rachityczna. Własne zdolności bojowe malijskiej armii są bardziej adekwatne do przeprowadzania przewrotów na południu kraju niż do walk na pustynnej północy z dżihadystami lub tuareskimi separatystami. Dlatego Francja postanowiła zwiększyć nacisk na działania typu „nation building” w Sahelu obejmujące budowanie instytucji państwa, zwalczanie korupcji czy inicjatywy obywatelskie. Budżet tego typu działań jest obecnie równy budżetowi militarnemu.

Deklaracje Francji zostały jednak wykorzystane przez malijską juntę. Wyznaczony przez nią premier Mali Choguel Maiga na ostatniej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ oskarżył Paryż, że „opuścił Mali” i to jakoby zmusiło juntę do zawarcia umowy z „wagnerowcami”. Jest to przy tym nieprawda, gdyż pomijając fakt, że póki co Francja nie wycofała swoich sił obecnych w ramach Barkhane i trwa misja Takuba to w Mali obecne są jeszcze dwie misje szkoleniowe UE tj. misja szkoleniowa wojskowa EUTM złożona z 700 żołnierzy z 25 krajów europejskich, a także EUCAP dedykowana szkoleniom sił wewnętrznych.

Ponadto żołnierze europejscy są również obecni w siłach ONZ w ramach kontyngentu MINUSMA, w której nie uczestniczy za to Rosja. Wkład Rosji w dotychczasowe wysiłki międzynarodowe stabilizacji państw Sahelu, zwalczania dżihadystów oraz szkolenia sił lokalnych był zerowy, a UE szkoliła 10 tys. malijskich żołnierzy, choć efekty są ograniczone (niemniej problem leży bardziej po stronie Mali). Nic zatem dziwnego, że Francja odrzuciła zarzuty malijskiej junty, a francuska minister obrony Florence Parly nazwała je „wycieraniem stóp we francuskiej krwi”. Warto bowiem przypomnieć, że gdyby nie francuska interwencja „Serwal” w styczniu 2013 r. to siły dżihadystów pod wodzą Iyada ag Ghali wkroczyłyby do Bamako. W walkach w Mali zginęło też ok. 50 francuskich żołnierzy. Z drugiej strony zaangażowanie Mali w zwalczanie dżihadystów w Sahelu jest dość skromne. Wkład Mali w G5 to 1 tys. żołnierzy a w misję ONZ zaledwie 50. Dla porównania wkład Czadu w G5 i inne antydżihadystyczne misje w Sahelu to aż 4 tys. żołnierzy.

Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow potwierdził fakt, że Mali zawarło umowę na rozmieszczenie 1000 wagnerowców w tym kraju dodając oczywiście, że władze Rosji nie mają z tym nic wspólnego. Najemnicy mają otrzymać 10,8 mln usd miesięcznie od malijskiej junty. Odcięcie się władz Rosji od „prywatnej firmy” ma oczywiście charakter rutynowy niemający nic wspólnego z rzeczywistością, co widać po roli, jaką odegrali „wagnerowcy” w RŚA umacniając tam polityczne i ekonomiczne wpływy Rosji. Z drugiej strony obecność rosyjskich najemników w RŚA była wsparta oprawą propagandową obejmującą m.in. filmy takie jak „Turysta” czy bajki dla dzieci. Skuteczna implementacja tego modelu w Mali zapewne zachęci Rosję do przejmowania kolejnych krajów afrykańskich.

Armia Mali jest wciąż słaba i doświadczona głównie w przeprowadzaniu przewrotów, a także oskarżana o wspieranie plemiennych milicji zaangażowanych w masakry w konfliktach międzyplemiennych. Tymczasem według raportów organizacji międzynarodowych „wagnerowcy” mają na swoim koncie w RŚA liczne pogwałcenia praw człowieka, zabójstwa i masakry. Trudno zatem oczekiwać, że w Mali będzie inaczej. Junta prawdopodobnie właśnie tego oczekuje od „wagnerowców”: wsparcia konsolidacji jej władzy (przynajmniej na południu kraju) i bezwzględnej rozprawy z opornymi grupami politycznymi czy religijnymi. Nie jest natomiast wykluczone, że junta dążyć będzie do zawarcia dealu z dżihadystami, oddając im północ kraju. To zaś oznaczać będzie ogromne zagrożenie dla Europy ze względu na terroryzm, szlaki przemytnicze, w tym narkotyków, oraz migrację. Warto dodać, że morale Al Kaidy w Sahelu wzrosło w wyniku przejęcia władzy w Afganistanie przez Talibów. Znalazło to m.in. wyraz w przesłaniu lidera sahelskich dżihadystów Ijada ag Ghaly. Przejęcie przez Rosję kontroli nad Mali (przy tak słabej armii malijskiej zdominowanie jej przez wagnerowców nie będzie trudne) tylko pogorszy sytuację.

Francja ostrzegła zatem juntę, że umowa z „wagnerowcami” doprowadzi do izolacji tego kraju. Również kraje uczestniczące w międzynarodowych misjach w Mali zapowiedziały wycofanie swoich sił z tego kraju jeśli pojawią się tam „wagnerowcy”. Problem w tym, że nie jest to rozwiązanie problemu, gdyż nie powstrzyma to przejęcia przez Rosję kontroli nad tym strategicznym krajem, co otworzy Moskwie drogę do dalszej ekspansji w Sahelu i w ogóle w Afryce. Być może zatem Francja i jej europejscy sojusznicy powinni rozważyć siłowe usunięcie junty lub wsparcie tuareskich separatystów, tak by odciąć układowi Bamako-Moskwa kontrolę nad szlakami transsaharyjskimi. Należałoby również rozważyć włączenie NATO w działania w Sahelu. W tym kontekście konieczne jest też większe zainteresowanie Polski (która nie uczestniczy ani w Takubie, ani w misjach UE w Sahelu, ani w MINIUSMA) sytuacją w Sahelu, gdyż tamtejsza ekspansja Rosji nie jest obojętna z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa narodowego.

Komentarze (1)

  1. andys_2

    Powinno sie zwrócic uwage na jeden jeszcze, bardziej ogólny, aspekt sprawy Własciwie wszedzie sa ludzie chetni do pracy w takich firmach. Byli zołnierze, rózne niespokojne duchy, amatorzy latwych zarobków i mocnych wrazeń. Takich w Rosji jest duzo. Musza gdzies wypuscic pare. Tacy ludzie, czy bedzie, czy nie bedzie zgody władz państwa , zawsze znajda dla siebie prace, a teraz, przy znacznie ulatwionych przekraczaniach granic taka mozliwosc jest bardzo kuszaca. Gdyby taki Wagner ogłosił zaciag w Polsce, wcale bym sie nie zdziwił, gdyby odzew był duzy. W końcu wsród naszych przodków byli lisowczycy.