Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WYWIADY

Putin nie zatrzyma się. Były sojusznik Nawalnego ostrzega Europę

Władimir Putin na konferencji - zdjęcie poglądowe
Autor. Kremlin.ru / Wikimedia Commons / CC BY 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/4.0/)

Zawieszenie broni w Ukrainie nie oznacza końca konfrontacji Rosji z Europą – ostrzega Iwan Żdanow, jeden z najbliższych współpracowników Aleksieja Nawalnego i były dyrektor Fundacji Walki z Korupcją. W wywiadzie dla Defence24.com mówi o podziałach w rosyjskiej opozycji, kalkulacjach Moskwy dotyczących negocjacji z Ukrainą, obawach Kremla przed kolejną mobilizacją oraz rosnącym zagrożeniu rosyjskimi atakami na państwa europejskie. Wyjaśnia również, dlaczego przyszła Rosja musi przejść fundamentalną transformację polityczną, a nie jedynie zastąpić Władimira Putina innym przywódcą.

Reklama

Rosyjska opozycja dociera do dziesiątek milionów ludzi za pośrednictwem niezależnych mediów, ale pozostaje podzielona w kwestii tego, jak przeciwstawić się Kremlowi. Żdanow uważa, że Putin wykorzystuje wysokie ceny ropy, niestabilność polityczną w Europie oraz zależność Ukrainy od amerykańskiej pomocy, aby przedłużać wojnę. Ostrzega również, że po zawieszeniu broni Rosja może zintensyfikować działania sabotażowe i inne ataki w całej Europie. Jednocześnie podkreśla, że rosyjskie społeczeństwo wciąż ma potencjał, by wpływać na polityczną przyszłość kraju.

Aleksander Olech, Defence24.com: Jak ocenia Pan obecną kondycję rosyjskiej opozycji działającej za granicą? Czy nadal można mówić o jednej opozycji, czy raczej o kilku odrębnych środowiskach politycznych?

Iwan Żdanow: Dziś nie ma jednej rosyjskiej opozycji i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Poszczególne grupy opozycyjne różnią się zarówno odbiorcami, do których docierają, jak i rodzajem prowadzonej działalności – od pracy medialnej po obronę praw człowieka.

Reklama

Różnią się również stopniem radykalizmu. Są tacy, którzy wzywają ludzi do udziału w wyborach i wykorzystywania każdej legalnej możliwości działania. Są też tacy, którzy uważają, że oznacza to grę według zasad narzuconych przez Kreml, i popierają walkę zbrojną. Nikt nie zna dziś sprawdzonej recepty na pokonanie nowoczesnej dyktatury takiej jak reżim Putina.

Jedno można powiedzieć z całą pewnością: mamy odbiorców. Same regularne audytoria opozycyjnych kanałów na YouTubie liczą dziesiątki milionów ludzi. Nikt jednak nie ma klucza, który pozwoliłby zamienić widzów w ludzi gotowych do działania. Być może wynika to z faktu, że w warunkach represji mieszkańcy Rosji nie są w stanie przekształcić indywidualnych działań w masowy ruch. W takich okolicznościach różnorodność pozostaje rozdrobnieniem. Potencjał do nagłej zmiany i masowych protestów jednak istnieje – tkwi w milionach ludzi w Rosji, którzy codziennie nas oglądają, omijając cenzurę.

Czy dostrzega Pan realną możliwość stworzenia wspólnego minimum programowego rosyjskiej opozycji – być może nawet swego rodzaju dziesięciopunktowej deklaracji określającej, co różne ugrupowania mogą uzgodnić mimo istniejących podziałów?

Reklama

20 lutego 2023 roku, niemal rok przed śmiercią, Aleksiej Nawalny opublikował „15 tez rosyjskiego obywatela, który życzy swojemu krajowi dobrze”. Znalazły się wśród nich postulaty zakończenia wojny, uznania granic Ukrainy określonych w 1991 roku, łącznie z Krymem, oraz wypłacenia przez Rosję odszkodowań Ukrainie za szkody wyrządzone w wyniku wojny.

Najważniejsze jest oczywiście obalenie reżimu Putina i przekształcenie Rosji w republikę parlamentarną, z rotacją władzy, niezależnymi sądami i federalizmem. Rosja powinna być częścią Europy i podążać europejską drogą rozwoju.

Jestem przekonany, że niemal każdy, kto dziś określa siebie mianem przedstawiciela rosyjskiej opozycji demokratycznej, mógłby podpisać się pod tymi postulatami. Nie ma w nich poważnych sprzeczności.

Problem nie tkwi w samym dokumencie. Przez lata emigracji nagromadziło się mnóstwo wewnętrznych sporów – o uwagę, zasoby i prawo do przemawiania w imieniu wszystkich. Nawet próby stworzenia wspólnej platformy stają się pretekstem do kolejnej kłótni. W styczniu Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy (ZPRE) uruchomiło platformę dialogu z rosyjskimi siłami demokratycznymi. Spory o to, kto powinien się w niej znaleźć, okazały się głośniejsze niż wszystko, co platforma faktycznie dotychczas zrobiła. Nie ma żadnego sporu o zasady. Jest natomiast konflikt między poszczególnymi osobami i grupami.

Reklama

Jaki powinien być, Pana zdaniem, główny cel polityczny rosyjskiej opozycji w obecnej sytuacji: wpływanie na rosyjskie społeczeństwo, przygotowanie do przyszłej transformacji politycznej, wspieranie Ukrainy czy utrzymywanie międzynarodowej presji na Kreml?

Każda grupa wybiera własny cel, a cele te często ze sobą konkurują. Niektórzy starają się dotrzeć do szerokiego grona odbiorców w samej Rosji. Inni budują „platformę na przyszłość”: przygotowują konstytucje, reformy i plany na okres transformacji.

Ta idea jest kusząca i atrakcyjna – przyjemnie jest marzyć o Rosji po Putinie. O wiele trudniej odpowiedzieć na pytanie, jak walczyć z Putinem już teraz. To zadanie nie jest atrakcyjne, wiąże się z niebezpieczeństwem i niemal nie przynosi widocznych rezultatów. Dlatego wiele osób buduje zamki na piasku, choć nikt nie potrafi wyjaśnić, co należy zrobić dzisiaj. Ja sam wybrałem pierwszą drogę – docieranie do odbiorców w Rosji – przy jednoczesnym pełnym wsparciu dla Ukrainy, Europy i Rosjan sprzeciwiających się wojnie.

Reklama

Wsparcie dla Ukrainy ma ogromne znaczenie. Dla mnie prawo Ukrainy do samoobrony nie podlega dyskusji i opowiadam się za dostarczaniem jej uzbrojenia. Wielu przedstawicieli opozycji milczy jednak w tej sprawie. Bezpośrednie poparcie dla działań zbrojnych oznacza opowiedzenie się po stronie zbrojnego oporu, również przeciwko rosyjskim żołnierzom. Uważają oni, że sami Rosjanie im tego nie wybaczą – w milionach rodzin jest ktoś, kto walczył na froncie lub zginął podczas wojny. Powszechnie przyjmuje się, że polityk planujący powrót do Rosji powinien obawiać się takiego kroku.

Mnie jednak wydaje się, że wojna może zakończyć się tylko wtedy, gdy Putin uzna, że nie jest już w stanie jej kontynuować. Będzie to również w interesie Rosjan. Ludzie przestaną ginąć zarówno w Rosji, jak i w Ukrainie.

Jeśli chodzi o międzynarodową presję i sankcje – zdecydowanie je popieram. W tej kwestii opozycja, a także rosyjskojęzyczni mieszkańcy Europy w ogóle, mogą być naprawdę przydatni. Znamy język, ludzi i mechanizmy działania reżimu. Wiemy, gdzie znajdują się jego pieniądze, kto pomaga omijać sankcje i potrafimy to udokumentować. Jednak nawet tutaj nasze wpływy są ograniczone – tylko od czasu do czasu ktoś nas wysłuchuje.

Reklama

Jak ocenia Pan perspektywy negocjacji rosyjsko-ukraińskich, szczególnie jeśli Stany Zjednoczone zaangażują się bezpośrednio w kształtowanie tego procesu?

Szanse na rzeczywiste porozumienie są obecnie niewielkie. Putin wykorzystuje negocjacje jako chwilę wytchnienia i sposób na kontynuowanie wojny innymi metodami. Okoliczności wyraźnie mu sprzyjają.

Po pierwsze – ropa naftowa. W związku z wojną wokół Iranu jej cena przekracza 100 dolarów za baryłkę, czyli jest niemal dwukrotnie wyższa niż rok temu. Nawet rosyjska ropa Urals, sprzedawana z uwzględnieniem wszystkich rabatów, kosztuje ponad 100 dolarów, podczas gdy tegoroczny budżet zakładał cenę na poziomie 59 dolarów.

Sukces Putina i poparcie społeczne dla jego rządów w dużej mierze opierają się na tym, że po trudnych latach 90. wysokie ceny ropy zapewniły Rosjanom pewien poziom dobrobytu, który Putin powiązał z własnymi rządami. Takie ceny umożliwiają dalsze prowadzenie wojny. Porozumienie dotyczące oleju napędowego z Trumpem daje mu jeszcze większe możliwości.

Dotychczas ukraińskie ataki na rafinerie odbierały Kremlowi część tych pieniędzy. Latem dochody Kremla z ropy były o około jedną trzecią niższe, niż powinny być przy tak wysokich cenach. Dlatego dla Putina tak istotne jest, że Amerykanie domagają się teraz od Ukrainy wstrzymania ataków na rafinerie.

Reklama

Po drugie – sytuacja wewnętrzna w Ukrainie. Doszło do kryzysu związanego z ministrem obrony Mychajłem Fedorowem, pojawiają się afery korupcyjne, a także żądania przeprowadzenia przez Zełenskiego nowych wyborów. Putin dostrzega w tym swoją szansę: chce wywierać dalszą presję i czekać, aż jego przeciwnik osłabnie od wewnątrz.

Po trzecie – stawia na niestabilność w Europie. Europa jest obecnie głównym wsparciem Ukrainy. Każdy kryzys polityczny w państwach europejskich i każdy sukces tych, którzy proponują „dogadanie się z Moskwą”, działają na korzyść Putina. Nie spieszy mu się. Wystarczy, że poczeka, aż wspieranie Ukrainy stanie się dla europejskich rządów zbyt kosztowne politycznie.

Trump wywiera presję właśnie na Ukrainę, ponieważ jest ona uzależniona od amerykańskiej pomocy. Nie ma natomiast realnego wpływu na Rosję. Jeśli naciski będą kierowane przede wszystkim na Ukrainę, a nie na Rosję, ich rezultatem nie będzie pokój, lecz przerwa przed kolejną wojną.

Reklama

Jest jednak również druga strona tej sytuacji. W ciągu niemal pięciu lat wojny Putin nie osiągnął żadnego z celów, dla których ją rozpoczął. Wydaje się, że sam zrozumiał, iż nie wygra na polu bitwy. Dlatego tak bardzo potrzebuje stołu negocjacyjnego – chce zyskać przy nim czas i możliwość dalszego posuwania się naprzód.

Co z perspektywy rosyjskiej opozycji stanowiłoby akceptowalne ramy negocjacji? Gdzie dostrzega Pan największe zagrożenie związane z porozumieniem, które zakończyłoby walki, ale nie rozwiązało podstawowego konfliktu?

Po pierwsze, należy zwrócić uwagę na to, kto zasiada przy stole negocjacyjnym. Rosyjska opozycja i Europa mają obecnie ten sam problem: nie są zapraszane do rozmów i nie są uznawane za ich uczestników. Negocjacje toczą się między Waszyngtonem, Moskwą i Kijowem.

Reklama

Dla nas problemem każdego porozumienia jest to, że Putin pozostaje u władzy. A dopóki Putin rządzi, w Rosji nic się nie zmieni – ani wojna jako sposób rozwiązywania problemów, ani represje wewnątrz kraju.

Zagrożenie związane z porozumieniem, które zatrzyma walki, ale nie rozwiąże konfliktu, jest więc oczywiste: Putin się nie zatrzyma. Zyska chwilę wytchnienia, odbuduje armię i będzie kontynuował działania. Presja na Europę będzie natomiast tylko rosła.

Nie podoba mi się określenie „wojna hybrydowa” – sprawia, że to, co się dzieje, brzmi łagodniej, niż jest w rzeczywistości. Mamy do czynienia z atakami na fabryki i linie kolejowe, podpaleniami, zabójstwami, przekupstwem i próbami destabilizowania całych państw.

Reklama

Po zawieszeniu broni w Ukrainie Kreml będzie dysponował większą liczbą ludzi i pieniędzy, które będzie mógł przeznaczyć na takie działania. Coraz częściej poszukuje osób gotowych przeprowadzać ataki za pośrednictwem Telegrama, oferując niewielkie wynagrodzenie. Rekruci są pozyskiwani również wśród osób rosyjskojęzycznych.

Dlatego rosyjskojęzyczni mieszkańcy Europy mogą stać się częścią systemu obrony. Czytamy te same kanały i rozumiemy język, którym posługują się osoby prowadzące rekrutację.

Jak duży wpływ rosyjskie społeczeństwo wciąż ma na przyszły kierunek rozwoju kraju? Czy dostrzega Pan oznaki, że postawy społeczne wobec wojny, mobilizacji lub sytuacji gospodarczej mogą ostatecznie przełożyć się na presję polityczną?

Rosyjskie społeczeństwo nadal ma wpływ, większy, niż mogłoby się wydawać z zewnątrz, choć nie odbywa się to za pośrednictwem wyborów. Najlepszym przykładem jest mobilizacja.

Jesienią 2022 roku, po ogłoszeniu „częściowej” mobilizacji, z kraju wyjechały setki tysięcy ludzi. Od tamtej pory Kreml nie odważył się rozpocząć drugiej fali i nieustannie zaprzecza pojawiającym się pogłoskom na ten temat. Zamiast poboru stosuje kontrakty wojskowe i oferuje ogromne wypłaty – w niektórych regionach nawet do 3 milionów rubli za podpisanie umowy.

Reklama

Jednak i ten zasób zaczyna się wyczerpywać. W tym roku podpisywanych jest około jednej piątej mniej kontraktów niż rok temu. Kreml nadal wypłaca pieniądze, liczba ochotników systematycznie spada, a mimo to wciąż nie ogłasza mobilizacji. Tym, co go powstrzymuje, jest więc możliwa reakcja społeczeństwa.

Niezależne media i popularne kanały od lat wyjaśniają ludziom, jak uniknąć mobilizacji, gdzie uzyskać pomoc prawną i czego mogą spodziewać się na froncie. Samo społeczeństwo nie chce być przymusowo wcielane do wojska, a opozycja wspiera i wzmacnia te nastroje. Jedno działa razem z drugim. Wspólnie w dużej mierze udało się zapobiec drugiej mobilizacji.

Kreml bierze to pod uwagę. Dysponuje rozbudowanym systemem monitorowania nastrojów społecznych: prowadzi zamknięte sondaże, monitoruje media społecznościowe i analizuje raporty napływające z regionów. Obserwuje również gospodarkę – ceny, wynagrodzenia i kondycję przedsiębiorstw.

Reklama

Dlatego wszystkie niepopularne decyzje wprowadzane są stopniowo, małymi krokami, tak aby nigdy nie pojawił się moment, w którym niezadowolenie przerodzi się w protest. Nastroje społeczne stanowią rzeczywiste ograniczenie dla władz. Można je przekształcić w presję polityczną, ale wymaga to organizacji, której obecnie brakuje.

Patrząc poza okres wojny, co zachodnie rządy powinny zrozumieć w kontekście możliwej Rosji po Putinie? Jakich błędów powinny uniknąć Europa i Stany Zjednoczone, jeśli ostatecznie dojdzie do transformacji politycznej?

Po pierwsze, należy reagować z możliwie największą stanowczością. Po wydarzeniach w Gruzji w 2008 roku i aneksji Krymu w 2014 roku Europa reagowała ostrożnie i zgodziła się na budowę Nord Stream 2. Kreml odebrał to jako przyzwolenie na dalszą eskalację. Każdy atak powinien spotykać się z natychmiastową reakcją.

Reklama

Dobrym przykładem jest Turcja. W listopadzie 2015 roku zestrzeliła rosyjski bombowiec Su-24, który naruszył turecką przestrzeń powietrzną. Putin zapowiedział wówczas, że Turcja „nie ujdzie z tego bezkarnie”, a ostatecznie wszystko skończyło się na pomidorach – zakazie importu tureckich warzyw, ograniczeniach lotów czarterowych i działalności firm budowlanych. Po sześciu miesiącach większość restrykcji została zniesiona. Putin ustępuje, gdy widzi stanowczość i siłę.

Po drugie, należy wzmocnić granice oraz własną niezależność: militarną, energetyczną i informacyjną. Nawet jeśli w Moskwie dojdzie do zmiany władzy, Europa musi być silna sama w sobie.

Jednocześnie błędem byłoby izolowanie Rosji. Zresztą całkowita izolacja i tak jest niemożliwa. Rosja jest historycznie blisko związana z Europą i postrzega ją jako źródło własnej kultury i cywilizacji. Jeśli po odejściu Putina Europa nadal będzie utrzymywać zamknięte granice i bezterminowe sankcje, kolejny dyktator z łatwością przekona Rosjan, że Zachód nie chciał zmiany w Rosji, lecz jej upokorzenia.

Europa powinna wyciągnąć dwie lekcje z historii Niemiec. Izolacja i upokorzenie po 1918 roku doprowadziły do narodzin rewizjonizmu i dążeń odwetowych. Z kolei włączenie Niemiec do Europy po 1945 roku, połączone z denazyfikacją, stworzyło warunki do powstania demokracji.

Reklama

Pomostem prowadzącym do takiej Rosji będą ludzie, których wojna zmusiła do wyjazdu do Europy. Setki tysięcy Rosjan pracują tutaj, płacą podatki i posyłają swoje dzieci do europejskich szkół. Ci spośród nich, którzy dziś pomagają Europie się bronić, jutro będą partnerami, których Europa najlepiej zrozumie w Moskwie. Do Rosji powinni wracać ludzie, dla których niezależne sądy, wolna prasa i poszanowanie granic sąsiadów stały się czymś naturalnym. To wartości, które poznali z własnego doświadczenia.

Relacje z przyszłą Rosją powinny być budowane na zasadzie obopólnych korzyści, ale korzyści te muszą być uzależnione od rzeczywistych zmian. Warunkiem takiej przyszłości musi być również pełna lustracja. Ludzie, którzy stworzyli obecny system i prowadzili tę wojnę, nie mogą pozostać u władzy.

Człowiek z najbliższego otoczenia Putina, który obiecuje pokój i gospodarkę rynkową, nie będzie oznaczał rzeczywistej transformacji, jeśli sądy, służby bezpieczeństwa i propaganda pozostaną takie same. W ten sposób nic się nie zmieni.

Reklama

I jeszcze jedna kwestia. Reżimy takie jak ten wydają się wieczne aż do ostatniego dnia swojego istnienia. Reżim Asada w Syrii upadł w ciągu dwunastu dni, a bunt Prigożyna w 2023 roku pokazał, jak niewielu ludzi Putin ma wokół siebie gotowych za niego walczyć.

Rosja po Putinie jest bliżej, niż mogłoby się wydawać. Naszym wspólnym zadaniem jest dopilnowanie, aby nie pozostała taka sama jak za jego rządów.


Iwan Żdanow jest rosyjskim prawnikiem i politykiem mieszkającym w Wilnie. Kieruje ruchem Progress, który skupia rosyjskie antywojenne media, blogerów i inicjatywy obywatelskie. Prowadzi również popularny program na YouTubie poświęcony rosyjskiej polityce. Jest byłym dyrektorem Fundacji Walki z Korupcją i jednym z najbliższych współpracowników Aleksieja Nawalnego.

Reklama
Mogą Cię zainteresować
Najpopularniejsze
Najnowsze
Wojna na Ukrainie
Zobacz także
Reklama