Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WYWIADY

Orban walczy o przetrwanie. ,,Nie będzie rewolucji geopolitycznej" [WYWIAD]

Za niecały miesiąc wybory parlamentarne na Węgrzech. Czy prowadząca w sondażach opozycja dokona rewolucji w polityce wewnętrznej i zagranicznej? Wbrew wielu komentarzom w mediach, nie. O różnicach Fideszu i Tiszy oraz zbliżającym się dniu wyborów rozmawiamy z Hanną Szymerską, publicystką zajmującą się Europą Środkową i Wschodnią, zwłaszcza Węgrami.

Viktor Orbán premier Węgier
Viktor Orbán premier Węgier
Autor. Twitter (X) / @PM_ViktorOrban

Wojciech Kozioł, Defence24.pl: Zbliżamy się wielkimi krokami do wyborów parlamentarnych na Węgrzech. Jak obecnie wygląda sytuacja, jeśli mowa o rywalizacji pomiędzy Fideszem a opozycją?

Hanna Szymerska: Nikogo nie zaskoczę, mówiąc, że ta rywalizacja jest bardzo widoczna. Ale żeby lepiej zarysować, jak ona wygląda, warto przyjrzeć się scenie politycznej tego kraju oraz sondażom. Te mniej lub bardziej są ze sobą sprzeczne i to na naprawdę znaczącym poziomie, bo jeśli jeden sondaż pokazuje trzy miliony głosów na Fidesz, a drugi niewiele ponad dwa miliony głosów w dziesięciomilionowym państwie, to sondaże nie mówią nam w zasadzie nic.

Sytuacja z kolei jest dosyć specyficzna, jak na europejskie warunki. Obecnie na Węgrzech rywalizują ze sobą dwie znaczące partie (jest jeszcze nacjonalistyczny Mi Hazank, który może liczyć na kilka–kilkanaście procent głosów, oraz marginalne partie, takie jak satyryczna partia psa o dwóch ogonach czy węgierska lewica), z czego jedna, Fidesz, rządzi nieprzerwanie od 2010 roku. Nie trzeba być matematykiem, by wywnioskować, że część najmłodszych wyborców w ogóle nie pamięta innych rządów niż tych Viktora Orbána. Tisza to z kolei stosunkowo młoda partia, na której czele stoi były fideszowiec, prywatnie były mąż byłej minister sprawiedliwości Judit Vargi, Péter Magyar.

Nie jest odosobniony w swojej przeszłości, gdyż wśród członków tej partii znajdziemy dużo więcej byłych działaczy i sympatyków obecnego rządu, a i sam Magyar w swoim przekazie mówi o konieczności dotarcia do „zawiedzionych wyborców Fideszu”, którzy, oddając głos na jego ugrupowanie, nie mają nic do stracenia. Nie zapowiada również żadnej „rewolucji”: ani obyczajowej, ani, co bardziej powinno interesować polskiego czytelnika, geopolitycznej.

Jak więc może wyglądać kampania obu stron?

Fidesz w tych wyborach został pozbawiony „straszaka” w postaci Gyurcsánya, który wycofał się z życia publicznego w tym roku. Ów były lewicowy premier, znany z otwartego przyznania się do kłamstw, załamania gospodarczego i obrazy własnego państwa w sposób nienadający się do cytowania publicznie, był wielokrotnie stawiany w roli „powracającego za sprawą potencjalnego zwycięstwa opozycji”.

Obecnie Fidesz wychodzi zarówno z programem negatywnym, jak i pozytywnym. Mówiąc o pozytywnym, dalej grana jest płyta o niskich cenach surowców na Węgrzech i niskich cenach ogrzewania. Politycy Fideszu, w tym sam Orbán, opanowali do perfekcji funkcjonowanie nowych mediów i nikogo nie dziwi już ocieplanie wizerunku premiera poprzez instagramowe „rolki” z jedzeniem fastfoodów czy też krótkie filmy, gdzie przemawiając w deszczu, dodaje podpis „nie jestem z cukru” i utwór „Unwritten”. Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych Orbán zapowiedział rozbudowę budapesztańskiego lotniska Ferenca Liszta, a przypomnijmy, że już obecnie ów port oferuje szeroką ofertę połączeń, w tym do państw azjatyckich. Mówiąc z kolei o programie negatywnym, mamy do czynienia z dużo bardziej topornym przekazem.

Oczywiście, Péter Magyar jest oskarżany o stawianie interesu ukraińskiego nad węgierskim (co notabene skutecznie zbija), o chęć sprzedaży kraju Brukseli. Bywa łączony z Zełenskim, którego wizerunkiem oblepione jest pół Węgier, z Ursulą von der Leyen, z Sorosem, który latami funkcjonował w retoryce Fideszu jako główny nemezis. Na polski grunt wybiła się zwłaszcza „seksafera” z jego udziałem, która w rzeczywistości okazała się czymś na wzór kaczki dziennikarskiej. W drugim tygodniu lutego internet obiegło zdjęcie niepościelonego łóżka z podpisem „Péter Magyar coming soon”, a wraz z nim pojawiły się pogłoski, jakoby miało zawierać sceny mogące skompromitować lidera opozycji (w tym sugestie o aktach homoseksualnych i zażywaniu twardych narkotyków). 

Péter Magyar wówczas postanowił „rozbroić bombę”, wyjaśniając, iż jest aktywnym seksualnie czterdziestopięcioletnim mężczyzną, współżył ze swoją byłą partnerką, a sama w sobie groźba ujawnienia nagrania przypomina rosyjskie metody szantażu. Dla jasności, nie jest tak, że jedynie Fidesz uderza w Magyara. Tisza również atakuje partię rządzącą, w zasadzie cała kampania tej partii opiera się na odsunięciu Orbána od władzy i obietnicy „zrobienia tego samego, ale bez korupcji, porządnie i bez patologii”. W zasadzie też cały Fidesz jest oskarżany o działalność, jeśli nie agenturalną, to co najmniej prorosyjską.

Czy Tisza ma program?

Tak, ma, ale niewiele się on różni od tego, co realizuje Fidesz. Magyar nie chce zabierać świadczeń emerytalnych, nie zapowiada w zasadzie żadnych znaczących zmian. Jeśli chodzi o takie bardziej „agresywne” atakowanie obozu rządzącego, to tu wiele robi czynnik internetowy wśród sympatyków. Oczywiście, zobaczymy obrzydliwe memy z głową państwa, tudzież czysty klasizm wylewający się na wyborców rządu, ale prawdopodobnie wyszły one od sympatyków partii nie od samej w sobie Tiszy. Aczkolwiek nie wziął się znikąd, gdyż tu rolę grają także zagraniczne media. 

Reklama

Niedawno „Financial Times” informował, że Fidesz może liczyć na silne wsparcie Federacji Rosyjskiej. Na ile widoczna jest ingerencja w wybory na Węgrzech - nie tylko samej Rosji, ale i innych państw?

Jest to temat-rzeka i wiele zależy od tego, jak definiujemy ingerencję zagraniczną. Jeśli chodzi o kwestię Federacji Rosyjskiej, to chodzą słuchy o używaniu rosyjskich farm trolli i metodach kampanii opracowanych przez rosyjską agencję. Wywierać wpływ na głosujących mieliby głównie influencerzy oraz poszczególne strony na mediach społecznościowych. Celowo używam formy „chodzą słuchy”, gdyż Rosjanie zdecydowanie wypierają się jakiegokolwiek mieszania się w kampanię i prowadzenia wojny informacyjnej na korzyść Fideszu. Miejmy też na uwadze, że momentami godzące w dobry smak, eksponowane w ramach węgierskich kampanii czy nawet zwykłego przekazu partyjnego treści, są „normą” od wielu wyborów i wypełniają przestrzeń publiczną.

Pierwszy z brzegu przykład: swego czasu Donald Tusk był nazywany przez prorządowe media „wnuczkiem żołnierza Wehrmachtu”, który obraża premiera suwerennego państwa węgierskiego (wypowiedź ta padła po tym, jak Viktor Orbán został nazwany przez Tuska najlepszym uczniem Carla Schmitta i oskarżony o sprzyjanie Rosji). W tej kampanii, jeżeli chodzi o elementy zagraniczne, nie licząc oczywiście zagranicznych liberalnych mediów uderzających w Fidesz, możemy z lekka się uśmiechnąć na widok polskich polityków.

Nie jest tajemnicą, że Péter Magyar wraz ze wskazaną na ministra spraw zagranicznych w ramach jego potencjalnego gabinetu Anitą Orban (zbieżność nazwisk przypadkowa) spotkał się z Donaldem Tuskiem. Nikt też po stronie polskich liberalnych mediów i polityków swoich sympatii nie ukrywa. Z drugiej strony, Péter Magyar naraził się… Zbigniewowi Ziobrze, obecnie przebywającemu na Węgrzech. Ów były minister sprawiedliwości miesiąc temu opublikował szeroko udostępniany przez polityków Fideszu wpis uderzający w Tiszę i porównujący to ugrupowanie do Koalicji Obywatelskiej.  

Reklama

Czym różni się podejście opozycji do spraw międzynarodowych i Ukrainy względem Fideszu? 

To jest bardzo zasadnicze pytanie. Pozwolę sobie tutaj zrobić pewną dygresję. O ile oskarżenia kierowane w stronę Orbána „przyjaciela Rosji” są już na porządku dziennym w polskim obiegu informacyjnym, o tyle z niezrozumiałych bliżej powodów utrwalił się wizerunek „antyrosyjskiego Magyara”. I jest to wizerunek absolutnie błędny, jeśli spojrzymy na postulaty Tiszy. Owszem, opozycja chce odejścia od rosyjskich surowców, ale datę tego odejścia wskazuje na 2035 rok. Czyli jest to perspektywa dziewięciu lat, podczas których – notabene – odbędą się dwukrotnie wybory parlamentarne.

Co więcej, nie jest też tak, że w warstwie retorycznej Fidesz bronił rosyjskich surowców jak niepodległości. W październiku 2022 roku Orbán pisał: „Mówią mi, że rosyjski gaz jest zły. Mówią mi, że powinniśmy przestać go kupować. Ale nikt nie mówi nam, jak zastąpić rosyjski gaz. Zastąpić od jutra, nie w perspektywie pięciu lat. Musimy utrzymać stabilność gospodarki, to nic nadzwyczajnego”. I ponownie wracamy do kwestii ceny surowców energetycznych, której Magyar nie zamierza podwyższać. Co więcej, nie jest też tak, że Péter Magyar idzie w retorykę opozycji sprzed czterech lat, kiedy to ówczesny opozycyjny kandydat na premiera, Márki–Zay, niefortunnie rozważał na głos udział we wspólnej operacji z NATO węgierskich wojsk (za co notabene był krytykowany przez prorządowe media, przypisujące mu chęć przelewania węgierskiej krwi za Ukrainę). 

Péter Magyar nie ma takich zamiarów. Idąc jeszcze dalej, Tisza jest przeciwna przyspieszonej akcesji Ukrainy do UE i NATO. Wisienką na torcie są tu wydarzenia bieżące. W momencie, w którym Orbán otrzymał od Zełenskiego groźbę ujawnienia adresu ukraińskim żołnierzom, Péter Magyar stanął po stronie swojego państwa ponadpartyjnym interesem i stwierdził, że nikt nie ma prawa szantażować Węgra, a następnie namawiał UE do zerwania relacji z Ukrainą do czasu wyjaśnienia sytuacji. A jak to się ma do Rosji? Pozwolę sobie zacytować tweeta Anity Orban z 27 stycznia 2026 roku: „Rosja będzie ważnym aktorem w węgierskiej dyplomacji, ale Węgry muszą przy stole negocjacyjnym reprezentować swoje interesy, nie rosyjskie”. Czyli otoczka, jaką Tisza tworzy, jest bardziej wyrazista niż jej rzeczywisty program.

Bo rzeczywiście, cały entourage Magyara zarzuca Fideszowi uzależnienie od Rosji, ale jednocześnie nie ma tu żadnych rewolucyjnych planów. Aczkolwiek z obowiązku należy wspomnieć, że Węgrzy nie są aż tak sceptyczni wobec Rosji, jak Polacy czy Bałtowie. Jest oczywiście możliwość, że część tych deklaracji jest „graniem pod wyborców” czy też „graniem pod niepodstawianie się prorządowym mediom”. Niemniej, tak to wygląda z perspektywy retoryki. 

Reklama

Czy dla Polski te wybory będą znaczące, czy jednak obie strony mają zbliżony pogląd na relacje z Warszawą?

Oczywiście, że będą, i to niezależnie od kwestii relacji z Warszawą. Węgry są państwem UE, które blokowały dwudziesty pakiet sankcji na Rosję, są też razem z nami, Czechami i Słowacją państwem Grupy Wyszehradzkiej, są państwem NATO, z którym podczas kryzysu migracyjnego z 2015 roku ćwiczyliśmy na granicy z Serbią. Jeśli chodzi o relacje z Warszawą, to sprawa jest dużo bardziej skomplikowana za sprawą pewnego nieformalnego powiązania partii polskich i węgierskich. Lubimy myśleć w kategoriach „Fidesz to taki węgierski PiS” czy „Péter Magyar to węgierski Tusk”. 

Oczywiście, ani Fidesz nie jest PiSem, ani Péter Magyar Tuskiem (a patrząc na jego niespodziewany zwrot od Fideszu, moglibyśmy rzucać porównaniami do Romana Giertycha, gdybyśmy na siłę chcieli się uprzeć na jakieś analogie), ale jest w tym pewne ziarnko prawdy. Kiedy najbardziej kwitła współpraca polsko–węgierska? Kiedy rozmawialiśmy o Via Carpatii, Trójmorzu, powołaniu Instytutu Współpracy Polsko–Węgierskiej im. Wacława Felczaka, o nowych pomnikach i umowach między MOL-em a Orlenem, dzięki którym Orlen posiada swoje stacje na Węgrzech? Za czasów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, chociaż po lutym 2022 premierzy Węgier i Polski stwierdzili, że drogi naszych państw się rozeszły i dochodziło nawet do takich kuriozów, jak politycy PiS-u wypominający Tuskowi zdjęcia z Orbánem.

Niemniej, początkiem 2023 roku wystosowaliśmy wraz z Węgrami, Słowacją, Bułgarią i Rumunią wspólny list do Ursuli von der Leyen ws. importu ukraińskiego zboża. Czy jeśli wygra Tisza, powrócimy do starego dobrego „Budapesztu, Warszawy wspólnej sprawy”? Generalnie Anita Orban podkreśla konieczność współpracy z państwami V4, zwłaszcza z Polską, która jawi się oczywistym partnerem nie tylko ze względu na nasz potencjał, lecz również ze względu na przychylność KO dla Tiszy, której nie podzielają Andrej Babiš i Robert Fico. Nie jest też tajemnicą, że węgierska opozycja, niezależnie od tego, czy spod znaku Tiszy, czy mówimy o liberalnych samorządowcach, utrzymuje kontakty z polskimi ideowymi odpowiednikami. Choćby burmistrz Budapesztu Gergely Karácsony, odwiedził niegdyś Campus Polska, a Rafał Trzaskowski spotykał się z naddunajskimi opozycjonistami.

I tu jest pewien szkopuł. Zauważmy, że sami będziemy głosowali nad składem naszego parlamentu za rok. Czy w sytuacji, w której rządziłby w Polsce PiS, a na Węgrzech premierem byłby Péter Magyar, moglibyśmy mówić dalej o „bratankowskich” rządach? Wątpię, zwłaszcza patrząc na nastawienie lidera Tiszy do przebywających w jego kraju Ziobry i Romanowskiego, których azyl pod jego rządami mógłby się skończyć. Oczywiście, nie jest też w żaden sposób pewne, że Fidesz przegra. 

Reklama

Czy te wybory mogą być ostatnimi w karierze politycznej Viktora Orbána, czy jednak dalej będzie obecny w polityce?

Co prawda główny wróg Orbána, Ferenc Gyurcsány, odszedł już na polityczną emeryturę, ale tu naprawdę nie lubię wróżyć z fusów. Na pewno Viktor Orbán nie jest politykiem młodym, ma niecałe 63 lata i w życiu publicznym Węgier uczestniczy od lat osiemdziesiątych. Notabene w jego aktywności pewną rolę odegrało dwóch Polaków: Wacław Felczak, naukowiec i kurier z czasów II wojny światowej, który namawiał młodych Węgrów do działalności społecznej, oraz Jan Paweł II, którego przyjechał zobaczyć kalwin Orbán wraz z kolegami w latach osiemdziesiątych w Polsce.

Warto też zaznaczyć, że lider Fideszu był w swojej kadencji 1998–2002 najmłodszym premierem w Europie i naprawdę przez czterdzieści lat potrafił zjednać sobie szereg ludzi. Możemy oczywiście snuć teorie, że jako ojciec piątki dzieci i szczęśliwy dziadek, lubujący się w przygotowywaniu domowych przetworów, miałby co robić, ale de facto nie wiemy, co się stanie. Mówiąc poważniej, spójrzmy też na sytuację – zwłaszcza że nawet zakładając przegraną Fideszu, część instytucji jest obsadzona na następne kilka lat, jak choćby Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy czy Rada Mediów.

Do tego dochodzi fakt, że Fidesz niejako wytyczył kierunki, jakimi powinna się kierować węgierska polityka na poziomie prawodawstwa. Nowa ustawa zasadnicza Węgier z początków drugiej kadencji (2010–2014) partii jest bardzo prawnonaturalna, a przed jej wejściem powstał również tzw. NER, czyli System Współpracy Narodowej, stanowiący coś na wzór preambuły zawierającej odwołania do pokoju, wolności i zgody w narodzie. I oczywiście: nawet jeśli w systemie mieszanym, który może się za sprawą JOWów Fideszowi przysłużyć, partia rządząca przegra, to i tak Tisza nie będzie miała wymaganych do zmiany najważniejszych organów 2/3 w parlamencie. Dobrym pytaniem byłoby „kto, jeśli nie Orbán?”.

Bo kłania nam się jeszcze jedna kwestia: rozpoznawalność. Chyba nie ma, poza Binjaminem Netanjahu (z powodów oczywistych), drugiego tak znanego premiera dziesięciomilionowego państwa. Pomyślmy nawet o Polsce: kogo kojarzymy z aktywnych działaczy Fideszu poza premierem i ministrem spraw zagranicznych, Péterem Szijjarto? Jeśli ktoś miałby wejść na miejsce Orbána, to przyznam szczerze, że będziemy świadkami całkiem ciekawej „walki o wpływy”. Ale tak jak mówiłam, jest to w dużej mierze wróżenie z fusów.

Reklama
WIDEO: F-35 vs. JAK-130 | Fregata tonie | Kuwejt strąca F-15 - Defence24Week #151
Reklama