- WIADOMOŚCI
- WYWIADY
Niemcy kluczowym partnerem USA? Michta: Polska musi przejąć inicjatywę
Autor. U.S. Army Reserve, Sgt. Ronald D. Bell
„Mamy w Europie specyficzną sytuację: Niemcy mają skalę, by zbudować przywództwo wojskowe. Francja posiada broń jądrową, ale jest zorientowana ekspedycyjnie. Brytyjska armia skurczyła się do tego stopnia, że odbudowa jednej dywizji zajmie im 10 lat. Polska ma wszelkie powody i pilną potrzebę, by przewodzić temu procesowi, a szczególnie żeby budować struktury regionalne w nordycko-bałtyckim regionie” – powiedział w rozmowie z Defence24 prof. Andrew Michta.
Czy Polska jest w stanie i chce pełnić istotną rolę w koncepcji NATO 3.0? Dlaczego powstanie Centralnego Portu Komunikacyjnego ma takie znaczenie z wojskowego punktu widzenia? Jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się postrzeganie kwestii bezpieczeństwa w Europie? Który kraj najlepiej przystosował się do obecnych wyzwań w tym zakresie? O tym wszystkim przeczytamy w pierwszej części rozmowy z prof. Andrew Michtą ze Scowcroft Center for Strategy and Security.
Michał Górski, Defence24: Przegląd amerykańskiej obecności w Europie i proces zmian w Sojuszu Północnoatlantyckim de facto już się rozpoczęły. Czy możemy postawić tezę, że Niemcy są traktowane przez władze USA priorytetowo – biorąc pod uwagę m.in. niedawne spotkania Elbridge’a Colby’ego z przedstawicielami niemieckiej armii? Czy w ramach tzw. „NATO 3.0” Amerykanie chcą postawić na Niemcy jako główną siłę konwencjonalną w Europie?
Prof. Andrew Michta, Scowcroft Center for Strategy and Security: Po pierwsze, NATO w czasie zimnej wojny opierało się na zintegrowanym odstraszaniu integrated deterrence), opartym głównie na przywództwie i siłach amerykańskich. Potem przeszliśmy do etapu rozszerzenia sojuszu enlargement) oraz budowy zdolności ekspedycyjnych expeditionary capabilities) i wojny z terroryzmem.
To, co dzieje się obecnie, to przeniesienie ciężaru odpowiedzialności burden transfer). Mówili o tym od lat wszyscy amerykańscy prezydenci od zakończenia zimnej wojny, ale dopiero Donald Trump skłonił Europejczyków do realnego działania. Myślę, że Elbridge Colby, jak i Pete Hegseth mają już gotowy konstrukt polityczny, jak to przeprowadzić. Niemcy są opcją domyślną z kilku powodów:
- Infrastruktura i historia: Istnieje tam rozbudowana, dziedziczona infrastruktura baz amerykańskich, a amerykańska armia od lat jest tam zakorzeniona personalnie i rodzinnie.
- Gospodarka: Niemcy to ogromna gospodarka z wciąż silnym, choć powoli słabnącym, bazowym przemysłem i dużymi zasobami ludzkimi.
Obawiam się, że przy braku dynamicznych inicjatyw ze strony Polski domyślnym partnerem Waszyngtonu pozostanie Berlin. Diabeł jednak tkwi w szczegółach – nie chodzi tylko o redukcję czy przesunięcie sił USA, ale o to, ile z nich zostanie, gdzie będą stacjonować, jakie będą amerykańskie zdolności wspomagające enablers) i jakie wywoła to konsekwencje polityczne.
Mamy w Europie specyficzną sytuację: Niemcy mają skalę, by zbudować przywództwo wojskowe. Francja posiada broń jądrową, ale jest zorientowana ekspedycyjnie. Brytyjska armia skurczyła się do tego stopnia, że odbudowa jednej dywizji zajmie im 10 lat. Polska ma wszelkie powody i pilną potrzebę, by przewodzić temu procesowi, a szczególnie żeby budować struktury regionalne w nordycko-bałtyckim regionie, który nazywam Północno-Wschodnim Korytarzem Northeast Corridor), (państwa skandynawskie, bałtyckie i Polska). W przeciwieństwie do krajów Europy wysuniętych dalej na zachód, te państwa postrzegają zagrożenie ze strony Rosji jako egzystencjalne, co przekłada się na wspólny interes, jeśli chodzi o obronność wewnątrz NATO. Ten region to nowy środek ciężkości Sojuszu, a Polska jest w nim hubem, podobnie jak były Niemcy Zachodnie w czasie zimnej wojny. Ale z jakiegoś powodu Warszawa nie organizuje tego teatru działań.
Zobacz też 
Czy jako Warszawa sami nie rezygnujemy z roli, którą moglibyśmy pełnić? Wskazują na to m.in. komentarze byłego ambasadora przy NATO Tomasza Szatkowskiego ws. zapisów ostatnich porozumień polsko-niemieckich, gdzie strona polska „oddaje pole” w niektórych istotnych aspektach.
Polska ma w ręku ogromne atuty. Geografia, która kiedyś była przekleństwem, dziś jest główną kartą przetargową – tranzyt, logistyka i infrastruktura Północ-Południe. Nie można zapominać o kwestii Centralnego Portu Komunikacyjnego (CPK), który jest tu kluczowy z punktu widzenia wojskowego. Nie chodzi tu wyłącznie o to, by szybciej dojechać z Baranowa do Wrocławia. Potrzebne są „szprychy” na osi Północ-Południe (w obszarze Via Carpatia, Via Baltica). Potrzebny jest komponent logistyczny i rurociągi paliwowe, ponieważ czołgi Abrams jeżdżą na paliwie lotniczym (JP-8). Z punktu widzenia mobilności wojskowej to sprawa krytyczna.
Polska nie gra w pełni własną kartą. W Estonii, Finlandii czy Danii istnieje oczekiwanie na polską inicjatywę. Brakuje mi też wypracowanej polskiej polityki zagranicznej wobec poszczególnych sąsiadów – na pytania o relacje z Niemcami czy Czechami często słyszy się odpowiedź „Unia Europejska”, podczas gdy Niemcy czy Czesi mają konkretną politykę wobec Polski.
Co najważniejsze: jeśli Polska chce pełnić wiodącą rolę w restrukturyzowanym Sojuszu, musi być obecna w Waszyngtonie. Tymczasem polska obecność jest tam znikoma. Brakuje zaplecza, instytucji państwowych i fundacji działających 24/7 w relacjach z Kongresem i think tankami. Niemieckie fundacje polityczne mają swoje biura i reprezentacje w USA od lat. Jeśli o relacjach polsko-amerykańskich mówi się głośno w Warszawie, a nie słychać o nich w Waszyngtonie, to znaczy, że Polski tam po prostu nie ma.
Zobacz też 
Przez ostatnie miesiące przebywał Pan w Europie. Jak z perspektywy bezpieczeństwa patrzy Pan na europejską mentalność? Czy coś się zmieniło na przestrzeni kilku lat?
Najgorsze jest to, że przywódcy wielu państw nadal nie mówią obywatelom prawdy o powadze sytuacji. Rozmowy na poziomach urzędowych się toczą, ale brak mobilizacji społecznej.
Jesteśmy po ponad 20 latach ugodowej polityki appeasementu) wobec Rosji. Władimir Putin stosował siłę zbrojną, wygrywał geopolitycznie i nie płacił za to ceny (po napaści na Gruzję w 2008 r. dokończono Nord Stream 1, po aneksji Krymu w 2014 r. rozpoczęto Nord Stream 2). Dziś bardzo trudno odbudować odstraszanie bez uświadomienia społeczeństw. Spokojne czasy wykreowały menedżerów, a nie przywódców.
Klasa polityczna w Europie Zachodniej nadal żyje w „kryzysie niedowierzania”. Deklaracje są twarde, ale wciąż dyskontuje się prawdopodobieństwo wybuchu dużej wojny. Tymczasem Putin nie walczy o kawałek Donbasu – walczy o swoje przetrwanie polityczne i fizyczne. Dodatkowo Chiny są zdeterminowane, by Rosja tej wojny nie przegrała.
Mamy obecnie do czynienia z potencjalnym „kryzysem jednoczesności” konfliktów w czterech kluczowych teatrach crisis of simultaneity). Świat pali się już w kilku miejscach (Europa, Bliski Wschód), a potencjalnie krytyczne są Indopacyfik i Półwysep Koreański. Do tej pory USA mogły sekwencjonować konflikty. Jeśli oprócz trwających już wojen na Ukrainie i w Zatoce Perskiej zapłonie również Indopacyfik, Ameryka stanie przed niezwykle trudnymi decyzjami dotyczącymi alokacji swoich zasobów. Dlatego projekt „NATO 3.0” jest kluczowy – Europa musi stworzyć konwencjonalny trzon odstraszania w NATO, podczas gdy USA zapewnią parasol jądrowy, rozpoznanie satelitarne i zaawansowane systemy dowodzenia high-end enablers). Bez amerykańskich platform cyfrowych i satelitarnych Europa jest obecnie ślepa i głucha.
Pozostając przy temacie Europy i jej podejścia do kwestii bezpieczeństwa. Czy któryś z krajów wyróżnia się pozytywnie na tle pozostałych?
Finlandia. To wzorcowy model budowania odpornego społeczeństwa. Tam nie tylko wojsko, ale cały naród przygotowuje się do obrony. Kiedy cywile rozwijają kariery (IT, medycyna, budownictwo), ich kompetencje są bezpośrednio przypisane do roli w systemie obronnym. Pięciomilionowy kraj jest w stanie w 2–3 tygodnie wystawić 280-tysięczną armię, a całościowa obrona cywilno-wojskowa w ekstremalnym scenariuszu to 800 tysięcy ludzi. Posiadają największą konwencjonalną artylerię w Europie.
Polska zrobiła bardzo dużo w kwestii zwiększenia wydatków na obronność, ale zakupy bywają chaotyczne. Brakuje uzyskiwania transferu technologii i rozwoju własnego przemysłu, zwłaszcza w zakresie produkcji amunicji. Błędem negocjacyjnym jest też ogłaszanie intencji zakupu ogromnych wolumenów sprzętu (np. deklaracja zakupu 500 wyrzutni HIMARS) przed zamknięciem kontraktu – stawia to zamawiającego w gorszej pozycji negocjacyjnej.
Druga część rozmowy, poświęcona m.in. odstraszaniu nuklearnemu, zostanie opublikowana wkrótce.



Wybrane okazje dla Ciebie