Geopolityka

Instalacje NATO w Turcji zakładnikiem "afery S-400"? [KOMENTARZ]

Fot. mil.ru
Fot. mil.ru

W rozmowie z dziennikarzami minister obrony Turcji Hulusi Akar podkreślił, że umowa zakupu S-400 jest faktem z którym USA musi się pogodzić. Podobnie jak udział Turcji w programie F-35 jest to jego zdaniem kwestia zawartych umów i realizacji warunków. – Nie jesteśmy już klientem, ale partnerem z którym należy się liczyć – stwierdził krótko. Pozostawił również otwartą kwestię karty przetargowej, jaką są instalacje NATO i wykorzystanie baz lotniczych do działań w Syrii.


Spotkanie tureckiego ministra z prasą odbyło się 22 maja podczas iftar (posiłku spożywanego po zachodzie słońca, gdy podczas trwania Ramadanu muzułmanie poszczą cały dzień). Dziennikarze zostali zaproszeni do rozmowy, która z oczywistych względów krążyła głównie wokół tematów zakupu systemu S-400 i ewentualnych amerykańskich sankcji. Jest to element szerszej kampanii medialno-dyplomatycznej Ankary.

Po raz kolejny zadeklarowano, że Turcja nie chce wpinać S-400 do systemu natowskiego i ma być to rozwiązanie samodzielne do zadań takich jak np. ochrona przed „terrorystycznymi” atakami rakietowymi z terytorium Syrii, ale trzon całego problemu stanowi nie spójność systemu obrony powietrznej Sojuszu, ale możliwość iż informacje o zdolności S-400 do wykrywania F-35 trafią do Rosji.

Tymczasem minister obrony Hulusi Akar utrzymuje, że zarówno zakup rosyjskiego systemu jak też pozyskiwanie myśliwców F-35 to kwestie, które nie powinny być łączone. Jak podkreśla, Turcja jest od 2002 roku partnerem III stopnia w programie JSF, którego owocem jest F-35 i poniosła od tego czasu koszty szacowane na około 200 mln dolarów rocznie. Partnerem I poziomu dla USA w tym programie jest jedynie Wielka Brytania, a na II znalazły się Włochy i Holandia. III poziom oprócz Turcji uzyskała Kanada, Austria, Norwegia i Dania. Stąd Ankara uważa zachowanie administracji USA za co najmniej niedyplomatyczne i nieuzasadnione. Więcej nawet, sugeruje, że chodzi tu o podtrzymanie zależności Turcji od amerykańskich technologii wojskowych.

Czy w protokołach programu F-35 jest klauzula, że jeśli jeden partnerów kupi S-400 to wylatuje z programu? Turcja jest partnerem i była jedynym państwem które bez zakłóceń płaciło swój udział. […] Nie jesteśmy już amerykańskim klientem, ale partnerem z którym należy się liczyć.  

Hulusi Akar, minister obrony narodowej Turcji 

Argumenty Akara nie są pozbawione podstaw, jednak są też podszyte ambicjami Ankary. Dotyczą one zarówno produkcji sprzętu wojskowego, w tym najbardziej skomplikowanego, jak i roli Turcji w regionie jako militarnego i politycznego lokalnego mocarstwa.

Grecki precedens

Minister miał wiele do powiedzenia na temat nierównych standardów przykładanych do różnych krajów w sojuszu. Część tych argumentów jest dość ciekawa. Zwrócił na przykład uwagę, że oczywiście rozumie, że NATO uważa iż członkowie powinni używać systemów obrony powietrznej NATO, ale „rodzą się pytania o innych członków sojuszu, którzy już wcześniej kupili jedną z wersji tego systemu.”

Jest to odniesienie do Grecji, która faktycznie posiada na uzbrojeniu system S-300, którego rozwinięciem jest właśnie dyskusyjny S-400. Historia jest dla Turcji tym bardziej drażliwa, że został on pozyskany od Cypru, który zakupił cztery baterie S-300PMU1, co doprowadziło do poważnego kryzysu w stosunkach z Turcją, uważającą system o takim zasięgu za zagrożenie dla swojej obecności w regionie. W 2007 roku dla zażegnania problemu Grecja „odkupiła” S-300 od Cypru za baterie Tor-M1 o znacznie mniejszym zasięgu. Grecja jest tu podwójnie wygodnym dla Turcji przykładem. Po pierwsze, jednym z głównych przeciwników Turcji w polityce regionalnej, chociażby ze względu na sporne wyspy na Morzu Śródziemnym i kwestię Cypru, który jak wiadomo podzielony jest na cześć turecką i niepodległą republikę w silnym związku z Atenami.

Przy tym Grecja faktycznie używa zadziwiającego miksu sprzętu kupowanego w Rosji i NATO. Są to np. wspomniane wcześniej rosyjskie systemu opl S-300 i Tor-M1, ale też OSA. Jednocześnie Grecy używają też Patrioty i myśliwce F-16. W wojskach lądowych można znaleźć śmigłowce AH-54D Apache, czołgi Leopard 2A6, jak również bojowe wozy piechoty BMP-1 czy armaty ZU-23-2. Przy tym wszystkim Grecja wraz z Polską i Rumunią znalazła się na amerykańskiej liście potencjalnych nabywców F-35. Oczywiście, podobnie jak Polska czy Rumunia, Grecja, choć nigdy nie należała do Układu Warszawskiego, to miała okresy polityczno-militarnego „romansu” z Rosją, czego owocem jest ten osobliwy misz-masz. Dla Turcji jest to z pewnością wygodny argument, jednak w konfrontacji z Waszyngtonem Ankara dysponuje iście atomową opcją.

Bazy lotnicze i przeciwbalistyczne – miękkie podbrzusze NATO 

Jednym z kluczowych problemów dla NATO, a przede wszystkim dla USA, są bardzo ważne dla działań w regionie bazy. Najsłynniejsza instalacja to oczywiście baza lotnicza Incirlik położona niespełna 150 km od granicy z Syrią. Jest to istotny obiekt dla amerykańskich operacji powietrznych nad północną Syrią, jednak US Air Force od początku zaostrzenia stosunków z Ankarą sukcesywnie ograniczały swoją obecność w tej instalacji. Prawdopodobnie już w 2016 roku wycofano z Incirlik składowane tam bomby jądrowe B61 należące do programu NATO Nuclear Shearing. Niemniej jednak ewentualne zamknięcie tego lotniska dla sił amerykańskich skomplikuje operacje powietrzne w rejonie.

Bardziej złożony problem może wygenerować znacznie mniej znana instalacja – Kürecik, leżąca w południowo-wschodniej części Turcji, około 700 km od granicy z Iranem stanowi istotny element systemu przeciwbalistycznego. Ankara zgodziła się na uruchomienie w tej bazie amerykańskiej stacji radarowej AN/TPY-2, która stosowana jest w systemie antybalistycznym THAAD, ale również jako wysunięty w rejon startu pocisków element ostrzegania i identyfikacji. Jak łatwo się domyślić Kürecik ma chronić Europę i USA przed atakiem rakietowym z Iranu. Docelowo planowano tutaj uruchomić radar AN/SPY-1 systemu Aegis Ashore.

Samolot wielozadaniowy F-35A. Fot. Samuel King/US DoD.
Samolot wielozadaniowy F-35A. Fot. Samuel King/US DoD

W sytuacji obecnego, narastającego napięcia na linii USA-Iran i ogólnie zaogniającej się sytuacji w regionie wyłączenie radarów w Kürecik poważnie osłabia tarczę antyrakietową. Szczególnie wystawia na ryzyko Europę. Prawdopodobnie w związku z tym ryzykiem w kwietniu do Rumunii trafił na co najmniej trzymiesięczną misję bateria przeciwbalistycznego systemu THAAD (ang. Terminal High Altitude Area Defense). US Army w komunikacie na ten temat podkreśla, że THAAD w Rumunii ma wzmocnić obronę przeciwbalistyczną Europy i zaprezentować „stałe i nieprzerwane zaangażowanie USA w bezpieczeństwo sojuszników z NATO”.

Minister obrony Turcji Hulusi Akar zapytany o możliwość wykorzystania baz Incirlik i Kürecik w negocjacjach z USA odpowiedział dyplomatycznie, że siła argumentów, które ujawniono wcześniej, jest w negocjacjach mniejsza niż tych trzymanych w tajemnicy. Nie da się więc wykluczyć, że te argumenty zostaną wykorzystane, generując znaczne zamieszanie na lokalnym teatrze działań.

Ostatnia prosta twardej rozgrywki

Tymczasem sytuacja zdaje się być patowa. Waszyngton nie chce dopuścić by myśliwiec F-35 wyposażony w najnowsze rozwiązania technologii „stealth” wykonywał loty w kraju, w którym dane na temat jego wykrywalności będą w swobodny sposób, na dowolnych odległościach i kątach podejścia, zbierał jeden z najnowszych rosyjskich systemów przeciwlotniczych. W takiej sytuacji zawsze istniałoby ryzyko, że zebrane w ten sposób dane trafią, na przykład przy okazji serwisowania S-400, prosto do Moskwy.

Z drugiej strony posiadanie skutecznego systemu OPL i rozwój technologii tego typu jest dla Turcji co najmniej równie istotny, co udział w produkcji F-35 i dostawa ponad 100 maszyn tego typu. Równocześnie wyjście Turcji z programu JSF byłoby poważnym zagrożeniem dla jego terminowości i finansowania. Ankara ma zakupić ponad 100 samolotów tego typu, a Turcja jako członek konsorcjum JSF jest producentem istotnych komponentów. Jak mówią przedstawiciele koncernu Lockheed Martin, uruchomienie ich produkcji w innym miejscu zajmie około roku. Oczywiście nie oznacza to tak znacznego opóźnienia dostaw, ale z pewnością przełoży się na koszty. Tymczasem konkurując w USA z Boeingiem F-15X w samych stanach, oraz z licznymi konkurentami na rynku światowym, myśliwiec F-35 musi być coraz tańszy i bardziej dostępny.

Na te wszystkie czynniki nakładają się interesy Kremla, ambicje Erdogana i skomplikowana, niespokojna sytuacja na Bliskim Wschodzie, ale też nad Morzem Czarnym. Splot tych licznych, sprzecznych ze sobą czynników istotnie komplikuje sytuację na osi Rosja-Turcja-USA, czy raczej turecki dylemat: jak dostać F-35 i S-400 w tym samym czasie i jak najmniejszym dyplomatycznym kosztem.

Komentarze