- WYWIADY
- WIADOMOŚCI
Były szef Szin Bet: Netanjahu i Trump nie docenili ograniczeń potęgi militarnej
Na temat skutków wojny Izraela z Iranem oraz międzynarodowej pozycji Izraela redakcja Defence24 rozmawia z Ammim Ajjalonem, emerytowanym admirałem izraelskiej marynarki wojennej, byłym szefem Szin Bet (1996 – 2000) i byłym członkiem Knesetu z ramienia Partii Pracy.
To druga część rozmowy z Ammim Ajjalonem. Pierwszą można przeczytać tutaj
Poprzednio powiedział pan, że premier Netanjahu działa przede wszystkim we własnym interesie politycznym, a nie w interesie Izraela. Czy w takim razie postrzega pan również konfrontację z Iranem częściowo przez ten pryzmat?
Sytuacja z Iranem jest niezwykle skomplikowana, ale tak – uwarunkowania polityki wewnętrznej odgrywają tu swoją rolę. To połączenie interesów Netanjahu i Trumpa. Dla Netanjahu kwestia irańska jest centralnym punktem jego tożsamości politycznej od ponad dwudziestu lat. Zbudował znaczną część swojego wizerunku publicznego na przekonaniu, że tylko on jest w stanie ochronić Izrael przed irańskim zagrożeniem nuklearnym.
Jednocześnie Iran zaczął pozycjonować się jako jedyny gracz regionalny, który realnie broni sprawy palestyńskiej. Państwa takie jak Egipt, Jordania czy Arabia Saudyjska były w świecie arabskim coraz częściej postrzegane jako zmierzające do normalizacji stosunków z Izraelem, przy jednoczesnym ignorowaniu losu Palestyńczyków. Iran politycznie wykorzystał to w całym świecie muzułmańskim. Oczywiście, w rzeczywistości los Palestyńczyków nie leży Irańczykom na sercu.
Netanjahu zdecydowanie sprzeciwiał się porozumieniu nuklearnemu z 2015 roku, wynegocjowanemu za czasów prezydenta Baracka Obamy. Gdy Donald Trump objął urząd, Netanjahu przekonał go do wycofania się z tej umowy i przyjęcia znacznie bardziej konfrontacyjnego podejścia. Jednocześnie Trump promował Porozumienia Abrahamowe, które były historycznie znaczące, ale w dużej mierze pomijały kwestię palestyńską.
Problem polega na tym, że zarówno Netanjahu, jak i Trump nie docenili ograniczeń potęgi militarnej. Reżimy autorytarne i ruchy radykalne często stawiają przetrwanie ponad wszystko inne. Irański reżim, podobnie jak Hamas, jest gotów poświęcić ogromną liczbę własnych obywateli, byle tylko utrzymać się przy władzy. Dziś jesteśmy świadkami konsekwencji tej logiki. Nie wierzę, aby istniała jakakolwiek jasna strategia wyjścia. Netanjahu jej nie ma.
Często cytuję Sun Tzu, który pisał, że jeśli nie rozumiesz swojego wroga, nie możesz wygrać wojny. Ostrzegał również, że okrutny władca „spali swój kraj, by rządzić na popiołach”. Na różne sposoby obserwujemy tę mentalność w Rosji, Iranie, Hamasie, a w coraz większym stopniu także w Izraelu. W każdym razie – nie walczymy z samym wrogiem, lecz z jego strategią. Jeśli więc nie zrozumiesz jego kultury i jego strategii, nie będziesz w stanie zwyciężyć.
Czy zatem powiedziałby Pan, że wojna z Iranem była błędem, a może nawet porażką?
Trudno oceniać wojny w czasie rzeczywistym. W pełni możemy je ocenić dopiero z perspektywy czasu. Możemy jednak już teraz stwierdzić, że żaden z głównych celów politycznych tej konfrontacji nie został osiągnięty. Tymczasem koszty ciągle rosną.
Żądania prezydenta Trumpa dotyczące absolutnego zwycięstwa i bezwarunkowej kapitulacji ignorują współczesne realia militarne. To nie jest II wojna światowa; całkowite zwycięstwo nie jest już osiągalne. W rzeczywistości podczas „wojny dwunastodniowej” osiem miesięcy temu zniszczyliśmy już zdecydowaną większość istotnych celów w Iranie, co dowodzi, że dalsza eskalacja przynosi coraz mniejsze korzyści.
Nawet zmiana reżimu nie przyniesie Iranowi stabilizacji; wręcz przeciwnie – bardzo prawdopodobne, że będzie ona przypominać chaotyczne następstwa inwazji na Irak w 2003 roku. Niezależnie od tego, co wydarzy się wewnątrz Iranu, powinniśmy spodziewać się fali przemocy wymierzonej w podmioty amerykańskie, izraelskie i żydowskie na całym świecie, od Europy po obie Ameryki. Choć wielu będzie określać te działania mianem antysemityzmu, to bardziej stanowią one bezpośredni geopolityczny odwet za wydarzenia rozgrywające się na Bliskim Wschodzie.
Jako byłego szefa Szin Bet, muszę zapytać Pana o 7 października 2023 roku. Wielu ocalałych było zszokowanych nie tylko samym atakiem Hamasu, ale także opóźnioną reakcją izraelskich sił bezpieczeństwa. Napędziło to wiele teorii spiskowych. Niektórzy pytają, jak państwo o tak zaawansowanych zdolnościach wywiadowczych mogło zostać całkowicie zaskoczone.
Nie wierzę w teorie spiskowe. Lata temu, gdy studiowałem na Uniwersytecie Harvarda, jeden z moich profesorów powiedział mi, że większość wydarzeń w historii wyjaśnia nie spisek, lecz zbieg okoliczności i głupota. Uważam, że w przypadku Izraela 7 października to stwierdzenie jest bardzo trafne.
Najprostsze wyjaśnienie jest takie, że nikt w systemie nie zadawał niezbędnych pytań. W tym sensie czasem powtarzam, że w Izraelu zabrakło „Sokratesa w pokoju”. Sokrates nie udzielał wielkich, ideologicznych odpowiedzi. Jego rolą było zadawanie trudnych pytań, które podważały założenia. Instytucje wojskowe są jednak zbudowane na hierarchii i posłuszeństwie. Tworzy to niebezpieczeństwo: ludzie przestają kwestionować dominującą koncepcję. Widzieliśmy to podczas ataku na Pearl Harbor, podczas wojny Jom Kipur i ponownie 7 października.
Izraelski wywiad w rzeczywistości posiadał mnóstwo informacji na temat planów Hamasu. Problem był natury koncepcyjnej. Wewnątrz systemu panowało założenie, że Hamas nigdy nie przeprowadzi takiego ataku, ponieważ zaryzykowałby utratę kontroli nad Gazą. To założenie okazało się katastrofalnie błędne. Nie udało nam się zrozumieć ideologii, teologii i kultury strategicznej Hamasu. Jak ostrzegał Sun Tzu: jeśli nie rozumiesz swojego wroga, błędnie odczytasz jego zamiary.
Na poziomie politycznym szersza strategia Netanjahu opierała się na „zarządzaniu konfliktem”, a nie na jego rozwiązywaniu. Chodziło o to, by kwestia palestyńska mogła stopniowo zniknąć z polityki międzynarodowej. Pod pewnymi względami strategia ta początkowo wydawała się skuteczna. Izrael znormalizował stosunki z kilkoma państwami arabskimi, podczas gdy kwestia palestyńska przestała przyciągać uwagę świata.
Jednocześnie Izrael prowadził politykę dzielenia frakcji palestyńskich. Hamas i Autonomia Palestyńska były utrzymywane w stanie rywalizacji. Autonomia Palestyńska wydawała się coraz słabsza i ugodowa, podczas gdy Hamas pozycjonował się jako jedyna siła aktywnie stawiająca opór Izraelowi.
Z czasem izraelscy decydenci przekonali samych siebie, że Hamas preferuje stabilność i sprawowanie władzy ponad wojnę. Ostrzeżenia wywiadowcze były wielokrotnie lekceważone. Ostatecznie nie była to porażka wywiadowcza w zakresie pozyskania informacji. Była to porażka w zakresie zrozumienia.
Patrząc wstecz na pierwsze dni ataku, jaka była najważniejsza osobista lekcja, którą wyciągnął Pan z 7 października?
Następstwa ataku z 7 października 2023 roku nauczyły mnie czegoś bardzo istotnego. Sam zamach nie był dla mnie zaskoczeniem; sygnały ostrzegawcze były już obecne w atmosferze i nie trzeba było specjalistycznego wywiadu, by je dostrzec. Kiedy nieustannie obserwujesz czystą nienawiść, cierpienie i upokorzenie, których doświadcza twój wróg, rozumiesz, że wybuch przemocy jest nieunikniony. Czego jednak nie przewidziałem, to dokładnego charakteru tej przemocy – ogromnej skali okrucieństwa i całkowitego braku człowieczeństwa, które ujawniły się w ciągu tych dwóch czy trzech dni.
Moje ostatnie pytanie: jaka przyszłość czeka Izrael – zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wewnętrznej?
Nikt tego tak naprawdę nie wie. Wierzę jednak, że Izrael znajduje się na historycznym rozdrożu. Jeśli Izrael fundamentalnie nie zmieni swojej polityki, nie sądzę, by był w stanie uchować się jako państwo żydowskie i zarazem demokracja. Nie będzie też w stanie utrzymać długoterminowego bezpieczeństwa.
Izrael ryzykuje również utratę stabilności regionalnej. Pokój z Egiptem i Jordanią może stać się coraz bardziej kruchy. Normalizacja stosunków z Arabią Saudyjską może okazać się niemożliwa. Organizacje ekstremistyczne mogą rozszerzyć swoje wpływy w całym regionie. Jednocześnie konflikt izraelsko-palestyński nie jest już tylko kwestią lokalną. Stał się problemem globalnym, wpływającym na bezpieczeństwo międzynarodowe, handel, migrację i stabilność polityczną.
To, co napawa mnie pewnym optymizmem, to fakt, że po 7 października sprawa palestyńska powróciła do centrum polityki międzynarodowej. Wcześniej wielu uważało, że można ją po prostu ignorować w nieskończoność. Dziś jest jasne, że nie da się stworzyć żadnego stabilnego ładu regionalnego bez jej rozwiązania.
W znacznej części świata, w tym w Europie, świecie arabskim, Chinach, a nawet w częściach Stanów Zjednoczonych, rośnie przekonanie, że jakaś forma wynegocjowanych ram opartych na dwóch państwach pozostaje jedyną realistyczną drogą do długotrwałej stabilności. Nawet wielu przywódców arabskich, którzy osobiście mogą nie stawiać kwestii palestyńskiej jako priorytetu, rozumie, że ich własne społeczeństwa tak właśnie czynią. Po Arabskiej Wiośnie rządy w całym regionie zrozumiały, że nie mogą całkowicie ignorować opinii publicznej.
Wierzę, że wciąż mamy przed sobą szansę. Jednak Izrael musi zdecydować, czy chce dążyć do rozwiązania politycznego, czy w nieskończoność kontynuować obecną drogę. Jeśli Izraelczycy sami ostatecznie nie zmienią kursu, presja międzynarodowa będzie ich w tym kierunku coraz bardziej popychać.




WIDEO: No to lecimy - zobacz gdzie!