- WYWIADY
- WIADOMOŚCI
Izraelski admirał: Wygrywamy militarnie, ale przegrywamy politycznie
„Znam Netanjahu od dziesięcioleci. Kiedy kierowałem Szin Betem podczas jego pierwszej kadencji, moim zadaniem było znanie realiów politycznych tego kraju na wylot” - mówi Ammi Ajjalon, emerytowany admirał izraelskiej marynarki wojennej, były szef Szin Bet (1996-2000) i były członek Knesetu z ramienia Partii Pracy. Redakcja Defence24 rozmawia z nim na temat współczesnego społeczeństwa Izraela, postępującej erozji demokracji w tym państwie oraz przyszłości premiera Netanjahu.
W naszej poprzedniej rozmowie wspomniałem o filmie dokumentalnym ”Strażnicy Izraela” („The Gatekeepers”) z 2012 roku. Przedstawia on Izrael jako państwo wygrywające kolejne bitwy, ale stopniowo przegrywające większą wojnę. Czy sytuacja uległa zmianie teraz, 14 lat później? Mam wrażenie, że stała się dla Izraela jeszcze trudniejsza.
Tak, uważam, że sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. Kiedy w filmie mówiłem o „wygrywaniu każdej bitwy, ale nie wygrywaniu wojny”, chciałem wyjaśnić Izraelczykom i wszystkim oglądającym, że siła militarna ma swoje granice. Dziś jest to znacznie bardziej oczywiste niż wtedy.
Aby to zrozumieć, musimy rozróżnić naturę wojny od jej charakteru. Pisał o tym Carl von Clausewitz w książce „O wojnie”. Natura wojny się nie zmienia, ponieważ jest zakorzeniona w ludzkim zachowaniu: ludzie używają przemocy, aby rozwiązywać konflikty. Dopóki istnieją ludzie, ta podstawowa rzeczywistość pozostaje taka sama. Charakter wojny zmienia się jednak z epoki na epokę pod wpływem rewolucji technologicznych i kulturowych. Kiedy rewolucje technologiczne i kulturowe nakładają się na siebie, sposób prowadzenia wojny zmienia się fundamentalnie.
Przez stulecia wojny były tym, co moglibyśmy nazwać „wojnami clausewitzowskimi”. Ich celem było odniesienie decydującego zwycięstwa militarnego. Pokonywało się przeciwnika na polu bitwy, a następnie narzucało mu polityczne warunki pokoju. Tak było aż do obu wojen światowych.
Po wynalezieniu broni nuklearnej i wraz z rozwojem kultury demokratycznej ta logika uległa zmianie. W czasie zimnej wojny decydujące zwycięstwo militarne stało się niemożliwe, ponieważ wojna nuklearna mogłaby wielokrotnie zniszczyć świat. Zamiast tego supermocarstwa stworzyły system wzajemnego odstraszania.
Ostatecznie Zachód odniósł zwycięstwo w zimnej wojnie nie dzięki podbojowi militarnemu, lecz dzięki ideom i wartościom. Jak argumentował Joseph Nye w swojej koncepcji „Soft Power”, upadek Muru Berlińskiego nie został spowodowany przez amerykańskie rakiety, lecz przez ludzi, którzy chcieli przyjąć zachodnie wartości i zachodni styl życia.
Od rozpadu Związku Sowieckiego większość konfliktów nie toczy się między państwami, lecz między państwami a organizacjami ideologicznymi. Dotyczy to szczególnie Bliskiego Wschodu. W takich wojnach samo zwycięstwo militarne jest niewystarczające, ponieważ organizacje takie jak Hamas, Hezbollah, ISIS czy Al-Kaida nie poddają się w tradycyjnym sensie.
Nawet jeśli wygrywa się militarnie, można przegrać politycznie i ideologicznie. To właśnie jest istotą problemu, przed którym stoi dziś Izrael. Militarnie Izrael odniósł niezwykłe sukcesy przeciwko Hamasowi, Hezbollahowi i Iranowi. Jednak wygrywanie starć militarnych nie jest tym samym co wygranie wojny jako takiej.
Współczesne wojny toczą się dziś w dwóch wymiarach. Jednym jest pole walki militarnej. Drugi to pole walki idei i ideologii. Siła militarna nie jest w stanie pokonać idei. Aby wygrać tę drugą walkę, potrzebna jest dziś tak zwana soft power — zdolność do dawania ludziom nadziei. Bez zaoferowania ludziom nadziei na inną przyszłość nie można naprawdę pokonać swojego przeciwnika.
A samo izraelskie społeczeństwo? Jak zmieniło się w ciągu ostatnich czternastu lat? Wydaje się, że znacznie bardziej skrajna narracja zdominowała życie publiczne, a postaci takie jak Itamar Ben-Gwir weszły do głównego nurtu polityki.
Nie powiedziałbym, że ta narracja całkowicie stała się mainstreamem, ale izraelskie społeczeństwo jest głęboko podzielone. Były prezydent Reuwen Riwlin opisał je jako podzielone na „cztery plemiona”, czyli cztery różne wspólnoty o zasadniczo odmiennym rozumieniu rzeczywistości. Około 20 procent obywateli Izraela stanowią Arabowie palestyńscy. Kolejną dużą grupę tworzą Żydzi charedim, a więc społeczności ultraortodoksyjne, które często nie uznają w pełni legitymacji świeckiego państwa izraelskiego, ponieważ w ich przekonaniu Mesjasz jeszcze nie przyszedł. Są też świeccy Izraelczycy oraz religijni syjoniści, z których część uważa, że sam konflikt ma znaczenie religijne.
Podziały w Izraelu są dodatkowo pogłębiane przez szersze przemiany globalne. W liberalnych demokracjach politykę przekształciły dwie rewolucje: rewolucja komunikacyjna - internet, media i sieci społecznościowe - oraz globalizacja, która zmieniła strukturę demograficzną poprzez masową migrację. Widzieliśmy te napięcia w całej Europie i w Stanach Zjednoczonych, także w wydarzeniach takich jak Brexit. Izrael podlega tym samym procesom, ale w jeszcze bardziej intensywny sposób, ponieważ sam Izrael jest zasadniczo społeczeństwem imigrantów.
Jednocześnie Izrael mierzy się z innym, unikatowym problemem: permanentną wojną. Często cytuję Jamesa Madisona, który ostrzegał, że demokracji trudno jest przetrwać w warunkach niekończącego się konfliktu. Podczas wojny społeczeństwa mają tendencję do przedkładania bezpieczeństwa nad prawa i wolności obywatelskie.
Historycznie demokracje akceptowały tymczasowe ograniczenia, ponieważ wojny ostatecznie się kończyły. Jednak konflikty XXI wieku często nie mają wyraźnego punktu końcowego. Hamas się nie poddaje. Hezbollah się nie poddaje. ISIS również się nie poddało. Kiedy wojna przestaje mieć jednoznaczne zakończenie, stan wyjątkowy staje się permanentny.
Prowadzi to do stopniowej erozji demokracji. Sądy zaczynają legitymizować nadzwyczajne środki. Prawa obywatelskie, zwłaszcza prawa mniejszości, stają się coraz słabsze. W Izraelu dotyka to przede wszystkim Palestyńczyków — zarówno palestyńskich obywateli Izraela, jak i Palestyńczyków żyjących pod izraelską kontrolą na terytoriach okupowanych. W rzeczywistości nie troszczymy się o Palestyńczyków znajdujących się pod naszą kontrolą wojskową.
Istnieją również strukturalne problemy w izraelskim systemie politycznym. Przywódcy polityczni coraz bardziej koncentrują się na przetrwaniu wyborczym, a nie na długoterminowych zasadach demokracji. Dziś niemal żaden znaczący izraelski polityk nie jest gotów otwarcie powiedzieć, że stworzyłby koalicję rządową z arabskimi partiami politycznymi. W rezultacie tworzymy formę apartheidu wewnątrz izraelskiego społeczeństwa.
Często odwołuję się do ważnego eseju Briana Michaela Jenkinsa z RAND Corporation zatytułowanego Pełzająca tyrania” (Incremental Tyranny”). Autor przekonywał w nim, że demokracje nie upadają z dnia na dzień. Znikają stopniowo, „krok po kroku”. Po latach ludzie nagle zdają sobie sprawę, że demokracja, którą znali, już nie istnieje. I to jest właśnie niebezpieczeństwo, przed którym stoi dziś Izrael.
Powiedział Pan kiedyś, że wielu Izraelczyków nie postrzega już Palestyńczyków jako ludzi. W połączeniu ze sposobem, w jaki IDF (Siły Obronne Izraela) prowadzą wojnę w Strefie Gazy, budzi to poważne obawy. Jak ocenia Pan zmiany w izraelskim wojsku i stosunek Izraelczyków do Palestyńczyków?
Sytuacja w Strefie Gazy jest niezwykle skomplikowana. Nie próbuję usprawiedliwiać działań Izraela, ale mogę podjąć próbę ich wyjaśnienia. Kiedy młodzi Izraelczycy rozpoczynają służbę wojskową, uczy się ich postrzegania Hamasu jako wroga. Żołnierzy wysyła się na wojnę po to, by walczyli i zabijali, a nie negocjowali. Jeśli państwa chcą negocjacji, wysyłają dyplomatów, a nie wojsko.
Ponieważ wielu terrorystów nie nosi mundurów, żołnierze często postrzegają każdą osobę jako potencjalne zagrożenie. Działanie w poczuciu realnego niebezpieczeństwa prowadzi do masowych ofiar. Choć nasze siły mogą nie ponosić winy za chaotyczny charakter walk w terenie miejskim, to wciąż ciąży na nas odpowiedzialność. Jesteśmy odpowiedzialni za kryzys humanitarny, który rozwija się na naszych oczach – zwłaszcza teraz, gdy mamy moc, by go zakończyć. Skoro pomyślnie zrealizowaliśmy wyznaczony przez rząd cel wojskowy, czyli rozbicie Hamasu jako organizacji militarnej, dalsze trwanie tego kryzysu spoczywa na naszych barkach.
Drugą kwestią jest natura samego Hamasu. Hamas nie jest jak Autonomia Palestyńska. To radykalna organizacja islamistyczna, która fundamentalnie odrzuca prawo Izraela do istnienia. Hamas celowo wtapia się również w obszary cywilne i używa ludności cywilnej jako żywych tarcz.
Kilka lat temu czytałem materiały na oficjalnych stronach internetowych Hamasu, w których otwarcie opisywano tę strategię. Hamas rozumie, że nie jest w stanie pokonać Izraela w konwencjonalnej walce na polu bitwy. Zamiast tego dąży do wciągnięcia sił izraelskich w gęsto zaludnione obszary miejskie, gdzie ofiary wśród cywilów stają się nieuniknione. Hamas wierzy, że wynikające z tego zniszczenia i cierpienie wywołają międzynarodową presję na Izrael.
To tworzy sytuację na polu walki, która jest niemal bez wyjścia. Izraelscy żołnierze walczą w jednym z najgęściej zaludnionych obszarów na świecie przeciwko bojownikom, którzy często nie noszą mundurów i operują pod infrastrukturą cywilną. Hamas zbudował pod Gazą rozległą sieć tuneli, jednak zwykli cywile zostali z tych schronów w dużej mierze wykluczeni. W wielu przypadkach dostęp do nich mieli wyłącznie członkowie Hamasu.
Powtórzę: nie usprawiedliwiam działań Izraela. Wyjaśniam rzeczywistość, z jaką mierzą się izraelscy żołnierze: brutalne pole bitwy w mieście w połączeniu z przywództwem wroga, które jest gotowe poświęcić własną ludność cywilną, aby utrzymać się przy władzy.
Co Pana zdaniem jest rezultatem tak długiego okresu rządów Binjamina Netanjahu?
Netanjahu jest premierem Izraela od około szesnastu lat i w tym czasie fundamentalnie przekształcił ten kraj. Moim zdaniem systematycznie osłabia izraelskie ramy prawne i instytucjonalne. Izraelski system polityczny już i tak koncentruje ogromną władzę w rękach premiera. Premier mianuje ministrów i może ich odwołać w dowolnym momencie. Dopóki koalicja rządząca utrzymuje większość parlamentarną, władza ustawodawcza ma bardzo ograniczone możliwości kontrolowania władzy wykonawczej.
W Izraelu brakuje również kilku zabezpieczeń, które są powszechne w innych demokracjach. Nie mamy formalnej konstytucji. Nie mamy drugiej izby parlamentu, takiej jak senat. A ponieważ Izrael jest wciąż stosunkowo młodym państwem, tradycje demokratyczne są u nas mniej zakorzenione niż w starszych demokracjach. Kiedy w takich warunkach dochodzi do osłabienia władzy sądowniczej, równowaga sił się załamuje. To z kolei rodzi zagrożenie autorytaryzmem. Moim zdaniem dzisiejszy Izrael nie jest daleki od tej rzeczywistości.
Wspomniał Pan o erozji izraelskiej demokracji. Jak poważna jest dziś ta sytuacja?
Nasz były prezes Sądu Najwyższego Aharon Barak powiedział kilka miesięcy temu publicznie, że Izrael nie jest już demokracją liberalną. W jego ocenie system prawny stracił już zdolność do powstrzymania tego procesu. Niestety uważam, że odzwierciedla to rzeczywistość. Dziś Izraelem rządzi koalicja, która nie reprezentuje większości Izraelczyków. Sondaże systematycznie pokazują, że od 60 do 70 procent obywateli uważa, iż premier Binjamin Netanjahu podejmuje decyzje przede wszystkim w oparciu o własny interes polityczny, a nie interes państwa.
To przekonanie stało się jeszcze silniejsze po rozpoczęciu procesu korupcyjnego Netanjahu. Od lat jego sytuacja prawna jest centralnym punktem izraelskiej polityki. Nawet wielu z jego własnych wyborców uważa, że jego głównym celem jest polityczne przetrwanie. Kiedy ludzie poza Izraelem patrzą na takie postacie jak Itamar Ben-Gwir czy Becalel Smotricz, często zakładają, że ich poglądy reprezentują większość izraelskiego społeczeństwa. W rzeczywistości partie te reprezentują około 10 procent populacji. Jednak ze względu na izraelski system koalicyjny, małe ugrupowania mogą wywierać ogromny wpływ.
Partie ultraortodoksyjne popierają koalicję, ponieważ są silnie uzależnione od finansowania państwowego. Z kolei partie religijno-nacjonalistyczne popierają ją, ponieważ dążą do aneksji terytoriów okupowanych. Grupy te niekoniecznie dzielą tę samą ideologię, ale każda z nich ma wiele do stracenia, jeśli rząd upadnie. Właśnie dlatego koalicja trwa, pomimo szerokiego niezadowolenia społecznego. Istnieje dziś głęboka przepaść między większością Izraelczyków a rządem, który nimi rządzi.
Czy powiedziałby Pan, że przetrwanie polityczne jest dziś dla Netanjahu głównym celem?
Nie po prostu głównym celem. Powiedziałbym, że to jego jedyny cel. Znam Netanjahu od dziesięcioleci. Kiedy kierowałem Szin Betem podczas jego pierwszej kadencji, moim zadaniem było znanie realiów politycznych tego kraju na wylot. Oznaczało to znajomość tajemnic, których nigdy nie można by opublikować – w tym tego, co naprawdę myśleli o nim za zamkniętymi drzwiami jego ministrowie, a nawet jego własna rodzina. Wtedy był inny: niezwykle inteligentny i wysoce błyskotliwy. Jednak jak zauważył Lord Acton, istnieje niezaprzeczalna korelacja między władzą a korupcją. Netanjahu spędził u władzy piętnaście z ostatnich szesnastu lat i to go zmieniło.





WIDEO: Trumpolog: blokada Ormuzu się nie uda | Premier Tusk w Korei Płd | Defence24Week #156