- WIADOMOŚCI
- ANALIZA
- KOMENTARZ
Berlin, Moskwa, Londyn i Waszyngton. Tak mocarstwa patrzyły na Powstanie Warszawskie
Autor. Domena Publiczna
1 sierpnia 1944 roku Warszawa nie powstała tylko przeciwko niemieckiemu okupantowi. Powstała w samym środku gry wielkich mocarstw, które – każde z innego powodu – wolały, by polska stolica walczyła i ginęła sama. Dla Niemiec była to okazja do ostatecznej zagłady. Dla Związku Sowieckiego – wygodna okazja do zniszczenia niezależnej Polski. Dla aliantów zachodnich – niewygodny problem, który groził naruszeniem sojuszu ze Stalinem.
W lecie 1944 roku przyszłość Polski dla wielu była jedną wielką niewiadomą. Od wschodu zbliżała się Armia Czerwona. Na zachodzie i terenach okupowanych wciąż stała armia niemiecka. Alianci zachodni byli zaangażowani na innych teatrach działań. Polska Podziemna wiedziała, że jeśli Warszawa zostanie „wyzwolona” przez Sowietów bez udziału Polaków, to wolność, o którą walczono od 1939 roku, okaże się tylko zmianą okupanta. Wolność nie miała przyjść z zewnątrz. Miała zostać wywalczona tutaj – w stolicy.
,,Błogosławieństwo" dla Niemiec
Gdy wieść o wybuchu walk dotarła do kwatery głównej, Heinrich Himmler natychmiast udał się do Hitlera. Później, 21 września 1944 roku, opowiadał o tej rozmowie wyższym dowódcom SS i policji: „Mein Führer, pora jest dla nas niezbyt pomyślna. Z punktu widzenia historycznego jest jednak błogosławieństwem, że Polacy to robią. Po pięciu czy sześciu tygodniach wybrniemy z tego. A po tym Warszawa, stolica, głowa, inteligencja tego byłego 16-17-milionowego narodu Polaków będzie zniszczona, tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od czasu pierwszej bitwy pod Tannenbergiem leży nam w drodze. A wówczas historycznie polski problem nie będzie już wielkim problemem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą”.
Autor. Defence24
Hitler zgodził się bez wahania. Wydano rozkaz: każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców, Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma stać się zastraszającym przykładem dla całej Europy. Himmler przekazał zadanie Erichowi von dem Bach-Zelewskiemu – specjaliście od walki z partyzantką. Szef sztabu von dem Bacha, Ernst Rode, zeznał po wojnie, że Oskar Dirlewanger otrzymał od Himmlera odręczny rozkaz, w którym Reichsführer-SS w imieniu Hitlera upoważniał go do „zabijania kogo zechce, według swego upodobania”.
Autor. Wikimedia Commons/Domena Publiczna
Do Warszawy skierowano formacje, które stały się synonimem bestialstwa: brygadę Dirlewangera (składającą się w dużej mierze ze skazańców), brygadę RONA Bronisława Kamińskiego oraz oddziały Heinza Reinefartha. 5 sierpnia 1944 roku na Woli rozpoczęła się systematyczna rzeź. W ciągu kilku dni zamordowano od 30 do 50 tysięcy cywilów – mężczyzn, kobiety, dzieci, pacjentów szpitali, księży. Rozkazy Himmlera brano dosłownie. Na Ochocie działo się podobnie. Szpitale podpalano razem z rannymi, kobiety gwałcono, a potem zabijano.
6 sierpnia von dem Bach formalnie uchylił rozkaz o zabijaniu wszystkich bez wyjątku. Od tego momentu nie dążono już do totalnej eksterminacji całej ludności, lecz zbrodnie nie ustały. Masowe egzekucje, palenie domów z mieszkańcami, rozstrzeliwanie wziętych do niewoli – trwały do końca. Niemcy sami porównywali zaciętość walk w Warszawie do Stalingradu. Po kapitulacji 2 października nie zakończono dzieła zniszczenia. 9 października Himmler przekazał przez von dem Bacha rozkaz Führera o doszczętnym zburzeniu miasta. Specjalne oddziały saperów i Technische Nothilfe systematycznie wysadzały i paliły to, co jeszcze ocalało. Warszawa miała przestać istnieć jako stolica.
Satysfakcja w Moskwie
Armia Czerwona dotarła na przedpola Warszawy na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku, po czym zatrzymała ofensywę. Pragę zajęła dopiero w połowie września. Przez pierwsze półtora miesiąca powstania wojska sowieckie nie stały jednak bezczynnie tylko na samej Pradze, lecz toczyły ciężkie, krwawe boje na jej obrzeżach, celowo wstrzymując pomoc dla walczącego lewobrzeżnego miasta z rozkazów politycznych Stalina.
Już 5 sierpnia Stalin odpisał Churchillowi, że informacje Polaków są „znacznie przesadzone i niebudzące zaufania”. Armia Krajowa to według niego „kilka oddziałów nazywających się bezpodstawnie dywizjami”, które „nie mają ani dział, ani samolotów, ani czołgów”. 16 sierpnia, po rozmowie z premierem Mikołajczykiem, Stalin napisał do Churchilla i Roosevelta, że „zapoznawszy się dokładniej ze sprawą Warszawy”, uznał operację za „lekkomyślne, potworne awanturnictwo, które pociągnie za sobą wiele ofiar wśród ludności cywilnej”. A 22 sierpnia poszedł jeszcze dalej: powstańcy to „garstka żądnych władzy kryminalistów”, którzy „nadużyli zaufania warszawiaków, posyłając praktycznie bezbronnych ludzi przeciwko niemieckim karabinom, czołgom i samolotom”.
Stalin odmówił zgody na lądowanie alianckich samolotów na sowieckich lotniskach. Oświadczył wprost, że „rząd sowiecki nie życzy sobie, aby – pośrednio lub bezpośrednio – wiązano go z awanturą w Warszawie”. Ofensywę na kierunku warszawskim wstrzymał z powodów politycznych. Chciał, by Niemcy zniszczyli Armię Krajową – jedyną realną siłę niepodległościową, która mogła zagrozić jego planom sowietyzacji Polski. Dopiero w połowie września, gdy Powstanie już dogorywało, Sowieci rozpoczęli własne zrzuty. Część zasobników spadała bez spadochronów i ulegała zniszczeniu. Była to pomoc symboliczna, spóźniona i wyrachowana.
Zakłopotanie i bezsilność aliantów
Winston Churchill od pierwszych dni próbował pomagać. Już 4 sierpnia informował Stalina o planowanych zrzutach około 60 ton sprzętu i amunicji. Osobiście naciskał na dowództwo RAF, by mimo ogromnego ryzyka (lot z Włoch to ponad 1800 kilometrów w obie strony, bez eskorty myśliwców) wysyłać samoloty. Polskie, brytyjskie i południowoafrykańskie załogi wykonywały misje, które lotnicy nazywali samobójczymi. Straty były straszliwe: na każdą tonę dostarczonych zasobników ginął niemal jeden bombowiec. Łącznie alianci zachodni wykonali około 280 lotów, zrzucając ponad 200 ton zaopatrzenia, z czego powstańcy odebrali maksymalnie połowę. Churchill nazywał sowiecką odmowę „epizodem o głębokiej i dalekosiężnej wadze” i proponował Rooseveltowi nawet lądowanie samolotów na sowieckich lotniskach bez zgody Moskwy.
Prezydent Roosevelt był ostrożniejszy. Nie chciał narażać sojuszu ze Związkiem Sowieckim, w którym widział partnera przy nowym podziale wpływów już po zakończeniu wojny. Gdy Churchill proponował wspólny, ostry list, amerykański prezydent odmawiał, pisząc 26 sierpnia: „Nie uważam za korzystne dla dalszego przebiegu wojny ogólnej przyłączenie się do proponowanej depeszy”. 20 sierpnia obaj przywódcy wysłali jednak wspólny apel: „Zastanawiamy się, jaka będzie reakcja światowej opinii publicznej, jeśli antyfaszyści w Warszawie zostaną rzeczywiście opuszczeni”. Stalin odpowiedział pogardą. Dopiero 18 września Amerykanie przeprowadzili dużą dzienną operację Frantic-7 – 107 bombowców B-17 zrzuciło 1284 zasobniki. Większość jednak spadła poza obszarem kontrolowanym przez powstańców.
Heroizm w osamotnieniu
Walczyła o wolność, krwią własnych żołnierzy i cywilów. Powstańcy wiedzieli, że jeśli stolica zostanie „wyzwolona” przez Sowietów bez udziału Polaków, niepodległość okaże się tylko zmianą okupanta. Dlatego trwali 63 dni. Dlatego ginęli w przekonaniu, że ich ofiara ma sens większy niż życie. Czy miała? Zwolennicy „ofiary krwi” powiedzą, że tak. Bardziej chłodne głowy stwierdzą, że było to najwyżej „szlachetne samobójstwo” w boju z wielokrotnie silniejszym przeciwnikiem przy cichym aplauzie Stalina. Dyskusja ta już dawno przeniosła się na poziom poza debatą czysto historyczną, co jest naturalne przy tak tragicznych, wręcz traumatycznych wydarzeniach, które pozostają żywe w pamięci narodów nimi dotkniętych.
Można też na to wszystko spojrzeć inaczej. Zdecydowana większość powstańców i walczących z pewnością nie była świadoma tego, że karty w tej wielkiej wojnie były w rękach mocarstw i Państwo Podziemne nie miało tu wielkiego pola manewru. To też pośrednio przestroga nawet na dzisiejsze czasy, by zawsze polegać w pierwszej kolejności na własnych zdolnościach, własnych możliwościach i szczególnie na najbliższych geograficznie partnerach, którzy współdzielą z nami tę samą perspektywę i poczucie zagrożeń. Historia nigdy się nie powtarza, a jeśli już, to jako swoje zniekształcone odbicie, ale pewne mechanizmy w polityce pozostają niezmienne od wieków.


