Siły zbrojne

Spór o "dyrektywę 3000 metrów”. Rutynowe działania czy pole zaniedbań?

  • Photo: bumar.gliwice.pl
  • Photo: vrš. R.Eidukevičius/Lithuanian Armed Forces
  • Fot. Flickr/Yukiko Matsuoka/CC.3.0
  • Indyjski rząd zatwierdził umowę na zakup 32 śmigłowców morskich Dhruv. Na zdjęciu maszyna HAL Dhruv w wariancie dla wojsk lądowych. Fot. Noel Reynolds/flickr/CC 2.0.

Minister Antonii Macierewicz poinformował w Sejmie 11 maja br. o szkodliwej dla bezpieczeństwa Polski dyrektywie byłych ministrów Obrony Narodowej nakazującej wykrywanie obiektów lecących tylko powyżej 3000 m. Tymczasem prawdopodobnie nie jest to nakaz, ale po prostu sposób działania Wojsk Radiotechnicznych, i to wprowadzony o wiele wcześniej niż do władzy doszła koalicja PO i PSL.

Minister Macierewicz postawił w wynikach audytu poprzedniemu resortowi obrony zarzut wprowadzenia dyrektywy nakazującej wykrywanie jedynie obiektów lecących powyżej 3000 m oraz likwidację całego systemu „wykrywania radioelektronicznego” na małym pułapie. Wiedząc z doświadczenia, że różni doradcy często wprowadzają szefów resortów obrony w błąd i nadal są osoby, które podpowiadają nierealne rozwiązania lub zakłamane dane dla kolejnych ministrów, postaramy się udowodnić, że faktycznie, działanie polskiego radiolokacyjnego systemu obserwacji technicznej może być wzorem dla innych rodzajów wojsk i powinniśmy się nim chwalić, a nie go ganić.

„Zacząłem mówić o systemie obrony powietrznej kraju. Dopowiedzmy do końca tą kwestię bo jest ona no dramatyczna zupełnie. Zupełnie dramatyczna. Stwierdzono nagminne przypadki przekraczania granic powietrznych RP przez nisko lecące obiekty obserwowane wzrokowo, ale nie wykryte przez rozpoznanie radiolokacyjne. To meldunki, które pozostały po waszych czasach stwierdzają, że to wielki sukces, że zaobserwowano wzrokowo przekraczające granice obce statki powietrzne. Bo zlikwidowaliście cały system wykrywania radioelektronicznego tych obiektów. Więcej się stało i jeszcze bardziej dramatycznie. Mianowicie rozpoznanie radiolokacyjne kierowane było na skutek waszych decyzji dyrektywą, która nakazywała wykrywanie wyłącznie tych obiektów, które lecą powyżej 3000 metrów nad ziemią. Taka była dyrektywa. Taka była dyrektywa. Ja nie potrafię odpowiedzieć na te pytania, które się cisną na usta. Ja nie rozumiem tego. Dlatego że bardzo często padają w wyzwiskach, w których jesteście mistrzami, różne zarzuty wobec członków Prawa i Sprawiedliwości, także wobec mnie osobiście. Ale jak nazwać taką dyrektywę, która nakazuje wykrywanie tylko obiektów latających powyżej 3000 m, czy nie słyszeliście o dronach? Czy to jest jakaś tajemnica? Czy nie słyszeliście o rakietach samosterujących na niskiej wysokości? Czy nie wiecie państwo, jak wyglądają współczesne zagrożenia? Trudno powtarzam to zrozumieć.”

Minister ON Antoni Macierewicz w czasie przemówienia w Sejmie w dniu 11.05.2016

Pułap 3000 metrów – standard czy zaniedbanie?

W pierwszej kolejności należy udokładnić, że najprawdopodobniej nie ma tak naprawdę dyrektywy, „która nakazywała wykrywanie wyłącznie tych obiektów, które lecą powyżej 3000 metrów nad ziemią”. Jest natomiast prawdopodobnie nakaz, obligujący polskie Siły Zbrojne do radiolokacyjnego wykrywania i „prowadzenia” w czasie pokoju wszystkich obiektów powietrznych nad całym terytorium Polski od pułapu 3000 m.

Polski radar dalekiego zasięgu NUR12 na jednym ze stałych posterunków radiolokacyjnych – fot. 3brt.wp.mil.pl

Używany w tym przypadku cały czas trybu przypuszczającego, ponieważ po wypowiedzi sejmowej szefa resortu obrony bardzo trudno jest teraz w wojsku sprawdzić, czy rzeczywiście ktoś nakazał, by ignorować wszystko to, co leci poniżej wskazanej przez ministra Macierewicza wysokości. Zwróciliśmy się w tej sprawie do Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych, które przekierowało nas na Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych.

Jak się jednak okazało na proste pytania potwierdzające jedynie wypowiedź ministra Macierewicza („Czy istnieje dyrektywa, która nakazuje wykrywanie wyłącznie tych obiektów, które lecą powyżej 3000 metrów nad ziemią?” oraz „Kiedy i na podstawie jakiego dokumentu ustalono, że pełne pokrycie obserwacji radiolokacyjnej nad Polską w czasie pokoju ma być od poziomu 3000 metrów nad ziemią?”) otrzymaliśmy tylko informację, że „Niestety, obszar tematyczny poruszany w pytaniach stanowi informacje niejawną i nie możemy go udostępnić. Po ewentualne dodatkowe, jawne informacje odnośnie funkcjonowania rozpoznania w systemie OP odsyłamy do organizatora systemu funkcjonalnego rozpoznania czyli Zarządu P-2 Sztabu Generalnego.”

A przecież chodziło jedynie o wyjaśnienie: czy ktoś wprowadził ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza w błąd dodając w jego przemówieniu jedno ważne słowo „wyłącznie”, czy też rzeczywiście ktoś w poprzednich resortach obrony podjął zupełnie niezrozumiałą decyzję.

„Niezrozumiałą”, dlatego że pomimo jej ewentualnego wprowadzenia Wojska Radiotechniczne i tak wykrywałyby obiekty lecące również poniżej 3000 m. Robią to zresztą na co dzień i bez przerwy, z tym że w czasie pokoju - nie w całym polskim obszarze powietrznym i nie od pułapu 0 m. Wykrywanie obiektów „wyłącznie” powyżej 3000 m nie byłoby zresztą technicznie możliwe, ponieważ jeżeli radar wykrywa obiekty na tej wysokości, to również musi je wykrywać niżej, do pułapu ograniczonego jedynie przez swoją budowę, tzw. „horyzont radiolokacyjny” i ukształtowanie terenu.

Polski, mobilny trójwspółrzędny radar średniego NUR—15M wykorzystywany w Wojskach Radiotechnicznych – fot. 3brt.wp.mil.pl

Taka zgoda na istnienie w czasie pokoju luk w systemie obserwacji radiolokacyjnej poniżej 3000 m nie jest więc w żadnym wypadku wymysłem ministrów Obrony Narodowej poprzedniej koalicji, ale standardem, który wprowadzono ze względu na koszty nie tylko w większości krajów zachodnich, ale również w Federacji Rosyjskiej. I to standardem respektowanym także za czasów poprzedniego rządu PiS od 2005 do 2008 r.

Nie polityka, ale fizyka i pieniądze wprowadzają ograniczenia

Budowy systemu radiotechnicznego zabezpieczającego wykrywanie obiektów powietrznych od samej powierzchni ziemi nad całym obszarem Polski jest praktycznie niemożliwa, a już na pewno bardzo kosztowana. Standardowe radary wykorzystują bowiem fale elektromagnetyczne rozchodzące się prostoliniowo, a więc zasadniczo wykrywają tylko te obiekty, które są bezpośrednio „widziane” przez antenę. Te proste zasady, wynikające bezpośrednio z praw fizyki, powodują, że istnieje tzw. horyzont radiolokacyjny (linia wyznaczona przez krzywiznę Ziemi) poza którym obiekty nie są wykrywane i który można przesunąć dalej jedynie przez podniesienie wyżej systemów antenowych. Ale nawet jeżeli umieści się radar na samolocie, to ze względu na kulistość Ziemi horyzont radiolokacyjny istnieje – tylko oczywiście jest dalej.

Z tego powodu nie ma państwa lądowego, które miałoby w czasie pokoju szczelny system wykrywania niskolecących obiektów powietrznych wzdłuż całych swoich granic. I to dlatego południowe rubieże Stanów Zjednoczonych są bez przerwy naruszane przez drony i załogowe statki powietrzne, którymi przewozi się zakazane towary – w tym przede wszystkim narkotyki. Zdesperowani Amerykanie, chcąc mieć stały system wykrywania obiektów niskolecących w strategicznych miejscach, zaczęli tworzyć system obserwacji JLENS (Joint Land Attack Cruise Missile Defense Elevated Netted Sensor System) z radarami na stałe wyniesionymi w powietrzne na balonach. Jak na razie nie zakończyło się to jednak sukcesem.

Należy sobie również przypomnieć przypadek małego samolotu Cessna 172 prowadzonego przez dziewiętnastoletniego Niemca - Mathiasa Rusta, który przeleciał na niskim pułapie w przestrzeni powietrznej Związku Radzieckiego kilkaset kilometrów i bezpiecznie wylądował na Placu Czerwonym 28 maja 1987 r. Okazało się wtedy, że pokrycie radarami niskiego pułapu na całym sowieckim terytorium jest niemożliwe.

Jedna z wież obserwacyjnych Marynarki Wojennej z zamontowaną na szczycie anteną polskiego radaru Nur-23 – fot. M.Dura

Co ciekawe taki unikalny i szczelny system wykrywania obiektów niskolecących posiada Polska, ale tylko rozciągnięty wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Marynarka Wojenna zbudowała tam bowiem sieć posterunków obserwacji technicznej z wysokimi wieżami radarowymi, na których zamontowano m.in. dziesięć (obecnie jest ich już tylko dziewięć) polskich radarów wykrywania celów powietrznych Nur-23. Jeszcze przed kilkunastu laty i przed wprowadzeniem radarów trójwspółrzędnych były to jedne z najnowocześniejszych stacji radiolokacyjnych w Polsce. Ale na lądzie, na zrobienie takiego systemu nie było już nas stać, ponieważ takich wież trzeba byłoby jeszcze zbudować kilkadziesiąt.

Przykładowo zakładając, że „nisko lecące obiekty obserwowane wzrokowo” (które według ministra Macierewicza nagminnie przekraczały granice powietrzne RP) latały na wysokości około 10 m, to teoretycznie mogą one zostać wykryte przez radar z anteną podniesioną na wysokość około 12 m maksymalnie do odległości około 27 km.

Jest to zgodne ze wzorem

R=4,12(√h1+√h2)

gdzie „R” to zasięg, „h1” to wysokość anteny i „h2” to wysokość lotu wykrywanego obiektu. (Nie uwzględniamy przy tym dla uproszczenia innego wzoru na zasięg radaru wprowadzającego zależność tego zasięgu np. od mocy sygnału, skutecznej powierzchni odbicia, czy warunków propagacji fal).

Przy obserwacji dookólnej pozwala to na nadzorowanie obszaru powietrznego nad terenem o powierzchni 2290 km2. Żeby więc pokryć cały obszar Polski (312,7 tysiąca km2) potrzeba by było teoretycznie około 140 stacji radiolokacyjnych pracujących w sposób ciągły. W rzeczywistości należałoby ich rozstawić o wiele więcej, ponieważ nierównomierne ukształtowanie terenu oraz przeszkody powodują powstawanie stref martwych. Pamiętajmy również, że liczbę radarów trzeba byłoby dodatkowo co najmniej podwoić, ponieważ obserwacja przy założeniu braku luk, musi być prowadzona w sposób ciągły, a tego nie można zabezpieczyć jednym urządzeniem.

Polski, mobilny trójwspółrzędny radar średniego TRS—15 wykorzystywany w Morskiej Jednostce Rakietowej – fot. M.Dura

Pomijając sam fakt, że kupno takiej ilości radarów jest bardzo kosztowne oraz trudności w znalezieniu odpowiedniego miejsca by je rozstawić (ze względu np. na prawa do własności gruntu czy szkodliwość promieniowania elektromagnetycznego na ludzi i zwierzęta), to na ich eksploatację również potrzeba byłoby ogromnych pieniędzy (np. zużywające się i nadal wykorzystywane nadawcze lampy mikrofalowe kosztują tyle, co dobry samochód).

Rozwiązanie – dyżury oraz rozwijanie stacji w miarę zwiększania się zagrożenia

W czasie pokoju i gdy nie ma stałego zagrożenia, z powodów finansowych i organizacyjnych idzie się na kompromis i ustala się strefę, od której można i trzeba zabezpieczyć wykrywanie ciągłe oraz bez luk. W Polsce (podobnie jak i w NATO) jest to prawdopodobnie 3000 m - wskazane w Sejmie przez ministra Macierewicza. Nadzorowanie nawet tak „ograniczonego” obszaru powietrznego nie jest wcale takie proste i w Polsce odpowiadają za to Wojska Radiotechniczne (WRt).

Zorganizowały one i kierują siecią posterunków radiolokacyjnych rozwiniętych na terenie całej Polski, które jako jedne z niewielu elementów Sił Zbrojnych RP pracują w dyżurach i to w sposób ciągły. Są więc cały czas w działaniu operacyjnym. Posterunki te podlegają pod 3. Wrocławską Brygadę Radiotechniczną, do której należą cztery bataliony radiotechniczne: 3. batalion radiotechniczny (brt) w Sandomierzu; 8. brt w Lipowcu; 31. brt we Wrocławiu i 34. brt w Chojnicach. W strukturach tych batalionów działa siedemnaście kompanii radiotechnicznych, które są jednocześnie stałymi posterunkami radiolokacyjnymi.

Ich zadaniem jest dodatkowo obsługa i nadzór siedmiu radarów kontroli przestrzeni powietrznej wokół lotnisk wojskowych typu AVIA-W oraz sześciu posterunków dalekiego zasięgu typu Backbone. Te sześć posterunków wchodzi również w skład systemu wczesnego ostrzegania NATO prowadząc ciągły, całodobowy nadzór radiolokacyjny, pokrywając zasięgiem obserwacji cały obszar Polski oraz sięgając daleko poza jej granice. W tym celu zostały one odpowiednio i równomiernie rozmieszczone, wmiejscowościach:

  • Brzoskwinia koło Krakowa, Roskosz koło Białej Podlaskiej i Wronowice koło Łasku, gdzie na wysokich, stałych wieżach zamontowano radary dalekiego zasięgu polskiej produkcji typu NUR-12M;

Polska stacja radiolokacyjna dalekiego zasięgu NUR-12M na posterunku Backbone – fot. 3brt.wp.mil.pl

  • Chruściel koło Braniewa, Łabunie koło Zamościa i Szypliszki koło Suwałk – gdzie również na wysokich, stałych wieżach zamontowano radary dalekiego zasięgu włoskiej produkcji typu RAT-31DL.

Włoska stacja radiolokacyjna dalekiego zasięgu RAT-31DL na posterunku Backbone – fot. 3brt.wp.mil.pl

Wszystkie pozostałe stacje radiolokacyjne 3. BRt w czasie pokoju prowadzą okresowe dyżury bojowe gwarantując pełne pokrycie radiolokacyjne na wybranych kierunkach, zapewniając utrzymywanie parametrów strefy rozpoznania radiolokacyjnego, przekazywanie informacji niezbędnych do zabezpieczenia działań dyżurnych sił i środków Sił Powietrznych, tworzenie rzeczywistego obrazu sytuacji powietrznej oraz szkolenia wojsk.

W sumie codziennie i przez całą dobę prawdopodobnie ponad dwustu żołnierzy WRt pełni ciągły dyżur bojowy: i to zarówno w narodowym systemie obrony powietrznej jak i w ramach systemu sojuszniczego NATINAMDS (NATO-wskiego zintegrowanego systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej/NATO Integrated Air Defence System). Są to więc wysokiej klasy specjaliści, którzy jako jedni z niewielu w Siłach Zbrojnych RP na co dzień realizują to, co będą musieli robić w czasie konfliktu zbrojnego.

Przestrzeń objętą stałym nadzorem (w pionie i poziomie) można zawsze powiększyć podnosząc gotowość bojową w Wojskach Radiotechnicznych. I jest to jedno z najważniejszych zadań 3. BRt („zdolność do wydzielenia na czas kryzysu lub wojny wysuniętych posterunków radiolokacyjnych w celu odtworzenia lub obniżenia dolnej granicy pola radiolokacyjnego”).

Rozwinięty przez Wojska Radiotechniczne posterunek radiolokacyjny składający się z polskiego radaru dwuwspółrzednego NUR-31 i polskiego wysokościomierza NUR-41. Za nimi widoczny wysoki maszt z anteną polskiego radaru mobilne RM—100 należącego do Marynarki Wojennej – fot. 3brt.wp.mil.pl

Można też na stałe obniżyć pułap wykrycia, ale wtedy trzeba zwiększyć liczbę sił dyżurnych i zakupić więcej radarów. Takie zwiększenie sił dyżurnych byłoby o tyle nierozsądne, że potencjalny przeciwnik mógłby wtedy wcześniej rozpoznać system ostrzegania radiolokacyjnego i nie będzie zaskoczony pojawieniem się jakiejś wcześniej niezidentyfikowanej stacji. Dlatego część sił uruchamia się dopiero w momencie rozpoczęcia konfliktu.

Obniżanie pułapu ciągłej obserwacji jest ponadto bardzo kosztowne i nieuzasadnione w przypadku, gdy potrzeby w innych dziedzinach Sił Zbrojnych RP są również ogromne. Jak duże są to koszty może świadczyć chociażby kontrakt z 25 stycznia 2013 roku (zresztą bardzo atrakcyjny cenowo dla wojska), w którym Inspektorat Uzbrojenia zamówił w polskiej spółce PIT-Radwar dla Sił Powietrznych RP osiem mobilnych radarów średniego zasięgu NUR-15M (TRS-15), za około 330 milionów złotych. Część z tych stacji już trafiła do jednostek, a ostatnia ma zostać przekazana w 2017 roku. Są to nowoczesne radary trójwspółrzędne o zasięgu do 240 km i pułapie do 30 km, które mogą wykryć i automatycznie śledzić do 120 obiektów powietrznych.

Rzeczywisty stan systemu obrony powietrznej?

Zupełnie innym problemem jest rzeczywisty stan całego polskiego systemu obrony powietrznej. Na szczęście informacja o dyrektywie „3000 m” została poprzedzona przez ministra Macierewicza jedynie stwierdzeniem, że: „W stanie krytycznie niskiej gotowości do działania utrzymywano system obrony powietrznej kraju”.

„Na szczęście”, ponieważ transmisja telewizyjna z Sejmu nie jest na pewno miejscem, gdzie powinny być referowane słabe strony Sił Zbrojnych RP, a szczególnie systemu obrony powietrznej. Niestety jego budowa, organizacja i sposób działania to temat na całą konferencję, a nie na jeden artykuł. Dlatego maksymalnie uogólniając można tylko powiedzieć, że system taki składa się z tego, co zbiera dane (sensory) oraz z tego, co te dane wykorzystuje (efektory).

Rakietowe systemy przeciwlotnicze wykorzystywane w polskiej armii są często podobne do tych systemów, jakie już wystawia się w muzeum – fot. M.Dura

W tym drugim przypadku sytuacja jest rzeczywiście tragiczna, o czym może świadczyć chociażby fakt, że od 1989 roku nie kupiono żadnego, nowego rakietowego systemu przeciwlotniczego o zasięgu większym niż 5 km. To dlatego jako priorytet poprzedni ministrowie ON uznali zakup systemów OPL średniego zasięgu (Wisła) i krótkiego zasięgu (Narew).

Niestety ogromne koszty tej inwestycji jak na razie skutecznie odstraszają Ministerstwo Obrony Narodowej od podpisania kontraktów. Ten brak decyzji dotyczy niestety także działającego już od pół roku obecnego resortu obrony. I to zarówno w odniesieniu do Wisły, jak i Narwi. Na razie zapowiada się jedynie, że program pozyskania 19 zestawów krótkiego zasięgu „Narew” ruszy jako praca rozwojowa w drugiej połowie tego roku. Natomiast w przypadku programu średniego zasięgu Wisła polityka nadal bierze górę nad potrzebami polskich Sił Zbrojnych.

Polski, mobilny radar trójwspółrzędny krótkiego zasięgu Soła, wykorzystywany w wojskach przeciwlotniczych – fot. M.Dura

O wiele lepsza sytuacja jest jeżeli chodzi sensory, czyli system obserwacji technicznej. W jego przypadku sytuacja nie jest aż tak zła, jakby można było wnioskować z raportu ministra Macierewicza. Wynika to przede wszystkim z tego że nasi poprzednicy kilkudziesięciu lat temu przezornie zbudowali nadal bardzo dobrze funkcjonujący polski przemysł radiolokacyjny. Dzięki temu system ostrzegania jest opracowany przez nas i zależy tylko od nas.

Polacy mają więc własne, bardzo dobre radary, które jeżeli będą nadal rozwijane (np. przez wdrożenie do produkcji technologii anten aktywnych AESA) w zupełności wystarczą do zabezpieczenia nadzoru nad polską przestrzenią powietrzną. Rozwijane są również unikalne rozwiązania, na które uważnie patrzą nawet takie państwa jak Stany Zjednoczone (radary PET/PCL).

Polski, mobilny radar trójwspółrzędny Nur-22 wykorzystywany przez jednostki przeciwlotnicze – fot. Archiwum autora

Ale są również problemy, które były: albo pomijane - ze względu na trudność, albo słabo finansowane -ze względu koszty. Przykładowo poprzednim ekipom (i to od kilkunastu lat) nie udało się zintegrować ze sobą systemów dowodzenia Marynarki Wojennej, Sił Powietrznych, Wojsk Lądowych oraz systemu dowodzenia obroną przeciwlotniczą. W ten sposób głównodowodzący siłami zbrojnymi teoretycznie powinien mieć co najmniej cztery monitory by mieć wgląd w całą sytuację.

Dodatkowo, często kilkakrotnie wykonuje się tą samą pracę. A przecież radary TRS-15 wykorzystywane w Morskiej Jednostce Rakietowej mogłyby być bez problemu wykorzystywane w przez Wojska Radiotechniczne. Warunkiem jest jednak ich podłączenie, co obecnie nie jest możliwe (choć technicznie jest to proste - jest to bowiem wersja radarów NUR-15M kupowanych przez WRt).

Do WRt nie jest również podłączony wspomniany wyżej system wykrywania celów niskolecących Marynarki Wojennej i jeżeli w najbliższym czasie nie zastąpi się zastosowanych tam radarów, to poszczególne punkty obserwacyjne będą po prostu wyłączane. Niewykorzystane w ogólnym systemie wykrywania są również obserwacyjne systemy okrętowe jak np. nowoczesna trójwspółrzędna stacja radiolokacyjna Sea Giraffe (szwedzkiej firmy Saab). Swoje radary mają także wojska przeciwlotnicze, ale i z ich podłączeniem jest również duży problem (nawet jeżeli są to radary nowe – takie jak Soła).

Na polskich okrętach typy Orkan wykorzystywany jest szwedzki, trójwspółrzędny radar Sea Giraffe – fot. M.Dura

Z najgorszą sytuacją mamy do czynienia w przypadku systemu rozpoznania i przeciwdziałania radiolokacyjnego. Polski przemysł i w tej dziedzinie oferuje bardzo dobre rozwiązania (np. stację rozpoznania pokładowych systemów elektronicznych PRP-25M Gunica), ale koszty ich wprowadzenia są na tyle duże, że zakupy bardzo mocno się ogranicza lub przesuwa na później.

Niestety przy niedoszacowanym planie modernizacji technicznej sił zbrojnych, zmiany w całym systemie będą bardzo trudne do przeprowadzenia.

Komentarze (17)

  1. kanonier flaszeczka

    oczywiście.... poprzedni ministrowie obrony to ignorancji... za to ... obecny to geniusz znający się na wszystkim ... problem z obecną władzą jest taki, że za dużo kłamią. liczą na to, że większość społeczeństwa nie zna się na danej tematyce, albo już nie pamięta co było rok, dwa czy pięć temu. ale przekaz do społeczeństwa już idzie..." poprzednia władza naraziła państwo na niebezpieczeństwo " ... ale my to naprawimy !!!!!!

  2. Viggen

    Tak dla przypomnienia z 2014, http://www.defence24.pl/131641,kontrola-nad-czescia-polskiej-przestrzeni-powietrznej-dla-niemiec-odpowiedzialnosc-za-bezpieczenstwo-ponosi-polska

    1. topaz

      A co to ma wspólnego z tematem artykułu? Tam chodziło o korytarz podejścia do lotniska w Heringsdorf, który przebiega nad Polską, bo inaczej się nie da

  3. Darek

    Czy zgodnie z obowiązującym prawem, Wojsko nie może na jakiś czas rozlokować się przy granicy i zestrzelić to co tam lata bez pozwolenia. Jak spadnie można obejrzeć co to było. Jeśli to będzie 10 km od granicy, to nikt nie będzie mógł mówić o pomyłce. I na jakiś czas się skończy temat.

    1. niwek

      tyle że głównie latają drony i awionetki ze szmuglowanymi z Białorusi fajkami, to robota dla SG a nie dla wojska

  4. Doradca Soltysa

    Nie rozumiem autora. Koszt godziny lotu samolotu wczesnego ostrzegania AWACS to połowa kosztu godziny lotu F-16. Kupić 3 takie samoloty i można zapomnieć o krzywiznie ziemi i śledzić nawet paralotnie przekraczające nisko granice. Wystarczą 3 takie samoloty. W powietrzu po 8 h na dobę. Można używać ukraińskich maszyn typu Antonow, bo to będzie dużo tańsze niż boeing.

    1. dropik

      niby jakim cudem kosz lotu f16 ma byc 2 razy wiekszy niz awacsa ? to minimum 5-8 osob na pokładzie. paliwa tez chłonie podobnie lub wiecej. ale zgadzam sie że Awacsy powinny być jednym z naszych zakupów

  5. Toudi

    Nie wiem ,czy dobrze zrozumiałem - można Polskę zasypać pociskami samosterującymi, a my nawet nie będziemy wiedzieli co nas zabiło ?!

  6. John Doe

    Mała uwaga - rzeczywisty obraz sytuacji powietrznej, a jest nierzeczywisty , chyba jednak chodziło autorowi o rozpoznany obraz sytuacji powietrznej tzw. RAP (ang. Recognized Air Picture). Ponadto, jeszcze na początku lat 90-tych XX w. dolna granica pola rlok. wynosiła 400 m i w każdej chwili mogła być obniżona do 100 m. Niestety cudowne pomysły doprowadziły do redukcji Wojsk Radiotechnicznych i likwidacji wielu batalionów radiotechnicznych wraz z ich infrastrukturą, którą obecnie moglibyśmy wykorzystać ma wypadek zagrożenia.

    1. hmm

      No patrz a Rosjanie też nie badają jeżeli wierzyć autorowi artykułu. Po prostu to nieopłacalne i też trochę nieuzasadnione.

    2. Bono

      Nie! Na początku lat 90-tych to takie parametry pola rlok mozna było osiągnąć tylko w pasie północnym i północno- zachodnim i oczywiście teoretycznie. Centrum Polski oraz wschód nawet w teorii nie mógł się zbliżyć do 100 m dolnej granicy pola.

  7. wqq

    Chciałbym zwrócić uwagę pana redaktora DURY, iż jeszcze do nie dawna funkcjonowały stacje radiolokacyjne Polskiej produkcji o nazwie RT-17 (Daniela).Zadaniem tych stacji była kontrola sytuacji powietrznej pierwszej warstwy, czyli do tych mitycznych 3000 m. Niestety polityka kolejnych ministrów ON ( prekursorami byli panowie Onyszkiewicz, Komorowski) w zakresie kontroli sytuacji powietrznej nad terytorium RP doprowadziła do całkowitego wyeliminowania z bieżącej eksploatacji tych urządzeń bez wprowadzenia nowych. Co do ilości potrzebnych rls do kontroli obiektów nisko lecących należy sobie zdać sprawę, że takie stacje lokuje się na potencjalnie zagrożonych kierunkach a nie w każdej gminie ( jak obecnie lotniska cywilne). Wniosek z tego, że mówimy o tzw. "ścianie wschodniej". Jest też drugie dno tej sytuacji, o którym panowie ministrowie ON bardzo chcieliby milczeć. Otóż zakup 25 do 40 rls do wykrywania obiektów nisko lecących na przestrzeni 5 czy 10 lat nie stanowi zagrożenia dla budżetu MON. Zakładając, że mamy takie stacje radiolokacyjne na ścianie wschodniej, pracują i dostarczają informacji o naruszycielach przestrzeni powietrznej RP, co z taką informacją powinno zrobić wojsko?. Wysłać parę dyżurną w postaci myśliwców, notę dyplomatyczną, ostrzelać przy pomocy środków rakietowych czy artyleryjskich?. Otóż na wschodzie kraju nie mamy NIC, co mogłoby realnie zmusić naruszyciela do lądowania lub powrotu na własne terytorium. Tutaj niestety dochodzimy do sedna sprawy. Skoro nie mamy środków aktywnych ( bo to co było zostało skasowane z przyczyn technicznych lub oszczędnościowych a nikt nie myślał o utworzeniu nowych jednostek lotniczych czy OP) to, po co kompromitować się dziesiątkami not dyplomatycznych, co roku. Łatwiej i taniej jest uznać, że nic nie wiemy na temat naruszania granic powietrznych RP. Można udawać przed społeczeństwem , że nic się nie dzieje i co roku oddać do budżetu państwa kilka mld złotych, jako środki niewykorzystane. Otóż jedno stwierdzenie ministra Macierewicza odnośnie szczelności granic powietrznych RP odsłania głębię bezbronności państwa Polskiego na kierunku wschodnim. Nie jest to żadna tajemnica bowiem nasi wschodni sąsiedzi dokładnie monitorują i analizują poziom aktywności środków radiolokacyjnych i ich spektrum częstotliwościowe po stronie Polskiej i dokładnie znają strefy martwe w które mogą wlatywać bez ryzyka reakcji środków aktywnych . Jak możemy się przekonać takimi strefami poza jakąkolwiek kontrolą radiolokacyjną do dla obiektów nisko lecących ( naprawdę nisko ) jest cała wschodnia granica państwa. Jako obywatel mam być oburzono na obecnego ministra że bzdury plecie i że wskazuje zaniedbania poprzedników . NIE ten pan przez przypadek (albo mocno przemyślane posunięcie obliczone na wzrost środków dla MON ) otworzył dyskusję na temat BEZBRONNOŚCI naszego państwa na kierunku wschodnim.

    1. Viktor

      Czy ty myślisz że armia oddaje środki bo nie ma na co wydać? Oddają bo jest dziura w budżecie. Teraz dzieje się to samo. Odwlekanie przetargów bo musi starczyć na socjal.

    2. Maciej

      Daniela była dobra, ale 30 lat temu. Miałem okazję pracować na tej stacji. Jej parametry i możliwości mają się nijak do dzisiejszych potrzeb.

    3. bono

      Pan Dura nie odnosi się w swoim artykule do takiego, czy innego typu sprzetu, natomiast jasno opisał co by trzeba było zrobić, aby obniżyć dolną granicę dyżurnego pola rlok. Stacja Daniela uważam, że to był niezly pomysł, ale ze względu na na to , że nie zabezpieczała drugiej warstwy , oraz ze względu na niewydolny planszetowo- foniczny system przekazywania danych rzadko używana.

  8. Wojtek Spawacz

    Ostatni raz to obniżano pole radiolokacyjne chyba w stanie wojennym, do 500 m chyba. Kiedyś proponowano żeby stworzyć wojskowo-cywilny system kontroli powietrznej, wojskowi siedzieli w ośrodku kontroli ruchu na Okęciu. Tak w ogóle to dobry system radiolokacyjny to mniej spóźnionych samolotów rejsowych i nie przemęczeni kontrolerzy lotów. W cywilnym lotnictwie rozwiązano problem dzieląc przestrzeń powietrzną nie tylko horyzontalnie, ale i w elewacji, tak jakby "piętrowo"(ach, te 3000 m), co daje większą przepustowość sektorów kontroli i mniejszą liczbę maszyn na kontrolera, po tych zmianach opóźnienia w Polsce się zmniejszyły i już nie jesteśmy w "ogonie" Europy, oczywiście wymagało to inwestycji w sprzęt i software. Jak pan minister Macierewicz chce "totalnej" kontroli to niech zakupi ze trzy AWACSy. Jak to mówią Rosjanie kontrola jest najwyższą formą zaufania. Swoją drogą to kto wzrokowo wykrywa teraz wrogie maszyny w polskiej przestrzeni powietrznej, chyba nie zuchy z Obrony terytorialnej. W przypadku zagrożenia zawsze jest numer 112.

    1. Białystok

      ty się śmiejesz, a to w rzeczywistości tak właśnie wygląda. Śmigłowce przelatują nad granicą, latają sobie jakies pół godziny nad terytorium Polski, a zwykli ludzie dzwonią i mówią, że po niebie lata coś z obcymi znakami. A co Policja może zrobić? Mandat pilotom wlepią? Nawet zdjęcia z fotoradaru nie ma jak wysłać... I tak to od lat wygląda.

  9. Edzio

    Jeśli Maciarewicz nie ma zgłoszeń naruszenia przestrzeni poniżej tego pułapu, to nic dziwnego, że zaczął szukać dyrektyw, które mogły doprowadzić do takiej sytuacji. Minister potrzebuje dowodów na naruszanie przestrzeni, żeby prowadzić akcję polityczną. Artykuł bardzo ciekawy, ale na Maciarewiczu nie wieszałbym psów, bo może ma w tej sprawie rację.

    1. bender

      W ktorym z zacytowanych w artykule zdan minister AM ma racje? W insynuacji czegos co nie istnieje czy w oskarzeniach wynikajacych z merytorycznego nieprzygotowania?

  10. pl

    Tendencyjne bzdury. "nakaz, obligujący polskie Siły Zbrojne do radiolokacyjnego wykrywania i „prowadzenia” w czasie pokoju wszystkich obiektów powietrznych nad całym terytorium Polski od pułapu 3000 m". A Ukraina jest w "stanie wojny" z Rosją ??? Czyli ten nakaz obowiązywałby także w sytuacji wojny hybrydowej ze strony Rosjan. Czy zabezpieczenie odcinka granicy z obwodem kaliningradzkim to zadanie ponad możliwości ??? Zwłaszcza w sytuacji naruszania przez Rosjan przestrzeni powietrznej na niskich wysokościach ?

    1. gbur

      Taa, Bałtyk, Kaliningrad, Białoruś, Litwa i Ukraina ( a co rakiety będą respektować granice?) to tylko tyci tyci kawałek ziemi. Aha i podaj przypadek naruszenia przestrzeni na tych niskich wysokościach. Ba oprócz tych incydentów nad krajami bałtyckimi to podaj mi przykład naruszenia przestrzeni powietrznej Polski w ogóle ( na dużych i małych wysokościach). Zresztą będziemy pakować miliony w utrzymanie obrony plot na niskiej wysokości na wypadek wojny hybrydowej? Jeżeli już pojawią się takie jednostki to najpierw będą musiały się ujawnić i zaprezentować jako ciemiężona mniejszość i to nastąpi, co najwyżej w formie grup zbrojnych, przechodzących przez mimo wszystko strzeżoną granicę przy braku odpowiedniej mniejszości narodowej wśród funkcjonariuszy granicznych (ogólnie mówiąc o wszystkich służbach) oraz reszty społeczności. Wtedy jednak można odpalić te wszystkie systemy ( a tak naprawdę zająć się tym niższym pułapem bo one będą "odpalone") i zająć się badaniem przestrzeni powietrznej ale i to chyba tylko dla strącania tych dronów co najwyżej. Chyba miałbyś rusków za kompletnych kretynów, że będą systemy Kalibr i Su lub innych rakietowych od razu używać. Strategia wojny hybrydowej owszem może być skuteczna ale raczej w Polsce takich warunków nie będzie aby się mogła powieść . A bez pomocy reszty armii rosyjskiej to nawet wojska powietrzno-desantowe pozujące jako rebelianci, zostaną wcześniej czy później zneutralizowane. No ale pomoc oznaczałaby już otwartą wojnę. Zresztą mam obawę (Rosjanie wg artykułu sami nawet tego nie robią), że wykrwawimy się finansowo na taki szczelny "system" i będziemy ( co prawda bardzo wyraźnie i dokładnie) mogli przyglądać ( bo na efektory już nie starczy) jak Rosjanie, mając doskonałe informacje odnośnie rozlokowania sił radiolokacyjnych szybko i łatwo rozmontują ten system. No a później hulaj dusza i katiusza.

  11. olo1

    Nie lubi pan Macierewicza? OK pana sprawa, ale proszę nie wciskać kitu o konieczności objęcia całego kraju nadzorem radioelektronicznym pon. 3000m. Minister zwrócił uwagę na brak rozwiązania istotnego problemu - braku możliwości nadzoru poniżej 3000m usankcjonowany przez poprzednich ministrów.

  12. Awa

    Bardzo temat na czasie, tym bardziej że mówimy o wzmocnieniu wschodniej flanki. Należy zaznaczyć, że za ochronę granicy państwowej w przestrzeni powietrznej odpowiada MON i chyba dobrze że mówi prawdę że nie ma możliwości jej sprawowania poniżej 3000 m bo ja rozumiem -obiekty mogą a nie muszą być wykrywane. Idea postawienia 6 posterunków typu Backbone o ile się nie mylę zakładała zbudowanie strefy rozpoznania radiolokacyjnego nad Polską od 3000m. W tym kontekście po co w dyżurze pozostałe posterunki, które nie zmieniły zasadniczo stacjonowania od czasów PRL. Kolejna uwaga w kontekście przytoczone wzoru odnośnie zasięgu wykrywania i zamieszczonych zdjęć posterunków Backbone- dlaczego "maszty" są takie niskie. Przecież jak byśmy je podnieśli to i zasięg wykrycia zostałby zwiększony. Kto za to odpowiada? Polska jako państwo graniczne NATO nie powinna szukać rozwiązać niekonwencjonalnych ws sensorów aby zapewnić świadomość sytuacyjny?

  13. autor komentarza

    1. Panie Redaktorze - dużo wysiłku włożył Pan, by udowodnić, że minister gada bzdury. Pomysł na program "Radar w każdej gminie" pozostawię bez komentarza, bo przecież chodzi o nadzór na granicy (granicy NATO przypomnę). MW nadzoruje dziesięcioma (dziewięcioma) radarami całe 440km granicy morskiej (długość linii brzegowej to 770km). Granica z Białorusią ma długość 418km (272 km w linii prostej, ok 310km z uwzględnieniem występu k. Brześcia) a z Rosją 210km (w linii prostej ok 195km). Czyli wystarczy maksimum 15 radarów do obserwacji potencjalnie zagrożonych granic (przypomnę: zewnętrznych NATO), a nie 140 radarów, bo nic nie wskazuje, by rosyjskie Kalibry miały możliwość nagłego zmaterializowania się nad Piotrkowem Trybunalskim i kontynuowania lotu w kierunku Warszawy. Wszystko jednak wskazuje, że te Kalibry przelecą nad granicą w drodze do Warszawy na wysokości kilkudziesięciu metrów. 2. Jak słusznie Pan Redaktor zauważa, nie można dyrektywą nakazać urządzeniu niewykrywanie pewnych obiektów. Ale jak najbardziej można dyrektywą zakazać LUDZIOM ZGŁASZANIA wykrycia pewnych obiektów, np. poniżej 3000m. A ponieważ większość przekroczeń dzieje się właśnioe poniżej tej wysokości, mamy czysto w papierach, nie trzeba wysyłać not dyplomatycznych itp. A śmigłowce ze wschodu, które jakiś czas temu latały nad granicą jak u siebie, nigdy nie przekraczały nawet połowy tej wysokości...

    1. fefe

      Ja ,jak bym był ruskim generałem i miał zaatakować przeciwnika to zrobiłbym to z zaskoczenia np kazał wystrzelić kalibry z OP z morza śródziemnego czy z bałtyckiego na wysokości Niemiec czy Świnoujścia i już rakietki by poleciały nie z tego kierunku z którego moglibyśmy się spodziewać ( Kalningrad Białoruś ) I radarów stacjonarnych możliwie mało a max mobilnych , zawsze narzekamy że nic się dobrego u nas nie produkuje , radary akurat mamy bardzo dobre

    2. dropik

      kalibr wszak ma taki zasięg, że wystrzelone z Białorusi może cię zaatakować ze Słowacji czy nawet z Czech.

  14. wuka

    Podziękowanie za artykuł.Stara zasada jak znasz się na historii....

  15. Extern

    Skoro nie stać nas na prowadzenie stałego nadzoru na małej wysokości to może chociaż dało by się prowadzić nadzór przy pomocy mobilnych stacji w losowych miejscach położonych przy granicy wschodniej. Wtedy ci lotniczy "turyści" nigdy by nie wiedzieli jakiego odcinka granicy pilnuje akurat radar. Kilka radarów Soła pętających się po granicy powinno wystarczyć przynajmniej do znacznego utrudnienia takiego procederu.

  16. capdemo

    Bardzo interesujący i obiektywny artykuł. Wielkie dziękuję!

  17. Viktor

    "Standardowe radary wykorzystują bowiem fale elektromagnetyczne rozchodzące się prostoliniowo, a więc zasadniczo wykrywają tylko te obiekty, które są bezpośrednio „widziane” przez antenę. Te proste zasady, wynikające bezpośrednio z praw fizyki" Wężykiem panie majster?