Reklama

Cienka szara linia jeszcze cieńsza [OPINIA]

F-16
F-16
Autor. Robert Sullivan (Public Domain)

Katastrofa polskiego F-16 to oczywiście wielka tragedia w wymiarze ludzkim, ale także cios dla nielicznego polskiego lotnictwa bojowego. Nie sposób nie zadać sobie pytania: czy samoloty bojowe kupiliśmy po to, żeby nas broniły, czy do ryzykownych pokazów?

Zapracowana flota

Polskie F-16 startują wielokrotnie w ciągu miesiąca w reakcji na rosyjskie uderzenia na Ukrainę. Ich piloci są gotowi do przechwytywania pocisków i dronów, które mogą z różnych względów (awaria, działanie celowe) przekroczyć polską granicę i zagrozić życiu polskich obywateli.

Zadanie to wykonują zaledwie trzy posiadane przez Polskę eskadry samolotów F-16C/D Block 52+. Pozostałe maszyny bojowe albo wychodzą z użytku i nadają się co najwyżej do zadań typu Air Policing (jak żegnane obecnie Su-22 i MiGi-29), albo są dopiero wprowadzane i nie osiągnęły pełnej gotowości operacyjnej (F-35A Husarz, FA-50GF).

Obecnie więc o bezpieczeństwie polskiej przestrzeni powietrznej, przynajmniej jeżeli chodzi o komponent lotniczy, stanowiło 48 samolotów bojowych, ich piloci i personel techniczny. W sprawności na co dzień pozostaje część tych maszyn. Na początku 2020 roku udało nam się zdobyć informację, że sprawność floty Jastrzębi wówczas wynosiła około 60 proc. Ten wynik mieścił się w średniej NATO.

Obecnie możemy zakładać, że ów współczynnik jest podobny. Daje nam to około 30 samolotów zdolnych do obrony naszych miast. To o wiele za mało jak na polskie warunki geograficzne, państwo o populacji 38 mln osób i powierzchni 312,5 tys. km2. To cienka szara linia, która w razie wojny – poza naziemnymi systemami obrony powietrznej – oddzielałaby nasze miasta od uderzeń dronami i pociskami manewrującymi.

Tymczasem większe państwa Europy, których lotnictwo decyduje się na promocję przy pomocy elitarnego pilota i odrzutowca bojowego, dysponują dzisiaj flotami od 150 do 250 samolotów bojowych. W krajach tych także dochodzi do wypadków i katastrof lotniczych. Jednak różnicą jest to, że jednorazowa strata nie oznacza aż tak wielkiego procentowego uszczerbku, jeżeli chodzi o liczbę samolotów gotowych do działań bojowych ani liczbę wyszkolonych pilotów.

Reklama

Katastrofa a obronność

Zginął wspaniały człowiek, ojciec rodziny. Jednak na chwilę zostawmy z boku ten oczywisty, szalenie bolesny wymiar moralny i ludzki. Zastanówmy się, co straciła Polska wyłącznie z punktu widzenia jej obronności. Po pierwsze, pilota instruktora z kilkunastoletnim doświadczeniem i nalotem (jak podaje „Polska Zbrojna”) 1400 godzin na F-16. Człowieka, który mógł wyszkolić kolejne pokolenia polskich pilotów, którego szkolenie kosztowało polskiego podatnika 100-150 mln zł, biorąc pod uwagę koszt godziny lotu F-16. Ponadto, jak powiedział gen. dyw. Ireneusz Nowak, był to człowiek typowany na przyszłego dowódcę lotniczego.

Czytaj też

Oprócz tego doszło do utraty samolotu wielozadaniowego F-16C, maszyny, której wartość to kilkadziesiąt mln dolarów (dokładna wartość jest trudna do oszacowania, bo była to maszyna używana). Nie ma możliwości zastąpienia Jastrzębia w krótkim czasie. Fabrycznie nowe F-16 można zamówić, jednak ich linia produkcyjna cały czas notuje opóźnienia, zaś kolejka zamówień na nie topnieje, lecz bardzo powoli.

Na szczęście sytuacja w Polsce poprawi się po osiągnięciu wstępnej gotowości operacyjnej przez nowe typy samolotów, które podniosą całkowitą liczebność odrzutowców bojowych do 127 egzemplarzy. Mimo to, szczególnie teraz wydaje się, że wykorzystanie intensywnie eksploatowanej i nielicznej floty F-16C/D Jastrząb oraz personelu baz lotniczych do cieszenia publiki na pokazach lotniczych wydaje się dyskusyjne.

Istnieją argumenty mówiące o chęci promocji lotnictwa wojskowego i zachęcania podobnymi pokazami młodych ludzi do takiej ścieżki kariery. Jednak można zadać pytanie, czy do tego celu nie wystarczyłyby mniej ryzykowne przeloty samolotów wojskowych i prezentowanie ich na ziemi z możliwością porozmawiania z załogami i technikami lotniczymi.

Reklama

Zachęta dla młodych

Czy brawurowy pokaz serii figur nisko nad ziemią, uznawany za jedno z najtrudniejszych zadań, które może otrzymać pilot wojskowy (przez wysoki opór powietrza i bliskość ziemi, które przekładają się na bardzo niewielki margines błędu), naprawdę w dużo większym stopniu zachęca młodych do lotnictwa?

Takie pokazy umiejętności mają coraz mniej wspólnego z prawdziwą walką powietrzną i wykonywaniem innych zadań przez samoloty bojowe. Współczesne bitwy powietrzne to ostrzeliwanie się wzajemnie pociskami rakietowymi z odległości nawet kilkuset kilometrów, operowanie sensorami, odchodzenie z zasięgu idących w kierunku samolotu rakiet, wchodzenie na wyższy lub niższy pułap, wykorzystywanie przewagi informacyjnej i budowanie przewagi taktycznej.

Gwałtowne manewry to zwykle uniki przed pociskami przeciwnika prowadzone na dużych wysokościach. Dobrym przykładem jest tutaj chociażby bitwa powietrzna między Indiami a Pakistanem, do której doszło w czasie operacji Sindur w maju bieżącego roku. Formacje samolotów strzelały do siebie znad własnych granic z odległości ponad 100 km, przy wsparciu samolotów wczesnego ostrzegania. Oczywiście do walki manewrowej, nawet na niewielkiej wysokości, wciąż może dojść, lecz takie sytuacje stanowią wyjątki. Widać to dziś na Ukrainie.

Pokaz siły czy reklama samolotu?

Tego rodzaju pokaz możliwości jest więc zasadny, na przykład wtedy, gdy samolot jest pokazywany międzynarodowej publiczności na targach. Na francuskim salonie Paris Air Show w ostatnich latach prezentowano samoloty Rafale, Typhoon i F-35. Wcześniej demonstrowany był pakistański JF-17 Thunder. Czy polski przemysł obronny handluje samolotami F-16? Oczywiście, że nie.

Pojawiają się też wypowiedzi, że takie występy stanowią „pokaz siły” polskiego lotnictwa wojskowego. Czy jest nim jeden sprawnie manewrujący samolot z dobrym pilotem? A może większe wrażenie wywarłby przelot kilkudziesięciu maszyn z uzbrojeniem (lub choćby jego atrapami)? Ocenę pozostawiam Państwu.

Oczywiście po szkodzie każdy jest mądry. Kilka dni temu nikt nie zakładał, że do tej tragedii dojdzie. Flota 48 polskich F-16 była do tej pory szczęśliwa, bo nie dotknęły jej poważne zdarzenia lotniczych. Jej statystyki były wręcz wyjątkowo dobre.

Jednak w ubiegłym roku w podobnej próbie, także przed pokazami lotniczymi, zginął inny doświadczony polski pilot, który rozbił się o płytę lotniska na samolocie szkolenia zaawansowanego M-346 Bielik. To kolejna ludzka tragedia, ale też niepowetowana strata kadrowa i utrata samolotu za grube miliony, potrzebnego do szkolenia kolejnych pokoleń lotników.

W jednym i drugim przypadku chodziło o promocję polskiego lotnictwa wojskowego. Czy takie ryzyko warto dziś ponosić?

Reklama
WIDEO: Święto Wojska Polskiego 2025. Defilada w Warszawie
Reklama

Komentarze

    Reklama