Przemysł Zbrojeniowy

Zanim powstał Krab: Jak polska zbrojeniówka zdobyła Goździka

Pierwszy wyprodukowany w HSW egzemplarz sh 122 mm 2S1 Goździk w trakcie zajęć szkoleniowych w jednostce wojskowej.
Fot. ze zbiorów Stanisława Wójcika

Wokół sprawy zakupu w Republice Korei samobieżnych haubic K9 w czasie, kiedy od miesięcy polskie Kraby zbierają rewelacyjne oceny podczas najsurowszego bojowego sprawdzianu na wojnie w Ukrainie, rozgorzała nieomal ogólnonarodowa debata, w której wytaczane są, nomen omen, najcięższe działa. Najwięcej emocji wywołuje – będący na razie tylko faktem medialnym, jako że żadne umowy w tej sprawie nie zostały zawarte – wątek ewentualnej produkcji setek licencyjnych K9 w Polsce. To dobry moment na  przypomnienie tego, co miało miejsce dokładnie 40 lat temu. Postaramy się spojrzeć na ten temat nie tyle z perspektywy wojska, bo to jest temat na odrębne opracowanie, ale przemysłu, który w bardzo złożonych warunkach wdrażał nowoczesny na tamten czas, skomplikowany wyrób.

Polskie Siły Zbrojne w czasie II wojny światowej miały możliwość zetknąć się w warunkach realnie toczonej wojny z artylerią samobieżną, odgrywającą w końcowej fazie wojny coraz poważniejszą rolę i odsuwającą nieuchronnie w cień klasyczną artylerię holowaną. Polscy artylerzyści na Zachodzie używali udostępnianych przez zachodnich Aliantów samobieżnych artyleryjskich niszczycieli czołgów Archer i Achilles, a także haubic samobieżnych Sexton i dział przeciwlotniczych Crusader-AA. Siły Zbrojne PRL, określane często Ludowe Wojsko Polskie, które swój szlak bojowy rozpoczęło dopiero jesienią 1943 r., a więc w drugiej fazie wojny, uzbrajane było przez ZSRR. Do jednostek artylerii samobieżnej trafiała bardzo szeroka gama sprzętu, zarówno pochodzącego z zachodnich dostaw, kierowanych do ZSRR w ramach umowy Lend Lease, takiego jak osadzone na półgąsienicowym (half-truck) podwoziu T-48, nazywane przez Rosjan SU-57 (od samochodnaja ustanowka), jak i przede wszystkim sprzęt skonstruowany i produkowany w ZSRR, od lekkich SU-76, poprzez uniwersalne SU-85 i SU-100, aż po najcięższe SU-122 i SU/ISU-152 (wyróżniki liczbowe w nazwach oznaczają kaliber zastosowanego uzbrojenia głównego, czyli armaty lub haubicy).

Znaczna część tego sprzętu, który był przecież na uzbrojeniu dwóch uczestniczących w końcowej fazie wojny 1 i 2 Armii Wojska Polskiego, pozostała na uzbrojeniu LWP i przez lata powojenne. Wycofywano je stopniowo, kiedy część wyeksploatowanego na wojnie sprzętu „sypała się", ale też dlatego, że nie spełniły się proroctwa, iż „kwestią najbliższego czasu" jest zbrojna konfrontacja pomiędzy ZSRR i jego satelitami, a światem zachodnim. Utrzymywanie potężnych sił zbrojnych było zbyt kosztowne, tym bardziej, że i tak wśród wielu decydentów królowało przeświadczenie, że „jeśli dojdzie coś do czegoś", to i tak „sprawę załatwi atom", jako że obydwie konfrontujące się strony dysponowały już bronią jądrową, a ZSRR w 1957 r. udowodnił startem Sputnika-1, że dysponuje też środkami przenoszenia broni jądrowej o zasięgu globalnym.

Fot. Vitaly V. Kuzmin/Wikimedia Commons/CC BY SA 4.0

Redukcja konwencjonalnych sił zbrojnych z poziomu wojennego na zimnowojenny dotyczyła nie tylko liczebności wojska, ale i środków bojowych. W artylerii proces ten trwał praktycznie do końca lat 50.: o ile 10 lat po zakończeniu wojny WP miało na uzbrojeniu jeszcze ponad 570 artyleryjskich środków samobieżnych różnego kalibru, to w 1960 r. liczba ta spadła już do 92. Tak wyglądało rozstawanie się z pierwszą generacją dział samobieżnych, które bliższe były swą koncepcją działom szturmowym (głównie za sprawą zabudowy armaty lub haubicy w kadłubie pojazdu, z niewielkim zakresem ruchomości działa względem jego osi podłużnej) niż dzisiejszym działom samobieżnym, w których najczęściej uzbrojenie główne jest zabudowane w obrotowej wieży. Nie trzeba wyjaśniać, jaki to ma wpływ na zdolności bojowe działa, które już nie musi być wstępnie przycelowane poprzez odpowiednie ustawienia całego pojazdu. Dzięki temu czas od otrzymania komendy do zajęcia stanowiska ogniowego do otwarcia ognia jest wielokrotnie krótszy.

Na ten proces nałożył się inny, powiązany z ewolucją doktryny wojennej Układu Warszawskiego, w którym Ludowe Wojsko Polskie było drugą, po Armii Radzieckiej, siłą bojową. Idea „wyzwolicielskiego marszu socjalizmu" na zachód Europy, oczywiście będącego jedynie słuszną odpowiedzią Moskwy na napaść i agresję ze strony NATO na „miłujące pokój i budujące socjalizm" na ZSRR i narody zaprzyjaźnione, zakładała neutralizowanie terytorium przeciwnika potężnymi uderzeniami jądrowymi, z udziałem wojsk rakietowych i lotnictwa, a następnie zajmowania terenu silnymi i manewrowymi ugrupowaniami pancerno-zmechanizowanymi. Układ Warszawski, niezależnie od rozwoju lotnictwa i wojsk rakietowych oraz wojsk pancernych, rozwijał też środki mobilnej obrony przeciwlotniczej, mającej osłaniać manewrujące jednostki uderzeniowe.

Zestaw Biała. Fot. 9bkpanc.wp.mil.pl.

W ten sposób także na uzbrojenie Wojska Polskiego zaczęły trafiać samobieżne systemy przeciwlotnicze: w 1959 r. ZSU-57-2 (zenitnaja samochodnaja ustanowka) z dwoma armatami 57 mm i, w 1968 r., ZSU-23-4 z czterema armatami 23 mm. Te ostatnie, po głębokiej modernizacji, są w służbie do dziś jako Biała. Pewnym "epizodem", jeśli chodzi o działa samobieżne w Ludowym Wojsku Polskim, były też działa ASU-85, przeznaczone do desantowania metodą spadochronową. One również nie miały w pełni obrotowej wieży, a ich zadanie - wsparcie ogniowe - było nieco tożsame z tym, jakie miały wykonywać SU-85 i SU-100, tyle że to wsparcie miało być prowadzone na korzyść jednostek powietrzno-desantowych, które w ten sposób zyskiwały środek do zwalczania nieprzyjacielskich czołgów i umocnień nawet w trakcie dzialań na zapleczu przeciwnika.

Ewolucja doktryny „obronnej", mającej polegać na opanowaniu zbrojnym zachodniej Europy (po latach, kiedy odtajniono plany operacyjne, dowiedzieliśmy się, że Ludowe Wojsko Polskie miało „wyzwalać" Danię...) musiała, rzecz oczywista, uwzględniać realia geograficzne potencjalnego pola walki, czyli, nazywając rzecz wprost, kierunków ekspansji zbrojnej Układu Warszawskiego. Czyli – stosunkowo dużą liczbę rzek przebiegających w większości południkowo, a więc w poprzek kierunków hipotetycznego natarcia. Stąd położono wielki nacisk na rozwijanie, z jednej strony, jednostek desantowych, zarówno powietrznych jak i morskich, jak i – używając popularnej dziś nomenklatury – kompetencje amfibijne wojsk lądowych.

W czasie, kiedy Goździk był wprowadzany na uzbrojenie, i zapadały decyzje o jego licencyjnej produkcji w Polsce, uznawany był za najnowocześniejszą haubicę samobieżną na świecie.
Fot. Jerzy Reszczyński

Zdolność samodzielnego pokonywania przeszkód wodnych była jednym z podstawowych wymagań stawianych projektowanym wówczas środkom walki. Miały taką zdolność posiadać  nie tylko kołowe (BTR-60, BRDM, SKOT) oraz gąsienicowe (MT-LB, BTR-50, TOPAS) transportery opancerzone i bojowe wozy piechoty (BMP-1), stanowiące podstawę sił pierwszego rzutu, ale także broń wsparcia, taka jak samobieżna artyleria oraz czołgi. Tę ostatnią grupę pojazdów amfibijnych reprezentowały lekki czołg pływający PT-76 oraz samobieżna haubica 122 mm 2S1 Goździk – pojazdy w różnym stopniu spokrewnione pod względem konstrukcyjnym z sobą i rodziną MT-LB i BMP-1.

Wszystkie wymienione typy sprzętu pozwalały na planowanie i wykonywanie operacji uderzeniowych zmierzających do uchwycenia przyczółków na przeciwnym brzegu przeszkód wodnych, i wywalczenie sytuacji taktycznej pozwalającej na dostarczenie w rejon walk pozostałych komponentów sił uderzeniowych. Przerzut przez przeszkody wodne środków artylerii rakietowej oraz klasycznych środków artyleryjskich, komponentu logistycznego, szpitali polowych, zaopatrzenia, środków radiolokacyjnych, pojazdów sztabowych itp. miały umożliwiać amfibie PTS/PTS-M, czołgi mogły pokonywać rozpoznane przeszkody wodne, przynajmniej niektóre, po dnie. Po opanowaniu i umocnieniu przyczółków i zapewnieniu im ochrony przeciwlotniczej można było organizować budowę przepraw pontonowych, po których miały się przeprawiać siły głównego rzutu.

Sh Goździk, dzięki zainwestowaniu w jej modernizację, i posiadająca nowoczesny ZZKO Topaz, wciąż ma pewien potencjał bojowy. Fot. Jerzy Reszczyński

Jak widać, dla sh 2S1 Goździk przewidziano znaczącą rolę w siłach zbrojnych Układu Warszawskiego. Niespełna 16-tonowe samobieżne działo z załogą 4-5 żołnierzy, na mobilnym podwoziu gąsienicowym posiadającym zdolność samodzielnego pokonywania przeszkód wodnych uzbrojono w haubicę 2A31 (to modernizacja holowanej haubicy D-30), mogącą strzelać amunicją rozdzielnego ładowania kal. 122 mm na odległość do 15,3 km (21,9 km w przypadku pocisków ze wspomaganiem rakietowym) z szybkostrzelnością 5-7 strzałów/min. Podstawowy pocisk odłamkowo-burzący waży 21,8 kg, ale nie jest jedynym rodzajem amunicji zaprojektowanej do tego działa. Dla Goździka zaplanowano także amunicję, uwaga, kumulacyjną, oświetlającą, dymną, oraz... agitacyjną i chemiczną.

Już w trakcie eksploatacji haubicy 2S1 w Wojsku Polskim, po odzyskaniu przez Polskę pełnej suwerenności, opracowano dla niej także w polskim przemyśle zbrojeniowym amunicję kasetową Hesyt-1; każdy pocisk zawiera 20 podpocisków o działaniu kumulacyjno-odłamkowym. Dostaw tych pocisków zaprzestano jednak około dekadę temu, gdy większość państw zachodnich podpisała konwencję o zakazie stosowania amunicji kasetowej. Polska konwencji tej nie podpisała, ale pozyskiwanie nawet komponentów do produkcji tej amunicji stało się utrudnione, co było bezpośrednią przyczyną zaprzestania produkcji rakiet 122 mm z pociskami kasetowymi do Langust. Wróćmy jednak do Goździka. Także polski przemysł, a konkretnie HSW, opracował dla Goździka wóz amunicyjny Bor, oparty na opancerzonym podwoziu gąsienicowym z rodziny 2S1/MT-LB. Pozwalał na szybki, zmechanizowany przeładunek amunicji z transportera do działa. Gdyby został przyjęty na uzbrojenie, stanowiłby, już prawie 40 lat temu, system jaki obecnie tworzą koreański zestaw sh K9 Thunder i wozu amunicyjnego K10...

Wprowadzone w latach 80. wozy kompleksu automatycznego dowodzenia artylerią 1W12 Maszyna, zbudowane na podwoziu MT-LBu, spokrewnionym z Goździkiem kończyły żywot w charakterze „dawców organów” dla nowych Lekkich Podwozi Gąsienicowych
Fot. Jerzy Reszczyński/Defence24.pl

Wdrożenie sh 122 mm 2S1 Goździk do służby w Wojsku Polskim nie było, jak mogłoby to wyglądać, tylko wprowadzeniem na uzbrojenie nowego typu sprzętu. To było wprowadzenie całkiem nowego systemu uzbrojenia, który wniósł do wojsk artyleryjskich zupełnie nową jakość. Nie tylko za sprawą samych cech i właściwości taktyczno-technicznych haubicy (to było pierwsze w WP działo o zdolnościach amfibijnych i pierwsze z uzbrojeniem w obrotowej wieży) oraz szerokiej gamy amunicji. Po wprowadzeniu do jednostek samych środków ogniowych wdrożony został, pod koniec 1979 r. lub na początku 1980 r., automatyczny system dowodzenia 1W12 „Maszyna", przeznaczony do wspomagania dział samobieżnych kal. 122-203 mm strzelających ogniem pośrednim, głównie 2S1 Goździk i 2S3 Akacja. Z czasem opracowano jego warianty do współpracy z innymi systemami artyleryjskimi, przede wszystkim 2S5 Hiacynt, 2S7 Pion, a nawet moździerza 2S4 Tulipan. Opierał się on na zmodyfikowanym podwoziu pływającego transportera gąsienicowego MT-LB, oznaczonym MT-LBu.

Był blisko spokrewniony konstrukcyjnie z Goździkiem, bazującym na podwoziu MT-LBusz, a więc zapewniał utrzymanie bardzo ważnej z punktu widzenia logistyki unifikacji sprzętu w ramach jednostki (wiele elementów napędu, układu jezdnego i zawieszenia, przekładnie, osprzęt, były w całej rodzinie wozów z tej linii zamienne). System ten, w Rosji rozwijany i użytkowany do dziś, w Polsce zapoczątkował rozwój systemów automatycznego dowodzenia artylerią, w pewnym sensie stał się inspiracją do opracowania rodzimych rozwiązań o znacznie bardziej zaawansowanej architekturze i większych możliwościach. Zaczęło się od kalkulatorów artyleryjskich UKART/SKART, doprowadziło do wielodomenowego systemu zarządzania walką Topaz, uznawanego dziś za jeden z najlepszych w świecie.

Sama Maszyna, w WP obecna w 24 egzemplarzach (jako pierwszy otrzymał je 22. pułk artylerii w 4 DZmech.), z czasem była przebudowywana do innych zastosowań, na inne elementy polowego systemu dowodzenia i kierowania PASUW, oraz nośnik stacji zakłóceń R-330P. Ostatecznie większość z nich zakończyła swój żywot w... HSW, gdzie weszły w rolę „dawców organów", z których pobierano różne podzespoły, aby po regeneracji użyć ich głównie w budowie dla systemu Regina wozów dowodzenia WD/WDSz, bazujących na korpusach Goździka.

Pierwsze Goździki (jedna bateria 6 dział) trafiły do jednostek Wojska Polskiego, najprawdopodobniej w końcówce 1972 lub na początku 1973 roku. Nawet żołnierze pełniący w tym okresie służbę nie są zgodni co do dat, jak i jednostek, do których pierwsza partia 2S1 została skierowana. Według jednych trafiła ona do 22 pułku artylerii, według innych – do 113 pułku artylerii 5 Dywizji Pancernej w Kostrzynie (JW 3330), według jeszcze innych wszystkie trzy baterie odebrały jednostki 4 Dywizji Zmechanizowanej. Ogólna informacja ze źródeł wojskowych mówi, że cztery Goździki otrzymał 1 pułk zmechanizowany w 1 DZmech, sześć kolejnych – 4 DZmech, zaś dwa ostatnie z tej partii trafiły do szkolenia, i że do końca 1981 r. więcej dostaw nie zrealizowano. Działa, oczywiście, zostały wyprodukowane z ZSRR, ściślej – w Charkowskiej Fabryce Traktorów im. Sergo Ordżonikidze.

Gozdzik Ukraina
Zołnierze 60 Samodzielnej Brygady Piechota na haubicoarmacie 2S1 Goździk.
Fot. 60OBP

Goździki, początkowo osłonięte najściślejszą tajemnicą (przez pewien okres wozy nie otrzymały nawet numerów taktycznych), pojawiły się po raz pierwszy na ćwiczeniach Kraj-73. 22 lipca 1974 r. dwie baterie w liczbie 12 haubic były „gwiazdami" wielkiej defilady wojskowej dla uczczenia XXX-lecia PRL. Była to pierwsza publiczna prezentacja tego systemu uzbrojenia w Układzie Warszawskim. To forma wyróżnienia, jeśli zważyć, że ten typ uzbrojenia stał się z czasem wręcz ikoniczny: został wyprodukowany w zawrotnej liczbie ponad 10 tys. egzemplarzy i trafił na uzbrojenie sił zbrojnych najprawdopodobniej ponad 40 krajów świata. Kiedy wchodziły na uzbrojenie, uznawane były za najnowocześniejsze na świecie.

W późniejszych kilkudziesięciu miesiącach trwał intensywny proces wdrażania nowej broni, połączony z przeformowywaniem jednostek w nią wyposażonych, przenoszeniem pojedynczych dział m.in. jednostek szkolnych, gdzie oswajano z nimi podchorążych w Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Rakietowych i Artylerii w Toruniu oraz elewów w Podoficerskiej Szkole Zawodowej Wojsko Rakietowych i Artylerii. Jedną haubicę okresowo wykorzystywano w Wojskowym Instytucie Techniki Pancernej i Samochodowej w Sulejówku do testów poznawczych nowego sprzętu.

Czytaj też

Kiedy Polska otrzymała ostatnią z trzech zakupionych baterii 2S1, dział tych, dostarczonych w kilku transzach, było najprawdopodobniej 18, co odpowiada dywizjonowi artylerii według standardów organizacyjnych dawnego Układu Warszawskiego, obowiązujących zresztą do dziś w jednostkach artylerii niektórych krajów. W pewnym okresie, na przełomie lat 70. i 80.,  najprawdopodobniej w 33. pułku artylerii w składzie 11. Drezdeńskiej Dywizji Pancernej, został zorganizowany eksperymentalny  dywizjon artylerii samobieżnej, w ramach którego wypracowywano i doskonalono procedury szkolenia, od poziomu załogi pojedynczego działa po dywizjon, wypracowywano zasady współdziałania pododdziałów w ramach baterii i dywizjonu, współpracę z jednostkami rozpoznania, dowodzenia, zaopatrzenia itp., wypracowywano normy eksploatacyjne itp. Ważnym komponentem tego dywizjonu był wspomniany wcześniej kompleks Maszyna.

Doświadczenia związane z wdrażaniem Goździka w WP były na tyle pozytywne, że na najwyższym szczeblu kierownictwa państwa zapadła decyzja, iż rozwijanie sił artylerii samobieżnej powinno odbywać się nie w oparciu o import dział z ZSRR, ale rodzimą produkcję w polskim przemyśle zbrojeniowym. Do takiego rozwiązania dążyli też „towarzysze radzieccy", którzy dbali o to, aby produkcja uzbrojenia była dywersyfikowana, i dzielona pomiędzy różne kraje bloku. Tak, jak do produkcji BMP-1 wytypowano m.in. Czechosłowację, tak do produkcji 2S1 wskazano, poza zakładami w Charkowie (w ZSRR Goździk był produkowany od 1971 r.), Polskę i Bułgarię. Po decyzji o zakupie licencji nie doszło do pełnej realizacji wstępnej umowy, zakładającej zakup w ZSRR aż 48 Goździków, które miały być dostarczone do 1980 r.

Umowę o nabyciu licencji na produkcję Goździka w Polsce zawarto w 1976 r., i... zapadła długa i trudna do wytłumaczenia  cisza. Przynajmniej tak to przedstawia wielu autorów zajmujących się tą tematyką. Tymczasem tu się zaczyna najciekawsza, i chyba najmniej znana opinii publicznej, część opowieści.

Młodszym czytelnikom należy się kilka zdań ogólnej informacji odnoszących się do kontekstu czasowego opisywanych zdarzeń i sytuacji. W połowie lat 70. PRL zaczęła odczuwać pierwsze symptomy zadyszki spowodowanej błędną polityką gospodarczą, teoretycznie nastawioną na równoczesną głęboką modernizację kraju i skokową poprawę standardu życia obywateli. Nadmiernie rozciągnięty „front inwestycyjny", w znacznym stopniu obciążony zaciąganymi za granicą, głównie na Zachodzie, kredytami na pokrycie wydatków na zakupy licencji, technologii, maszyn i urządzeń, zderzył się z niekontrolowanym do pewnego momentu wzrostem konsumpcji, nie mającym pokrycia we wzroście produktywności gospodarki jako całości. Efektem był nieunikniony, nieuchronny kryzys gospodarczy. Jego faktyczna skala i dynamika były przed społeczeństwem ukrywane, ale taka polityka nie mogła trwać wiecznie, czego dowodem stały się dramatyczne „wypadki radomskie" w czerwcu 1976 roku.

Formalnie powodem masowych robotniczych protestów, zdecydowanie stłumionych siłowo przez władze, stały się podwyżki cen żywności i niedobory na rynku cukru (wprowadzono kartki na ten towar), ale to był tylko wierzchołek góry lodowej. Gospodarka zaczynała trzeszczeć, deficyt budżetu z roku na rok wzrastał o kilkadziesiąt miliardów złotych, zaczynało brakować pieniędzy na wszystko, coraz częściej pojawiały się nawet w oficjalnym komunikatach, pomimo cenzury, określenia „gospodarka niedoborów" i komunikaty o wstrzymywaniu licznych inwestycji. W sierpniu 1980 r. władza zebrała żniwo swej absurdalnej polityki w postaci fali strajków, które ogarnęły cały kraj. To był początek końca PRL, ówczesnego modelu gospodarki centralnie zarządzanej i, w ogóle, systemu politycznego, który ostatecznie załamał się 4 czerwca 1989 roku. A po drodze, co nie bez znaczenia, był wprowadzony 13 grudnia 1981 r. stan wojenny, który zakończył się 22 lipca 1983 r.

Na taki okres przypadło wdrożenie w coraz mocniej kulejącym przemyśle ważnego, mocno obciążającego dostającą zadyszki gospodarkę, wyrobu wojskowego.

Ceremonia przekazania przez HSW pierwszej partii haubic 2S1 w HSW, jak udało nam się ustalić, odbyła się 29 lutego 1984 r., czyli 26 miesięcy i 15 dni po podjęciu uchwały Rady Ministrów PRL o uruchomieniu w HSW produkcji licencyjnej.
Fot. Ze zbiorów 6 RPW Stalowa Wola

Kiedy system artyleryjski związany z 2S1 był intensywnie wdrażany w całym Układzie Warszawskim, kierownictwo bloku, a ściślej jego komitet techniczny, rekomendowało, aby – dla zapewnienia realizacji stawianych przed nim zadań – Wojsko Polskie już do 1985 r. wprowadziło na uzbrojenie 350 haubic samobieżnych 2S1 Goździk. Sztab Generalny Wojska Polskiego nie widział potrzeby i możliwości wprowadzenia więcej niż 260.

Jan Jurecki, wieloletni dyrektor techniczny Zakładu nr 5 w Kombinacie Przemysłowym Huta Stalowa Wola, wspomina: –Do nas na przełomie 1981 i 1982 roku dotarła decyzja o uruchomieniu produkcji Goździka w postaci uchwały Rady Ministrów z 16 grudnia 1981 r. To była pierwsza uchwała rządu po wprowadzeniu stanu wojennego. Do końca 1983 r. mieliśmy przekazać wojsku pierwszą partię próbną ośmiu haubic wyprodukowanych od podstaw w HSW. Na przepracowanie dokumentacji licencyjnej, opracowanie dokumentacji technologicznej, zaprojektowanie i wykonanie setek pozycji oprzyrządowania i narzędzi, zorganizowanie zaopatrzenia w niezbędne materiały, surowce, maszyny i urządzenia, zbudowanie powiązań kooperacyjnych, zawarcie setek umów, wreszcie na wykonanie haubic, dostaliśmy dwa lata.

To było nieomal szaleństwo, nawet dla HSW, zdolnej do podejmowania największych wyzwań. HSW, funkcjonująca wówczas w formie prawno-organizacyjnej kombinatu przemysłowego, nie była nowicjuszem a dziedzinie produkcji dla wojska. Dziedziczyła tradycje Zakładów Południowych, które – jako najważniejszy człon Centralnego Okręgu Przemysłowego – zostały zbudowane od podstaw w czasie 26 miesięcy i 26 dni, stając się nowoczesnym ośrodkiem produkcji artyleryjskiej i metalurgicznej. ZP, których budowę zainicjowano w marcu 1937 r., uruchomiono w czerwcu 1939 r., na tygodnie dosłownie przed wybuchem II wojny światowej.

Po wojnie HSW, niezależnie od produkcji cywilnej, której koleje były rozmaite, powróciła do przedwojennej specjalizacji – produkcji artyleryjskiej, do której została stworzona. W seriach liczonych w tysiącach egzemplarzy produkowała armaty polowe, haubice, armaty przeciwlotnicze i przeciwpancerne, wyrzutnie pocisków rakietowych, armaty czołgowe, a także – pływające gąsienicowe pojazdy opancerzone. HSW miała też swój udział w produkcji pływających kołowych transporterów opancerzonych OT-64 SKOT. KP HSW, zatrudniający w okresie swojego szczytowego rozwoju ponad 24 700 pracowników, miał w swojej strukturze kilkanaście zakładów na terenie całego kraju, od Podkarpacia po Bydgoszcz, Koluszki i Radomsko. Wśród nich były te najważniejsze, takie jak Zakład Hutniczy, zabezpieczający cały kombinat pod względem materiałowym, i wykonujący masę produkcji na rzecz innych przedsiębiorstw, najnowocześniejszy w Europie Zakład Kuźnia Matrycowa, zaopatrujący w odkuwki cały polski sektor motoryzacyjny, i nie tylko, i Zakłady Mechaniczne, zajmujące się produkcją maszyn budowlanych (Zakład nr 1), skrzyń przekładniowych (Z-2) oraz tajemniczy Zakład Produkcji Niekatalogowej (Z-5), odpowiedzialny za produkcję wojskową.

Czytaj też

Uzupełniały tę strukturę własne biura konstrukcyjne i technologiczne, ośrodki badawcze i laboratoria techniczne, a także własne narzędziownia, zakład elektronicznej techniki obliczeniowej, nie mówiąc już o takich „drobiazgach" jak własne ambulatorium z siecią przychodni, zaplecze socjalne i rekreacyjne, własne szkoły, dom kultury, hotele pracownicze, gospodarstwo samochodowe z potężnym taborem ciężarówek i autobusów itp.

Przede wszystkim jednak HSW miała potencjał umożliwiający realizację wyśrubowanych zadań związanych z Goździkiem. I to potencjał dwojakiego rodzaju. Pierwszym było doświadczenie w produkcji artyleryjskiej oraz odpowiednie wyposażenie techniczne i kompetencje technologiczne, a także doświadczenie w produkcji gąsienicowych pojazdów opancerzonych trakcji lądowej i wodnej, takich jak produkowany tutaj od 1976 r. w masowej skali MT-LB, blisko pod względem konstrukcyjnym spokrewniony – jak podkreślaliśmy wcześniej – z Goździkiem. Drugim był faktycznie unikatowy w skali kraju potencjał produkcyjny.

Wytwarzany pod fabrycznym kryptonimem S70 transporter-ciągnik MT-LB wprowadził zakład do elitarnego grona producentów opancerzonych pojazdów pływających o napędzie gąsienicowym. MT-LB z HSW trafiły nawet do sił ONZ w Afryce. Fot. Jerzy Reszczyński/archiwum.

Potencjał ten został zbudowany poniekąd jako rykoszet decyzji politycznych, zapadających daleko powyżej Stalowej Woli. Jak już mieliśmy okazję pisać, na przełomie lat 60. i 70. HSW została wskazana na szczeblu Układu Warszawskiego jako miejsce licencyjnej produkcji nowoczesnego wówczas bojowego wozu piechoty BMP-1 (BWP-1). Dla potrzeb tej produkcji wybudowano nowoczesny zakład o specjalistycznej konfiguracji technicznej i technologicznej (m.in. linie do montażu potokowego, zatapialnia itp.) dostosowanej do seryjnej produkcji opancerzonych gąsienicowych pojazdów pływających. Kiedy już dokumentacja licencyjna była prawie w całości przetłumaczona na język polski, kiedy trwało przygotowania do produkcji, podjęto decyzję, że zamiast Polski wozy BMP-1 produkować będzie dla Układu Warszawskiego Czechosłowacja. To miał być taki "gest na otarcie" łez po stłumionej przez wojska Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 r. Praskiej Wiośnie. HSW została z nowocześnie wyposażonym zakładem, ale bez produktu, dla którego go zbudowano.

Czytaj też

Wtedy, korzystając ze sprzyjającej takim decyzjom koniunktury politycznej, przychylnej otwieraniu się polskiego przemysłu na powiązania z Zachodem, ówczesne kierownictwo Kombinatu postawiło na współpracę techniczną, a z czasem także licencyjną, technologiczną i biznesową, z zachodnimi potentatami branży maszyn budowlanych: Clarc, Coles, Jones, Stetter, Harvester. Rozpoczęto wielkoseryjną produkcję całych typoszeregów żurawi budowlanych, spycharek gąsienicowych, układaczy rur, ładowarek. W ten sposób udało się w stosunkowo krótkim czasie nie tylko wypełnić zamówieniami moce produkcyjne zakładu, który został wpisany do struktury organizacyjnej jako wydział M-16, ale też uzyskać – w skali niedostępnej wówczas dla większości polskich przedsiębiorstw – dostęp do zachodnich technologii, standardów kontroli jakości i organizacji produkcji itp. Przede wszystkim – uzyskano dostęp do twardej waluty, co pozwoliło inwestować w nowoczesny park maszynowy, technologie, narzędzia, osprzęt wspomagający produkcję i zarządzania zakładem. Jako jeden z pierwszych w Polsce zakładów HSW wdrożyła do codziennej praktyki zarządzania firmą skoncentrowane w specjalnie zorganizowanym zakładowym centrum informatycznym nowoczesne maszyny cyfrowe IBM, wspomagające procesy ekonomiczne, projektowanie wyrobów, gospodarkę materiałową, kadrową, płacową.

Kiedy zapadły decyzje, że Polsce zostanie zlecona produkcja dla potrzeb Układu Warszawskiego gąsienicowych transporterów pływających MT-LB, konieczne stało się wybudowanie od podstaw kolejnego zakładu, zaprojektowanego od podstaw dla tego rodzaju produkcji. Jego docelowe zdolności produkcyjne określono na, uwaga!, 1100 gąsienicowych pływających pojazdów opancerzonych rocznie. Około 100 miesięcznie! Zakład ten, Zakład nr 5, został wzniesiony w oddalonej od starszej części HSW obiektów produkcyjnych, co ułatwiało jego ochronę, odsuwało go od oczu ciekawskich. Wstęp tutaj umożliwiały specjalne przepustki, obowiązywały ostrzejsze niż w innych wydziałach rygory bezpieczeństwa i ograniczenia w przemieszczaniu się ludzi.

Zanim Z-5 został uruchomiony, MT-LB, który otrzymał kryptonim produkcyjny S-70, produkowano w wydziałach produkcyjnych starszej części firmy, przypisanych do produkcji wojskowej M-2, M-5 i M-9, oczywiście, posiłkując się współpracą z miejscowymi i zamiejscowymi kooperantami i podwykonawcami. Do 1979 r. w wydziale M-9 wykonanych zostało pierwszych 500 sztuk S-70.

Początek lat 90. – MT-LB na torze prób w Hucie Stalowa Wola
Fot. Jerzy Reszczyński

Przeprowadzka do Z-5 odbyła się na przełomie lat 1979/1980. W tym czasie, przypomnijmy, Polska już od ponad 3 lat była w posiadaniu dokumentacji licencyjnej na Goździka, i – tak uważają niektórzy – nic się w tej sprawie nie działo... O tym, czy tak faktycznie było – za chwilę...

Kadrę kierowniczą Z-5, najnowocześniejszego i najbardziej newralgicznego z uwagi na profil produkcji, zakładu Kombinatu, stworzono w sposób wręcz awangardowy jak na standardy ówczesnej polskiej gospodarki. Co ważne, najważniejsze – był on nieprawdopodobnie skuteczny. Najważniejsze stanowiska powierzano generacji trzydziestolatków, którzy po ukończeniu studiów zdążyli przejść starannie przygotowane ścieżki awansu zawodowego. Sprawdzali się na stanowiskach mistrzów, kierowników sekcji, awansowali na stanowiska kierowników oddziałów, stąd – na kierowników wydziałów, na samodzielne stanowiska kierownicze w pionie konstrukcyjnym, ekonomicznym, technologicznym, w zakładzie badawczym, kooperacji, komórkach odpowiedzialnych za handel zagraniczny. Awansując nabierali doświadczenia, oswajali się z zaletami samodzielności, odpowiedzialności za decyzje, uczyli się sztuki podejmowania ryzyka. Spośród nich rekrutowano kadrę dyrektorską.

Stanisław Wójcik, obejmując funkcję dyrektora będącego w fazie rozruchu Zakładu nr 5 miał 33 lata, jego szef techniczny Jan Jurecki – 34, główny technolog Czesław Słowik – ledwo przekroczył trzydziestkę, najstarszy w gronie kadry Henryk Madej nie przekroczył czterdziestki. Kierownikami wydziałów i oddziałów byli ludzie w podobnym wieku lub młodsi. Byli to mniej więcej rówieśnicy PRL, w większości absolwenci najlepszych polskich uczelni, bardzo często takich kierunków jak nowatorskie w latach 60. i 70. w socjalistycznej gospodarce zarządzanie produkcją, gdzie łączono gruntowne wykształcenie inżynierskie z ekonomicznym. To się rewelacyjnie sprawdzało w przypadku HSW, która dzięki współpracy z zachodnimi firmami nie tylko ugruntowywała zachodnie standardy zarządzania przemysłem, jakością, finansami, ale też sprawnie adaptowała je do realiów polskiej, centralnie zarządzanej, gospodarki.

Czytaj też

Nie brakowało wynikających z ideologicznych powodów starć z „opiekunami" z ramienia rządzącej PZPR, ale Huta broniła się przede wszystkim swoimi wynikami, w tym – pożądanym przez państwo dolarowym eksportem oraz zapewnianiem gospodarce narodowej dostaw wysokiej jakości maszyn i sprzętu budowlanego, bez których Gierkowskiej „drugiej Polski" nie sposób było zbudować. Do tego HSW liczyła się już nie tylko w kraju, ale w Układzie Warszawskim i RWPG jako producent uzbrojenia. Z takimi graczami nawet upolityczniona do bólu władza ludowa musiała obchodzić się w rękawiczkach, nie dało się stosować wobec kadr HSW metod prymitywnego ręcznego sterowania przy pomocy sierpa i młota przez tępych i niekompetentnych doktrynerów.

Jak wspomina Stanisław Wójcik, pierwszy dyrektor Z-5, czyli człowiek odpowiadający w tym czasie za produkcję wojskową HSW, po otrzymaniu nominacji na dyrektora pionu produkcji wojskowej miał wolną rękę w doborze kadry zarządczej. Współpracowników, których sobie dobierał, musieli akceptować najbliżsi podwładni, oceniali nie nazwisko czy przynależność polityczną lub jej brak albo koneksje towarzyskie, ale kompetencje i przydatność. Choć brzmi to nieomal niewiarygodnie, ale w zdominowanej przecież przez system nomenklaturowo-partyjny rzeczywistości PRL nikt z tzw. „góry" się w tę część organizacji pracy „Zetu" nie wcinał, niczego i nikogo nie narzucał.Efekt? Na osiągnięcie przez nowy Z-5 pełnej zdolności produkcyjnej zaplanowano 18 miesięcy. Osiągnięto ją po trzech.

Jak przebiegał proces produkcji haubic Goździk, jak budowano łańcuchy dostaw i uniezależniano się od ZSRR? O tym przeczytamy w drugiej części artykułu.

Komentarze (13)

  1. PawelOz

    Naprawdę przyjemnie się czyta. Aż szkoda, że dzisiejszy PZPiS podejmuje decyzje godne swoich poprzedników, Tamci nie zdołali zniszczyć, ale ci zdołają.

    1. rED

      Masz na myśli PZPO/UW/UD?

  2. były porucznik zmechu

    Gratulacje za wyjątkowo rzetelne opracowanie. Każde zdanie oddaje panujące warunki, mechanizmy, a także stosunkowo prostą receptę osiągnięcia sukcesu /nie tylko tej produkcji/..

  3. taraminer

    w latach 80 pracowałem w hsw na z 5 poczatkowo na lini produkcyjnej potem w kontroli technicznej . pamietam sytuacje kiedy z radziecki odbiorca wojskowy , po kopnieciu naga w ogumione koło nozne w mtlb stwierdzał ze guma jest za miekka i on tego transportu nie odbierze- dopiero po otrzymaniu "upominka"podpisywał odbiór...

  4. andys

    Rozumiem, ze kolejny artykuł bedzie mial tytuł "Jak polska zbrojeniówka starciła Kraba".

  5. Negatyw

    Doskonały artykuł.

    1. Piotr W

      Faktycznie. Ja z radością go przeczytałem i link wyslalem obu moim Synom. Po studiach rezerwa 1998 byłem w WSO im Bema w Toruniu szkolony na dow plutonu 2S1.. Moim zdaniem to doskonały artykuł opisujący całościowo tematykę. No a Goździki miały swój urok.:)

  6. Piotr W

    Dobry artykuł z mojego punktu widzenia st. kpr. podch rezerwy po WSO Bema w Toruniu. Byłem po skończeniu prawa na UW szkolony na dowódcę plutonu 2S1, rezerwa 1998.. Ciesze się z powstania tak kompleksowego i wyczerpującego omówienia tematu 2S1. Nareszcie zamiast biadolenia o naszej polskiej ilości wad i błędów czytam o polskiej zaradności, która jest nasza narodową cechą. Gdyby nie ona nasi przodkowie dalibysię wynarodowić w wyniku metodycznego zwalczania polskiego kościoła katolickiego i języka w XIX w. Prusach oraz Rosji, też w Cesarstwie Austryjackim (burzenie polskich kościołów np. w Przemyślu lub ich przekazywanie Ukraińcom). Przetrwaliśmy tylko dzięki zaradności naszych przodków. I po prostu miło się czyta tak rzetelny tekst bez politycznego pitu pitu:)

  7. Andrzej G

    122mm shb 2S1 zakupione zostało w ZSRR w liczbie 12 szt. Wiecej ich nie kupiono. Faktycznie pokazano je po raz pierwszy na defiladzie w 1974r. Przyjeto je na ewidencje w WP dopiero w 1977r. co może świadczyc że przez pierwsze 3-4 lata sprzęt ten stanowil własność przemysłu. Zgodnie z księgami ewidencyjnymi MON w latach 1977-1984 w WP było cały czas 12 egz. ww sprzetu, z tego 6 w ŚOW początkowo w 11 pz Krosno Odrzańskie a później w 17 pz Miedzyrzecz, (obydwa pułki w 4 DZ ), 2 egz. w POW (WSOWRiA) oraz 4 kpl w WOW (pcz Wesoła). Dostawy produkcyjne z HSW rozpoczęto w 1984r. Wtedy to od 1984r. w ksiągach ewidencyjnych nastapił szybki ich przyrost. Do momentu uruchomienia produkcji w HSW, zakupione w ZSRR Goxdziki brały udział w wielu ćwiczeniach w tym uzytkowane były przez załogi róznych jednostek artyleryjskich co we wspomnieniach byłych zołnierzy może powodowac niejasności w zakresie ile było tych importowanych goździków i w jakich jednostkach.

  8. Szyszka

    6 ? Goździków do początku 1984 były na wyposażeniu 11 pułku, 4 dywizji. Z początkiem 84 roku, zostały przeniesione ( już nie pamiętam gdzie) do nowej jednostki.

    1. Romankar

      Byłem na praktyce w 1974 roku w baterii haubic 11 pułku i wtedy następowało przezbrajanie na Goździki

  9. BRC

    W 1986 roku gdy zostałem szefem Biur Konstrukcyjnych KP HSW miałem 31 lat i byłem bezpartyjny.

  10. Patrzący inaczej

    Naprawdę świetny artykuł. Graty.

  11. baltazar

    Na początku lat 90 tych kończyłem szkole przy hsw,jeszcze wtedy produkcja szła ,mieliśmy przepustki na hutę,mogliśmy swobodnie po całej hucie się poruszać ,poza wydziałami zbrojeniowymi oczywiście,potężny zakład z wewnętrzną komunikacja samochodowa,niestety komunistyczna kadra nie potrafiła zarządzać takim molochem w nowym ustroju,i szlak to wszystko trafił,ale teraz powstaje jak Feniks z popiołów 😆😆

  12. farfozel

    Zakład Produkcji Niekatalogowej (Z-5), cóż to takiego ? może ktos wyjaśnić ?

  13. SpalicKreml

    Dzięki za ciekawy artykuł. Dziś ludzie pamiętający tamte wydarzenia jeszcze żyją, z czasem coraz trudniej będzie dotrzeć do informacji "poza archiwalnych".