Geopolityka

Protesty w Iranie – skąd się wzięły i dokąd zmierzają? [ANALIZA]

Do poprzedniej tak dużej fali protestów antyrządowych doszło po wyborach prezydenckich w czerwcu 2009, fot. shahram sharif, Wikipedia, CC BY 2.0

Obecne wydarzenia w Iranie zdają się być na pierwszy rzut oka podobne do tych z 2009 roku, kiedy to miliony Irańczyków wyszło na ulice protestować przeciwko fałszerstwom w wyborach prezydenckich. W rzeczywistości jednak różnic pomiędzy zamieszkami sprzed niemal dekady a obecnymi protestami jest wiele. Czy mamy więc do czynienia z „perską wiosną”, czy też jedynie z przypadkowymi niepokojami, które szybko wygasną? 

Jak zawsze w takich sytuacjach, irańskie media – albo bezpośrednio kontrolowane przez władze, albo pozostające pod ich wpływem – stwierdziły, że protesty są nieliczne i mają charakter chuligański – podaje się liczbę zniszczonych sklepów oraz witryn sklepowych, pomijając wymiar polityczny. Tradycyjnie o inspirację i kierowanie tymi zdarzeniami oskarżono Arabię Saudyjską oraz “amerykańsko-syjonistyczną” oś, wspieraną przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Co ciekawe, jak stwierdził w wywiadzie dla libańskiej telewizji Ali Szamchani, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu, prezydent Donald Trump chciał spotkać się z prezydentem Iranu Hasanem Rouhanim, ale ta prośba miała zostać ponoć odrzucona. Jak stwierdził, 27-29% (sic!) uczestników zamieszek w Iranie do Saudyjczycy. Innymi słowy, w Iranie nie dzieje się nic takiego, co wymagałoby specjalnej uwagi. Czy aby na pewno?

Przebieg wydarzeń

Jeżeli ktoś faktycznie zainspirował wydarzenia publicystycznie i szumnie nazwane „perską wiosną” to nie byli to ludzie z Rijadu, Waszyngtonu czy Jerozolimy, lecz ... Teheranu. Z dostępnych informacji wynika, że pierwsze protesty zostały zainicjowane przez kręgi konserwatywne, obecnie będące w opozycji, które w ten sposób chciały osłabić reformatorski obóz prezydenta Hasana Rouhaniego, gorącego zwolennika otwarcia Republiki Islamskiej na świat (sztandarowym elementem tej koncepcji jest umowa jądrowa ze światowymi mocarstwami i Unią Europejską, zajadle krytykowana przez konserwatystów). Miejscem pierwszych protestów był Meszhed w północno-wschodnim Iranie (przy granicy z Afganistanem), w którym bardzo silne wpływy ma Ibrahim Raisi – skrajnie konserwatywny duchowny i kontrkandydat Rouhaniego w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich, który obecnie należy do jednego z największych krytyków prezydenta. Meszhed to także bastion jego teścia - Ahmad Alamolhoda to również szyicki duchowny (prowadzi piątkowe modlitwy w meczecie), który w przeszłości organizował marsze poparcia dla najwyższego przywódcy.

Stąd też na pierwszych protestach dominowały „bezpieczne” hasła ekonomiczne, krążące wokół krytyki działań rządu, w tym fiaska reform, a przede wszystkim rosnących kosztów życia, co wynika z polityki rządu (zapowiedziano bowiem wzrost podatków i cen produktów spożywczych). Czasem skandowano również „śmierć Rouhaniemu”. W żaden sposób hasła te nie uderzały w istotę systemu politycznego. Zdaje się jednak, że protesty szybko wymknęły się spod kontroli i już spontanicznie objęły znaczną część kraju. Z czasem pojawiły się antysystemowe hasła polityczne, w tym te o największym ciężarze gatunkowym, za które grozi więzienie lub nawet kara śmierci – „precz z dyktatorem” (najwyższym przywódcą Iranu, a więc de facto królem) i „śmierć Republice Islamskiej”. Niektórzy wzywają do wycofania wojsk z Syrii i przeznaczenie funduszy na wsparcie rodaków w kraju (operacja w Syrii jest kontrowersyjna nawet wśród niektórych żołnierzy Korpusu Strażników Rewolucji, z których część wyrażała publicznie niezadowolenie z konieczności wyjazdu do tego kraju – swego czasu informowała o tym oficjalna prasa irańska). Wśród haseł pojawiło się także niespotykane w Iranie od lat chwalenie szacha – „Rezo Szahu, niech Bóg błogosławi Twoją duszę”.

W różnych częściach kraju dochodziło do ataków na posterunki policyjne oraz na interweniujące jednostki porządkowe, w tym na basidżów – irańskie ORMO podległe pod Korpus Strażników Rewolucji. To spora różnica w porównaniu z zamieszkami w 2009 roku, kiedy to Irańczycy tłumnie wyszli na ulice, protestując przeciwko fałszerstwom wyborczym (w ich wyniku na drugą kadencję prezydencką pozostał Mahmud Ahmadineżad, w 2013 roku zmieniony przez umiarkowanego konserwatystę-reformatora Hasana Rouhaniego). Wówczas centrum protestów był stołeczny Teheran, podczas gdy obecnie źródłem zapalnym jest prowincja – biedna, gospodarczo upośledzona, zaniedbana. To coś nowego, bo na ogół protesty w Iranie zaczynają się w Teheranie, a dopiero później przenoszą na prowincje – szczególnie te zdominowane przez nieperskie mniejszości etniczne.  

Mając na uwadze hasła gospodarcze nie może więc dziwić, że do szczególnie gwałtownych starć doszło na „ścianie wschodniej”, to jest w słabo rozwiniętej części wschodniej kraju, przy granicy z Afganistanem. To także Qom, które jest bastionem duchownych i konserwatystów. W Teheranie zdają się obecnie protestować głównie mieszkańcy południowej części miasta, a więc ci biedniejsi, głosujący na konserwatystów, w tym swego czasu na Mahmuda Ahmadineżada. W 2009 roku jądrem protestów byli ludzie świadomi politycznie, klasa średnia i studenci, podczas gdy obecnie impuls wyszedł od biedoty, w coraz mniejszym stopniu zdolnej utrzymać się w kraju, w którym szybko rosną koszty życia. Dopiero w późniejszej fazie do obecnych protestów dołączyły inne grupy, w tym studenci. Być może właśnie tym faktem należy tłumaczyć bardziej stanowcze stawianie czoła siłom pacyfikacyjnym niż w 2009 roku.

Analizując sytuację w Iranie nie można zapomnieć o czynniku wojskowym. Iran ma dwie formacje wojskowe – armię konwencjonalną, Artesz, podległą ministrowi obrony i prezydentowi. Druga formacja to Sepah, a więc Korpus Strażników Rewolucji, który podlega bezpośrednio najwyższemu przywódcy. Sepah ma za zadanie między innymi ochronę reżimu, co wynika z nieufności ajatollahów wobec Arteszu (co po części jest efektem doświadczeń z 1979 roku, kiedy to wojsko nie ocaliło szacha). Ze strzępów informacji wynika, że część oddziałów wojskowych Artesz jest gotowe poprzeć protestujących jeśli ci będą na tyle silni, by obalić najwyższego przywódcę, a także jeśli Korpus Strażników Rewolucji zacznie krwawo tłumić protesty. Ponoć nawet niektóre jednostki Sepah nie chcą brać udziału w pacyfikacjach. Nie można jednak zweryfikować tych doniesień, choć jednocześnie wydaje się prawdopodobne, że Korpus Strażników Rewolucji będzie chciał rozegrać wydarzenia na swoją korzyść – jeśli pojawi się okazja, Sepah może próbować albo doprowadzić do usunięcia prezydenta Hasana Rouhaniego, albo też nawet najwyższego przywódcy, by wyprzedzić tym samym– walkę o władzę po jego nieuchronnej śmierci. Napięcia na linii Artesz-Sepah są oczywiste od wielu lat. W ostatnim czasie nabrały na sile, co znajduje potwierdzenie w irańskiej prasie, która od co najmniej roku ciągle pisze na temat jedności pomiędzy „bratnimi formacjami”. Być może właśnie partykularnymi interesami Korpusu Strażników Rewolucji i podległym im basidżów należy tłumaczyć brak zdecydowanej reakcji sił bezpieczeństwa. Być może istnieje obawa, że Artesz nie będzie biernie przyglądał się mordowaniu rodaków. Tak czy inaczej skala pacyfikacji jest póki co dużo mniejsza niż w 2009 roku. Dane mówią o około dwudziestu zabitych protestujących, ośmiu zabitych funkcjonariuszy reżimu oraz czterystu osobach rannych. Zapewne jednak w rzeczywistości ofiar jest więcej.

Co dalej?

Władze Iranu zablokowały część mediów społecznościowych, w tym częściowo także bardzo popularną w tym kraju aplikację do komunikacji internetowej Telegram (blokada została już jednak zniesiona). Dochodzi do zakłócania telewizji satelitarnej, w tym takich stacji jak BBC, Euronews, Russia Today czy BBC Persian. W miejscach podwyższonego ryzyka zakłóca się sygnał sieci komórkowych, by uniemożliwić protestującym łączność. Siły porządkowe rozbiły część manifestacji, a także mobilizują dodatkowe jednostki basidżów. W co najmniej kilku miejscach użyto ostrej amunicji przeciwko nieuzbrojonym demonstrantom. Niektórzy z nich w mediach społecznościowych publikują fotografie i filmy, na których zapowiadają rychłe rozprawienie się z „zachodnimi wichrzycielami”. Władze pospiesznie organizują wiece poparcia dla Republiki Islamskiej. W miejscach szczególnie zagrożonych, w tym w Teheranie, rozmieszczono duże grupy policji i oddziałów pomocniczych. Zgodnie z irańską doktryną zwalczania manifestacji, służby bezpieczeństwa zostają dyslokowane nie w momencie pojawienia się demonstrantów lecz przed ich przybyciem (służby monitorują Internet i połączenia telefoniczne znanych opozycjonistów, by ustalić miejsce planowanych zgromadzeń i zadziałać prewencyjnie). Według doniesień liczba protestujących jednak nie spada, lecz rośnie. W mniejszych miejscowościach większość sklepów pozostaje zamknięta.

Jak zawsze w takich sytuacjach trudno jest wyrokować – wydarzenia mają dynamiczny charakter, brakuje pewnych informacji. Można jednak próbować nakreślić dwa możliwe scenariusze. Pierwszy z nich opiera się na założeniu, że władzy uda się spacyfikować protesty – czyniono tak wszak wielokrotnie, w tym także w 2009 roku. Oznacza to, że do ofiar zamieszek – zabitych przez siły porządkowe – doliczyć trzeba będzie dziesiątki lub setki zatrzymanych, którzy zaginą w więzieniach – tak było właśnie w 2009 roku, kiedy część z aresztowanych nie odliczyła się po dziś dzień. Musa Ghazanfarabadi, prezes teherańskiego sądu rewolucyjnego, ostrzegł, że zatrzymani spotkają się z surową karą – jeżeli zostaną skazani za działania wywrotowe, wymierzone w Republikę Islamską, a także jeśli połączy się to z „dowodami” w sprawie ich współpracy z obcymi agencjami wywiadowczymi, to niektórych może spotkać nawet i kara śmierci. Ghazanfarabadi już zapowiedział, że niektórzy zostaną oskarżeni o wystąpienie przeciwko Bogu, co karane jest w Iranie śmiercią.

Wiele osób z Iranu wyjedzie, rozczarowana sytuacją, co jeszcze bardziej pogłębi kryzys w kraju (z Iranu faktycznie często wyjeżdżają młodzi i wykształceni, na ogół studenci – władza im tego nie utrudnia, bo im więcej sfrustrowanych i politycznie świadomych obywateli poza krajem tylko dla władzy lepiej). Ci, którzy zostaną, będą poddani represjom. Dojdzie także do dalszej sekurytyzacji Iranu, a więc wzmocnienia kontrolowanych przez antyzachodnich, radykalnych twardogłowych resortów siłowych, które w jeszcze większym stopniu będą monitorować działanie uniwersytetów, mediów czy związków zawodowych. Władze irańskie obawiają się bowiem nie tylko kolejnych protestów, ale także próby wykorzystanie niepokojów przez państwa Iranowi wrogie – Stany Zjednoczone, a przede wszystkim Arabię Saudyjską i Izrael. Innymi słowy, Iran zamknie się jeszcze bardziej, a życie w tym kraju stanie się jeszcze bardziej nieznośne. Służby bezpieczeństwa otrzymają dodatkowe fundusze kosztem rozwoju gospodarczego kraju.

A jeśli demonstranci wygrają? Małe na to szanse, bo jest ich względnie niewiele – mniej niż gromadzą copiątkowe modliwy w irańskich meczetach. Nie mają lidera, nie mają spójnego programu. Małe są szanse, że Republika Islamska w najbliższym czasie upadnie – państwo jest w represjach doświadczone, a także zdeterminowane w zachowaniu swojego istnienia. Gdyby jednak tak się stało, że najwyższy przywódca abdykuje lub zostaje obalony, a Korpus Strażników Rewolucji traci zdolność do działania (co jednak trudno sobie wyobrazić) to Iran nie przemieni się w otwartą, przyjazną i świecką republikę, lecz raczej pogrąży się w chaosie lub nawet w wojnie domowej – kryzys będą chciały bowiem wykorzystać nie tylko liczne w Iranie grupy etniczne, ale także zewnętrzni wrogowie, którzy zrobią wszystko, by osłabić Iran – niezależnie, czy ten będzie Republiką Islamską, monarchią czy demokracją parlamentarną.

Jeśli jesteś przedstawicielem wybranych instytucji zajmujących się bezpieczeństwem Państwa przysługuje Ci 100% zniżki!
Aby uzyskać zniżkę załóż darmowe konto w serwisie Defence24.pl używając służbowego adresu e-mail. Po jego potwierdzeniu, jeśli przysługuje Tobie zniżka, uzyskasz dostęp do wszystkich treści na platformie bezpłatnie.