Reklama
Reklama
  • ANALIZA
  • WIADOMOŚCI
  • KOMENTARZ

Szczyt w Ankarze to nie przełom, ale utrzymano jedność

Szczyt NATO w Ankarze 2026
Szczyt NATO w Ankarze 2026
Autor. @SecGenNATO / X.com

Wiele słów padło przed wydarzeniem w Turcji. W końcu wielki powrót po ponad dwóch dekadach do jednego z kluczowych członków NATO. Oczekiwano tylko dwóch scenariuszy: albo Sojusz się załamie, albo będzie silny jak nigdy, z dodatkowym wsparciem od Ukrainy, Indo-Pacyfiku i Bliskiego Wschodu. Nic bardziej mylnego. NATO nie poszło w żadną ze stron, ale utrzymało kluczową jedność w obliczu wojny na Ukrainie, konfliktu z Iranem i wielu pęknięć wewnętrznych, choćby w kontekście Grenlandii, wydatków na obronność czy relacji z Rosją.

Szczyt w Ankarze miał wiele pozytywów. Przede wszystkim odbyło się Forum Przemysłów Zbrojeniowych, co otworzyło drogę dla kilkuset firm z całego świata, aby zaangażować się we współpracę militarną między sojusznikami. Współprodukcja, nowe technologie i koncepcje wielonarodowych formatów – to wszystko mocno wybrzmiało w pierwszym dniu wydarzenia. Takich inicjatyw trzeba jak najwięcej. Promowanie uzbrojenia i poszukiwanie partnerów, którzy mogą się zaangażować, to recepta na wzmacnianie NATO.

Reklama

Równie ważne były rozmowy bilateralne, które otworzyły drzwi do wielu owocnych porozumień. Tutaj trzeba podkreślić, że uczestniczyli w nich nie tylko członkowie Sojuszu, ale także Ukraina, kraje z regionu Indo-Pacyfiku oraz Bliskiego Wschodu. Szczyt NATO nigdy nie był aż tak globalny jak teraz. Jest to o tyle ważne, że otwiera drogę do kooperacji z kolejnymi partnerami w następnych latach. W tym kontekście, oprócz wymienionych wcześniej podmiotów, warto wziąć pod uwagę Amerykę Południową i Afrykę. Koncepcja bezpieczeństwa Sojuszu ma wymiar światowy, zatem należy rozmawiać w skali światowej.

Żaden z przywódców nie zdominował szczytu. Choć szukano od początku w osobach Trumpa lub Erdogana naturalnych dominatorów wydarzenia, to jednak nie przejęli oni w pełni inicjatywy. W zasadzie szczyt miał dość ogólny charakter – biorąc pod uwagę wojnę na Ukrainie i konflikt na Bliskim Wschodzie – gdzie podkreślono najważniejsze elementy, które wybrzmiewały między sojusznikami przez cały ostatni rok. Oczekiwania są niezmienne: więcej pieniędzy na obronność (magiczne 5%, choć dla wielu 3,5% do 2035 roku będzie wyzwaniem), przyśpieszenie produkcji uzbrojenia oraz budowanie strategicznej odpowiedzialności w swoich regionach obecności; w przypadku Europy, odpowiedzialność za Stary Kontynent.

Kto zyskał?

Mimo braku jednego dominującego lidera, można wskazać największych politycznych beneficjentów szczytu. Najwięcej ugrała Turcja, która pokazała własną wizję bezpieczeństwa, zaprezentowała potencjał przemysłu zbrojeniowego i potwierdziła, że bez Ankary trudno dziś prowadzić poważną rozmowę o NATO. Stany Zjednoczone pozostały w centrum uwagi, bo wszyscy sojusznicy patrzyli na decyzje Waszyngtonu i próbowali odczytać, jak daleko Amerykanie będą gotowi podtrzymywać swoje zaangażowanie w Europie. Ukraina utrzymała miejsce na agendzie i uzyskała polityczne wsparcie w rywalizacji z Rosją. Na plus wypadła również Polska, która konsekwentnie podnosiła kwestie wschodniej flanki, pomocy Ukrainie i zwiększania zdolności obronnych Sojuszu.

I tutaj właśnie pojawia się problem z Europą. Żaden z liderów europejskich nie przejął inicjatywy. Kanclerz Merz i prezydent Macron przyjęli bardzo ogólną i standardową postawę (pomoc Ukrainie, potrzeba jedności Europy, dozbrajanie), ale nie próbowali aż nadto się angażować i wejść w zdecydowany kontakt z Trumpem lub Erdoganem. To jak mają rywalizować z Putinem lub Xi? Zabrakło reakcji od Meloni (w zasadzie zniknęła), Hiszpania i Portugalia poza burtą, a Bałkany bez zbytniej aktywności. Mocno pozycjonowała się Szwecja, ale dużo mniej Finlandia. Kraje Europy Centralnej ugrały swoje, ale nie weszły na wyższy poziom, żeby zdominować szczyt po stronie europejskiej. Europa chce się prezentować jako monolit, ale monolitem nie jest. Nie ma też lidera, który porwie tłumy.

Szczyt się odbył, przyjechali na niego wszyscy przywódcy oraz potwierdzono, że jest gotowość do współpracy na rzecz bezpieczeństwa. To najważniejsze przesłanie. W czasach kryzysów i wielu napięć między członkami NATO to właśnie takie spotkania budują zaufanie i pozwalają rozwiązywać spory. Przecież kwestie dalszej pomocy Ukrainie, wysyłanie wojsk na Grenlandię, wsparcie Amerykanów w Cieśninie Ormuz czy groźby dla Tajwanu wciąż pozostają na agendzie. Spotkanie w Ankarze nie rozwiązało w cudowny sposób wszystkich problemów. Niemniej, stanowiło wyraz jedności Sojuszu.

NATO musi być elastyczne

Współcześnie nie chodzi już o to, aby każdy zgadzał się z każdym. Dominują interesy narodowe i własne pobudki wybranych polityków. Żeby rywalizować z Rosją i Chinami, a także utrzymać kluczową współpracę wewnętrzną, trzeba akceptować ruchy, jakie wykonują Turcja, USA czy Francja. Współczesne NATO musi być elastyczne. Ponadto wychodzi z propozycją współpracy m.in. z Japonią, Koreą Południową, Australią, Ukrainą, Katarem i Arabią Saudyjską, więc wyzwania będą tylko rosnąć.

W Turcji spotkali się sojusznicy. Zademonstrowali, że są gotowi rozmawiać i mają koncepcje na współpracę. Choć może się wydawać, że to niewiele, to czasami wystarczy utrzymać status quo. Nie każdy szczyt musi być przełomem. Czasami brak tego przełomu jest lekcją, z której można wyciągnąć cenne wnioski. Kraje NATO miały szansę zobaczyć z bliska, komu naprawdę zależy na jedności i porozumieniu. I to jest punkt wyjścia na kolejny rok.

Zobaczymy, ile z obietnic uda się zrealizować do następnego szczytu. Zgodnie z planem odbędzie się on za rok w Albanii.

Reklama
Reklama

Polecane

czytaj więcej

Wojna na Ukrainie

Mogą Cię zainteresować