• WAŻNE
  • WIADOMOŚCI
  • WYWIADY

Droga Polski do bomby atomowej. „5–10 lat do głowicy” [WYWIAD]

5-10 lat do pierwszej głowicy, dziesiątki miliardów złotych na infrastrukturę i ryzyko rosyjskiego uderzenia wyprzedzającego. Dr Aleksander Olech rozmawia z Arturem Kacprzykiem (Polski Instytut Spraw Międzynarodowy; PISM) o technicznych i politycznych realiach polskiego programu nuklearnego.

Polska broń atomowa? Wschód NATO potrzebuje bomby [Skaner Defence24]
Autor. Marcin Ordon / Defence24

Czy Polska ma szansę pozyskać broń nuklearną, parasol nuklearny, czy może będzie patrzeć na Szwecję, budującą własny potencjał? Zapraszam do lektury.

Aleksander Olech (AO): Przypuśćmy, że polskie władze podejmują decyzję o pozyskaniu własnej broni jądrowej. Jakie ograniczenia prawne i międzynarodowe w praktyce by nas obowiązywały?

Próba opracowania broni jądrowej przez Polskę byłaby bardzo ryzykowna. Musielibyśmy albo wyjść z traktatu o nieproliferacji (czy inaczej nierozprzestrzenianiu) broni jądrowej (NPT) z 1968 r., albo go złamać, co najprawdopodobniej zostałoby wykryte, zwłaszcza że na podstawie NPT Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej monitoruje cywilne programy jądrowe, m.in. przez inspekcje. W ramach NPT broń jądrową posiadać może jedynie 5 państw: USA, ZSRR/Rosja, Francja, Chiny i Wielka Brytania. Mają natomiast ułatwiać pozostałym pokojowe wykorzystanie energii atomowej.

Ujawnienie prac nad polską bronią jądrową zwiększałoby niebezpieczeństwo, że Rosja nas zaatakuje, bo chciałaby taki program udaremnić. Bylibyśmy narażeni, tym bardziej że jednocześnie znaleźlibyśmy się pod presją USA i przynajmniej części pozostałych sojuszników, żeby zatrzymać te prace. Obawialiby się wciągnięcia ich w konflikt z Rosją, a poza tym poparcie dla układu NPT jest elementem polityki NATO i UE. Mogliby grozić wycofaniem wojsk z Polski lub w ogóle odejściem od zobowiązań sojuszniczych. Groziłyby nam także sankcje. Nie sądzę, że aż tak dotkliwe, jak te nałożone na Koreę Północną, bo jesteśmy nieporównywalnie mocniej włączeni w gospodarkę światową, zwłaszcza europejską. Ale potencjalne konsekwencje wciąż byłyby istotne. Np. USA mogłyby zawiesić sprzedaż uzbrojenia i wsparcie w jego serwisowaniu lub udział w budowie pierwszej elektrowni atomowej w Polsce.

W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii i Francji nie mielibyśmy więc luksusu opracowania broni nuklearnej pod ochroną USA. Amerykanie tolerowali nuklearyzację tych państw, ale później aktywnie zniechęcali do tego Niemcy Zachodnie i Koreę Południową. Nie tylko dlatego, że zakładali, że im więcej państw będzie miało broń nuklearną, tym większe ryzyko jej użycia. Alergiczna reakcja ZSRR na zainteresowanie przywódców RFN zdobyciem broni jądrowej była dla Amerykanów sygnałem, że proliferujący sojusznik może wciągnąć ich w wojnę. Amerykański „parasol nuklearny” i wysunięta obecność wojsk mają pomagać w przeciwdziałaniu proliferacji – wzmacniając bezpieczeństwo sojuszników, ale także stanowiąc kartę przetargową w relacjach z nimi.

Oczywiście sytuacja Polski i innych członków NATO zmieniłaby się fundamentalnie, gdyby USA „zwinęły” ten parasol. Wtedy ryzyko agresji Rosji i tak przecież wzrosłoby drastycznie, a więc i bardziej opłacalna byłaby próba pozyskania własnej broni nuklearnej. Zresztą łatwiej byłoby to zrobić równolegle z innymi, a najlepiej we współpracy. Im więcej państw i instalacji jądrowych Rosja musiałaby zaatakować, tym trudniej dla niej. Z kolei wspólne prowadzenie i finansowanie takiego programu mogłoby go znacznie przyspieszyć.

Reklama

AO: Czy Polska – biorąc pod uwagę stan wiedzy, doświadczenie, potencjał gospodarczy oraz kapitał ludzki – dysponuje realnymi zdolnościami do opracowania własnej broni jądrowej?

AK: Polska nie ma teraz takich zdolności. Ma potencjał do tego, by je rozwinąć, choć byłoby to trudne, czasochłonne i pociągałoby za sobą istotne koszty.

Broń jądrową udało się zdobyć państwom od Polski mniejszym lub słabiej rozwiniętym gospodarczo, ale trzeba od razu zaznaczyć, że borykalibyśmy się z innymi trudnościami niż one. Obecnie nie możemy liczyć na podobną pomoc czy pobłażliwość. Korea Północna korzystała z ochrony i pomocy Chin, co pomagało w odstraszaniu interwencji USA i łagodzeniu skutków sankcji. Również Chiny przekazały istotne komponenty i technologie Pakistanowi, a Izraelowi na początku mocno pomogła Francja. USA podtrzymywały pomoc gospodarczą i wojskową dla Pakistanu i Izraela, bo miały wówczas w relacjach z tymi krajami ważniejsze interesy niż nieproliferacja. Izrael był (i jest) istotny dla wpływów USA na Bliskim Wschodzie, a Pakistan dla zaopatrzenia Afgańczyków walczących z ZSRR. Ponadto ani Izrael ani Pakistan nie były i nie są formalnymi sojusznikami USA – Amerykanie nie byli zobowiązani do ich obrony, więc nie musieli obawiać się wciągnięcia w wojnę w związku z proliferacją. Zresztą żadnemu z tych państw nie zagrażał bezpośrednio przeciwnik zdolny do dokonania ataku nuklearnego na USA. Amerykanie nie naciskali też za mocno na RPA, bo była postrzegana jako partner przydatny w powstrzymywaniu komunizmu w Afryce.

Jeśli chodzi o koszty dla Polski, trudno o dokładne prognozy, nawet pomijając wpływ możliwej reakcji międzynarodowej. Prawdopodobnie musielibyśmy wydać dziesiątki miliardów złotych na opracowanie pierwszych ładunków nuklearnych. Szacunkowo i w przełożeniu na dzisiejsze ceny, USA kosztowało to ponad 100 mld zł, a Francję nieco mniej niż 100 mld zł. Ułatwieniem dla naszych badań byłoby to, że wiedza na ten temat jest współcześnie większa i bardziej powszechna. Niemniej wciąż konieczne byłyby inwestycje w odpowiednią infrastrukturę, materiały i personel. A dodatkowe środki byłyby potrzebne na budowę kolejnych głowic, systemów ich przenoszenia, a następnie utrzymanie oraz modernizację arsenału. Posiadająca ok. 300 głowic Francja wydaje teraz co roku na siły nuklearne 20-25 mld zł. W świetle wynoszących ok. 200 mld zł rocznie wydatków obronnych Polski nie mówimy więc o kwotach niewyobrażalnych, ale wciąż dużych, zwłaszcza że budżet ten już jest napięty. Jeszcze inna sprawa, że takie wydatki bardzo ciężko byłoby ukryć.

Jeszcze ciężej oszacować, ile z technicznego punktu widzenia czasu zająłby nam program nuklearny. Zaryzykuję ocenę, że Polska mogłaby wyprodukować pierwsze ładunki w ciągu 5-10 lat. Ale więcej czasu potrzebowalibyśmy na dopracowanie i rozbudowanie tego arsenału, tak by wiarygodnie móc zagrozić użyciem go przeciw Rosji. Prawdopodobnie co najmniej kilkunastu lat. W momencie wykrycia irańskiego programu nuklearnego w 2002 r. trwał on już 13 lat i Irańczycy najwyraźniej byli blisko skonstruowania prymitywnego ładunku do próbnej eksplozji. Ale wciąż pracowali nad wyprodukowaniem materiałów dla znacznie większej ilości głowic i zminiaturyzowaniu tych ładunków do montażu na pociskach, mimo że wcześniej uzyskali od Pakistanu pomoc w tych kwestiach. Z kolei Francja i RPA zbudowały pierwsze ładunki w ok. 10 lat od rozpoczęcia prac nad materiałem rozszczepialnym, aczkolwiek nie musiały się z nimi kryć. Dysponujące o wiele większymi środkami USA i ZSRR zbudowały pierwsze, choć bardzo duże rozmiarami, bomby w odpowiednio 3 i 4 lata.

Reklama

AO: Jakie przygotowania musiałby poczynić nasz kraj pod względem technicznym, infrastrukturalnym i wojskowym, aby w ogóle myśleć o budowie własnego arsenału nuklearnego?

AK: Jest szereg kroków, których wykonanie ułatwiłoby pozyskanie broni jądrowej. Zaczynając od gruntownego planowania – nie tylko procesu budowy głowic i pozyskania niezbędnych do tego materiałów, ale też struktury sił nuklearnych i strategii ich użycia.

Najtrudniejsze byłoby dla nas ustanowienie produkcji materiałów rozszczepialnych do wykorzystania w paliwie do cywilnych reaktorów. Posiadanie takiej infrastruktury dawałoby możliwość wykorzystania jej do budowy broni jądrowej w razie podjęcia takiej decyzji. Nie eliminowałoby to zagrożenia atakiem prewencyjnym, ale skracałoby okres tego podwyższonego zagrożenia. Chodzi albo o wzbogacanie uranu, albo odzyskiwanie plutonu z wypalonego paliwa z reaktorów. Pierwsze robią Niemcy, a Japonia zarówno odzyskuje, jak i wzbogaca. Czyni to od dawna te kraje tzw. państwami progowymi.

Jednak państwa są współcześnie znacznie ostrożniejsze w sprzedaży najbardziej wrażliwych technologii i materiałów nuklearnych, zwłaszcza że powszechnie dostępne są bezpieczniejsze rozwiązania. Np. Polska kupuje za granicą nisko wzbogacone paliwo nuklearne do reaktora badawczego w Świerku i ma kupować je do naszych przyszłych elektrowni. Takiego paliwa nie można bezpośrednio użyć do budowy głowicy nuklearnej, jak również mocno ograniczone są możliwości odzyskiwania z niego plutonu. Lepszym rozwiązaniem byłoby więc najprawdopodobniej wznowienie wydobycia uranu w Polsce (choć Sowieci wyeksploatowali najlepsze złoża) i jego wzbogacanie w kraju. Ale biorąc pod uwagę koszty wzbogacania (lub odzyskiwania) oraz planowane rozmiary naszego sektora energetyki nuklearnej prawdopodobnie ciężko byłoby uzasadnić to ekonomicznie. Można zaś argumentować, że produkcja materiałów do paliwa nuklearnego w kraju dawałaby większą stabilność jego dostaw, pomimo potencjalnych zakłóceń jak niedawne wyrzucenie francuskich firm z kopalń uranu w Nigrze. 

Cywilne uzasadnienie dla wzbogacania uranu (lub odzyskiwania plutonu) byłoby ważne, by nie wzbudzać podejrzeń o prace nad bronią nuklearną oraz presji międzynarodowej. I być może udałoby się pozyskać gotową i zaawansowaną technologię z zagranicy. No i nawet gdybyśmy opracowali ją sami, to prawdopodobnie przy produkcji paliwa i tak potrzebna byłaby jakaś współpraca z zagranicznymi producentami reaktorów. W każdym razie budowa odpowiedniej infrastruktury dla celów cywilnych może być uzasadniona dopiero wraz z rozwojem polskiej energetyki jądrowej – a pierwsze reaktory mają zacząć działać w połowie lat 30. Inną opcją jest potajemne prowadzenie badań laboratoryjnych nad pozyskaniem materiałów rozszczepialnych, co robiła Korea Południowa. Byłoby to cięższe do wykrycia i być może nie aż tak alarmujące dla innych państw, jak skryte lub nieuzasadnione cywilnie prace na skalę przemysłową. Eksperymenty mogą ułatwić zbudowanie większej infrastruktury w razie próby proliferacji, ale wciąż będzie to wymagało dodatkowego czasu.

Znacznie bardziej osiągalne, choć wcale niełatwe, będzie pozyskanie pocisków do potencjalnego przenoszenia głowic nuklearnych. Polska i tak planuje zakup pocisków o zasięgu 1-3 tys. km i z głowicami konwencjonalnymi, zdolnych do rażenia celów w głębi Rosji. Przy czym by móc zintegrować z takimi pociskami głowice nuklearne, musielibyśmy albo takie pociski produkować sami, albo przynajmniej we współpracy z partnerem wspierającym nasze nuklearne ambicje. Warto też podkreślić, że choć ewentualność uderzenia choćby jednej głowicy nuklearnej w Moskwę czy Petersburg może istotnie wzmocnić odstraszanie, to jego wysoka wiarygodność wymagałaby o wiele większych sił. Na tyle dużych, żeby Rosja nie mogła liczyć na zniszczenie ich wszystkich na ziemi lub w locie.

Głębokiego przemyślenia wymagałoby także wiele innych problematycznych kwestii. Np. zaprojektowanie odpornego na duży i szybki atak jądrowy systemu kontroli i dowodzenia nad siłami nuklearnymi, a także określenie miejsca, w którym Polska mogłaby dokonać próbnej eksplozji jądrowej.

Reklama

AO: Czy kraje nordyckie faktycznie mają (lub mogą rozwinąć) własne zdolności nuklearne? Jeśli tak – na jakim poziomie i w jakim horyzoncie czasowym?

AK: Szwecja mogłaby pozyskać broń nuklearną znacznie szybciej niż my, jednak nie tak szybko, jak czasem się komentuje. Szwedzi pracowali kiedyś nad nią, a w połowie lat 60. oceniano, że byli 2 lata, czy nawet pół roku, od zbudowania pierwszych ładunków. Nie zrobili tego z różnych powodów: od silnych nastrojów pacyfistycznych w społeczeństwie, przez duże koszty i preferencje wojska do inwestycji w siły konwencjonalne, po sygnały od Amerykanów, że wsparliby Szwecję w razie radzieckiego ataku, mimo że nie była członkiem NATO.

W każdym razie dziś Szwecja nie posiada już tej samej infrastruktury i zasobów, więc nie może po prostu wznowić programu nuklearnego od stanu sprzed 50-60 lat. Pluton wywieziono z kraju, a nowe elektrownie nuklearne słabo się nadają do jego produkcji. Szwedzi pewnie musieliby zacząć wzbogacać uran, którego wznowienie wydobycia akurat planują. Dużym ułatwieniem byłoby natomiast to, że dawniej przeprowadzili szereg badań nie tylko nad budową ładunku wybuchowego, ale i zmniejszeniem jego rozmiarów do użycia w pocisku. No i szwedzki przemysł ma spore kompetencje w produkcji pocisków manewrujących, zwłaszcza jako współproducent Taurusów.

Można więc spekulować, że Szwedzi byliby w stanie stworzyć pierwsze pociski nuklearne z głowicami jądrowymi w kilka lat. Zwłaszcza gdyby pozostałe państwa nordyckie wsparły taki program finansowo i zaangażowały swoich naukowców. Ponadto Norwegia i Finlandia też mają na swoim terytorium złoża uranu (z kolei Dania ma je wyłącznie na Grenlandii, gdzie trudno o ich eksploatację). Być może państwa nordyckie byłyby też otwarte na współpracę z innymi, w tym nami czy Ukrainą, która ma duży cywilny program jądrowy i rozwija coraz lepsze pociski.

Jednak obecnie wygląda na to, że odpowiedzią państw nordyckich na wątpliwości co do wiarygodności USA będzie większe poleganie na Francji i Wielkiej Brytanii oraz ich odstraszaniu nuklearnym. Tak wskazują ostatnie wypowiedzi rządzących, np. premiera Szwecji czy ekspertów z tych krajów. Nawet dla Szwecji czy grupy państw nordyckich, pozyskanie broni nuklearnej wciąż byłoby niebezpiecznym i trudnym procesem.

AO: Zatem jakie powinny być polskie cele w przyszłości?

AK: Podsumowując, moim zdaniem próba wejścia przez Polskę w posiadanie broni nuklearnej byłaby obecnie zbyt ryzykowna, a nawet gdyby się udała, to nie dałaby nam szybko bezpieczeństwa. Teraz lepiej skupić się na wzmacnianiu sił konwencjonalnych i współpracy z sojusznikami, a jednocześnie starać się podejmować kroki, które skracałyby czas na ewentualne pozyskanie broni nuklearnej w przyszłości, gdyby nasze środowisko bezpieczeństwa jeszcze bardziej się pogorszyło. Przy czym stanie się takim „państwem progowym” będzie w dzisiejszych uwarunkowaniach znacznie trudniejsze niż kiedyś.

W przypadku wojsk konwencjonalnych trzeba jeszcze raz podkreślić, jak ważne byłoby pozyskanie przez Polskę pocisków o zasięgu ponad 1 tys. km i docelowo ich samodzielne produkowanie. Nie tylko do obrony i uderzeń na cele wojskowe w głębi Rosji, ale i odwetu, np. przeciw infrastrukturze krytycznej. Takie zdolności nie zastąpią nuklearnego odstraszania, ale mogą istotnie podnieść dla Rosji koszty potencjalnego konfliktu, a nawet użycia broni jądrowej. Posiadanie dużego arsenału pocisków konwencjonalnych ułatwiałoby też ewentualne rozwinięcie zdolności nuklearnych. Wszystkie te kwestie zdają się przyświecać ogromnym inwestycjom Korei Południowej w takie uzbrojenie.

Reklama

O ile sojusznicze odstraszanie, zwłaszcza nuklearne, zawsze będzie w mniejszym lub większym stopniu budzić wątpliwości, może fundamentalnie wzmacniać nasze bezpieczeństwo i już to robi. Świadczy o tym choćby fakt, że Rosja nie zaatakowała nas otwarcie przez ostatnie 4 lata, mimo że odgrywamy kluczową rolę we wspieraniu Ukrainy – wojnę, którą Rosja określa jako „egzystencjalną”. Pomimo napięć transatlantyckich i ograniczania wkładu w bezpieczeństwo europejskie USA pozostają w NATO, w tym utrzymują dużą obecność wojskową w Polsce. Tworzy to dla Rosji wyjątkowe ryzyko eskalacji, gdyby zdecydowała się na agresję.

Jednocześnie scenariusz wyjścia USA z Europy w dłuższej perspektywie nie jest niewyobrażalny. Choć uważam go za mało prawdopodobny, taka możliwość uzasadnia rozważania o alternatywach. Obecnie potrzebne jest natomiast lepsze uzupełnienie amerykańskiego odstraszania. Oprócz wzmacniania naszych zdolności konwencjonalnych szansę na to może dać zwiększenie przez Francję jej roli w nuklearnym odstraszaniu w Europie. Choć francuski arsenał jest o wiele mniejszy od amerykańskiego, każde starcie między państwami nuklearnymi będzie miało pewien potencjał do eskalacji. Niedługo usłyszymy, jakie pomysły na mocniejsze zakomunikowanie tego Rosji ma prezydent Macron.

Aleksander Olech: Dziękuję za rozmowę.

Artur Kacprzyk, analityk programu Bezpieczeństwo Międzynarodowe w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM)

Reklama