Siły zbrojne

Koronawirus zmienia sposób działania amerykańskiej armii

Szkolenie kandydatów do Navy SEAL. Zdjęcie z 4 maja 2020 r. z centrum szkolenia podstawowego w Coronado. Fot. Anthony Walker/U.S. Navy
Szkolenie kandydatów do Navy SEAL. Zdjęcie z 4 maja 2020 r. z centrum szkolenia podstawowego w Coronado. Fot. Anthony Walker/U.S. Navy

Pentagon coraz bardziej elastycznie podchodzi do epidemii koronawirusa, modyfikując swój sposób prowadzenia działań ochronnych oraz powoli przyśpieszając codzienny program szkolenia wojsk. Wszystko wskazuje jednak na to, że ten program zostanie znacznie ograniczony.

Zabezpieczenia sanitarne związane z epidemią koronawirusa ogromnie utrudniają szkolenie wojska, które z założenia opiera się na działaniu grupowym. Jest to szczególnie widoczne w przypadku załóg okrętowych, gdzie kilkaset, a nawet kilka tysięcy osób jest zgrupowanych w ograniczonej przestrzeni z tym samym systemem wymiany powietrza.

Ale utrudnienia dotyczą również wojsk stacjonujących na lądzie, gdzie żołnierze są grupowani na zamkniętym obszarze baz wojskowych, często skoszarowani w wieloosobowych salach. Kłopotem są także ćwiczenia, w których wiele osób współpracuje w warunkach wykluczających możliwość stosowania odpowiednich środków ochrony. Chcąc zaradzić tym problemom w Stanach Zjednoczonych, wprowadza się szczegółowe standardy postępowania, redagowane w taki sposób, by zagrożenie rozprzestrzeniania się epidemii było jak najmniejsze.

Pomijając marynarkę wojenną, w której działania zapobiegawcze zostały niejako siłą wymuszone (szczególnie po epidemii na pokładzie lotniskowca USS „Theodore Roosevelt”) najszybciej i najszerzej zareagowały amerykańskie wojska specjalne, które w jednostkach Navy SEAL wprowadziły pilotażowy program zapobiegawczy, opracowany przy współudziale departament obrony. Dzięki temu można było wrócić do treningu rekrutów przerwanego 16 marca br. z powodu epidemii COVID-19.

image
Szkolenie kandydatów do Navy SEAL. Zdjęcie z 4 maja 2020 r. z centrum szkolenia podstawowego w Coronado. Fot. Anthony Walker/U.S. Navy

Program ochronny zakłada przede wszystkim przeprowadzenie szybkich testów u wszystkich osób uczestniczących w szkolenie komandosów. W ten sposób Amerykanie chcą wyszukać wszystkie te osoby, które są zarażone koronawirusem, a u których choroba przebiega w sposób bezobjawowy. Dodatkowo każdy kandydat na komandosa, pomimo odseparowania, jest codziennie sprawdzany pod kątem objawów choroby. Instruktorzy mają natomiast obowiązek noszenia maseczek i rękawiczek chirurgicznych, a dodatkowo nie mogą krzyczeć w twarz szkolonym, ale jedynie z wykorzystaniem megafonów.

Jak na razie takie rygory się sprawdzają, ponieważ od czasu ich wprowadzenia wśród szkolonych i kadry nie uzyskano żadnego, pozytywnego wyniku testów. Sprawa jest jednak o tyle skomplikowana, że bardzo trudno jest rozróżnić, co zaczyna być symptomem choroby, a co jest oznaką „zwykłego” wyczerpania. Trwający aż 65 tygodni program szkolenia SEAL w Coronado (koło San Diego w Kalifornii) jest bowiem tak trudny, że ponad 75% kandydatów rezygnuje z niego już do końca pierwszego miesiąca. To właśnie w tym okresie kursanci przechodzą tzw. Tydzień Piekła („Hell Week”), kiedy rekrutów doprowadza się do granic własnych możliwości przy ograniczonej ilości snu.

image
Szkolenie kandydatów do Navy SEAL. Zdjęcie z 4 maja 2020 r. z centrum szkolenia podstawowego w Coronado. Fot. Anthony Walker/U.S. Navy

Teraz służby medyczne muszą się nauczyć odróżniać symptomy choroby od zwykłych (dla szkolenia SEAL) skutków zmęczenia, osłabienia i wyziębienia. Długi trening w wodzie mogą bowiem dać takie same efekty jak koronawirus z tą różnicą, że po wypoczynku mogłyby zniknąć. W SEAL taki wypoczynek jest jednak niemożliwy i … koło się zamyka.

Co ciekawe i ile Amerykanie już wprowadzili szczegółowe wytyczne w wojskach specjalnych, to w przypadku wojsk lądowych konieczne standardy są dopiero w trakcie opracowywania. Znamienne jest, że na oficjalnej stronie US Army ostatni wytyczne zostały opublikowane 6 kwietnia 2020 r. i dotyczyły tylko: zaleceniu noszenia osłony twarzy. Takie wytyczne nie pojawiły się również w maju br. Dowódcy poszczególnych garnizonów muszą się więc sami przygotować: i to nie na samą chorobę (bo to już zrobili), ale na obecny proces osłabianie ograniczeń, które wprowadzono zaraz po wybuchu epidemii. Coraz więcej stanów chce bowiem wrócić do w miarę normalnego życia, co może spowodować pojawienie się drugiej fali zachorowań.

Uczciwie trzeba przyznać, że przygotowanie się na ten proces poprzez zarządzanie centralne byłoby o tyle trudne, że wprowadzane przez wojsko standardy muszą być zgodne z przepisami stanowymi i lokalnymi warunkami. Przykładowo nie wszędzie możliwe do zastosowania mogą być działania związane z trzymaniem ludzi w kwarantannie. Regulacje szczegółowe i unikalne są pilnie potrzebne przede wszystkim w tych stanach, gdzie znajdują się największe skupiska amerykańskiego wojska: w Georgii, Teksasie i Florydzie.

To właśnie dlatego dowódcy garnizonów mają teraz sami, na poziomie lokalnym oceniać sytuację na danym obszarze i decydować np.: jak daleko żołnierze mogą się przemieszczać poza obszar pełnienia służby, jakie rodzaje jednostek mogą odwiedzać oraz kto i na jakich warunkach może być wpuszczany na teren poszczególnych baz. Szczegółowe wytyczne są w sposób ciągły umieszczane na lokalnych, wojskowych stronach internetowych – w tym z wykorzystaniem Facebooka.

image
Fot. U.S. Army

Można się z nich dowiedzieć np., jakie obiekty rekreacyjne są ponownie otwierane (stadiony, pola golfowe, strzelnice, itp.), jaki środki bezpieczeństwa muszą być spełnione, by z tych obiektów skorzystać oraz które zabezpieczenia zostały pozostawione i na jak długo. W ten sposób wiadomo np., że pole golfowe w Fort Benning w stanie Georgia zostało ponownie otwarte, zmieniono jednak godziny otwarcia, wprowadzono konieczność rezerwowania czasu, noszenia maseczki oraz zachowania dystansu pomiędzy osobami informując przy tym o braku możliwości wypożyczani sprzętu – w tym wózków elektrycznych.

Ustalono nawet zasady wędkowania w Benning, do którego prawo mają głównie wojskowi i rezerwiści z rodzinami. W tych regulacjach ustalono nawet, że w jednej łodzi mogą przebywać tylko dwie osoby i muszą być one oddalone o minimum sześć stóp (1,8 m).

Problemem pozostają jednak ćwiczenia wojskowe, których planowe przeprowadzenie stało się praktycznie niemożliwe. W ich trakcie konieczne będzie bowiem przemieszczanie się wojska z regionów mniej dotkniętych infekcją do regionów bardziej dotkniętych epidemią lub odwrotnie. Dodatkowo trudno jest przewidzieć jak na miejscu ćwiczeń, będzie się rozwijała sytuacja epidemiczna. Może się więc zdarzyć, że wszystkich ćwiczących żołnierzy będzie trzeba później poddać testom i kwarantannie.

Niestety już wiadomo, że trudności te znikną dopiero po znalezieniu skutecznego sposobu leczenie chorych na COVID-19 lub po wprowadzeniu szczepionki. A to może nastąpić nie wcześniej niż na początku przyszłego roku. To właśnie dlatego już poinformowano o ograniczeniu największego w roku ćwiczeniu na Pacyfiku RIMPAC (Rim of the Pacific) „tylko” do dwóch tygodni. Tradycyjnie wydarzenie to trwa od czerwca do sierpnia i obejmuje nie tylko wydarzenia na morzu, ale także wymianę wojskową oraz szereg wydarzeń kulturalnych w kilku portach. 29 kwietnia poinformowano jednak, że ćwiczenie będzie się odbywało „tylko” od 17 do 31 sierpnia i będzie opierało się jedynie o port Pearl Harbor na Hawajach.

Komentarze