Geopolityka

Kryzys w Syrii - będzie wojna z Turcją?

Czy dojdzie do wojny między dawnymi sojusznikami? Na zdj. Recep Tayyep Erdogan i Baszszar al-Asad - fot. www.presidentassad.net
Czy dojdzie do wojny między dawnymi sojusznikami? Na zdj. Recep Tayyep Erdogan i Baszszar al-Asad - fot. www.presidentassad.net

Napięcie w stosunkach turecko - syryjskich sięgnęło zenitu. NATO wyraziło pełne poparcie dla Turcji, a Rada Bezpieczeństwa ONZ potępiła Syrię za ostrzał Akçakale. Jak mogą potoczyć się dalsze wypadki?



Defence24.pl od miesięcy obserwuje rozwój wydarzeń w Syrii i krajach sąsiednich, ze względu na wysokie prawdopodobieństwo rozprzestrzenienia się konfliktu na kraje sąsiednie, w tym na Turcję - członka Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Do tej pory Turcja nie była uznawana za stronę konfliktu wewnętrznego w Syrii, mimo licznych raportów o wsparciu logistycznym i szkoleniowym udzielanym przez ten kraj rebeliantom. Nawet po ostatnim incydencie, Ankara nie zdecydowała się na wypowiedzenie wojny Damaszkowi, co nie jest zresztą praktykowane w ostatnim dziesięcioleciu.

Dla Polski, jako członka NATO znaczenie ma nie tylko, militarny aspekt kryzysu syryjskiego, ale również kwestie związane z bezpieczeństwem energetycznym.

Ostrzał moździerzowy tureckiej miejscowości Akçakale dokonany przez syryjskie wojsko (Damaszek uznał, że był to nieszczęśliwy wypadek) i reakcje na niego budzą szczególny niepokój tzw. społeczności międzynarodowej. Rzeczywiście, jest to uzasadnione, gdyż po raz pierwszy, w czasie 18-miesięcznego kryzysu, zginęli tureccy cywile. Po raz pierwszy również turecka armia otworzyła ogień na terytorium Syrii. Turecki parlament podjął także bezprecedensową decyzję (odpowiadającą decyzji w sprawie irackiego Kurdystanu), zezwalającą na odwetowe akcje na terytorium południowego sąsiada.

Politycy jednej jak i drugiej strony uspakajają, że w żadnym razie nie dążą do otwartej wojny. Turecki premier Recep Tayyep Erdogan oświadczył, że decyzja przyjęta przez parlament ma na celu jedynie odstraszanie dalszych naruszeń ze strony Syrii. Erdogan zdaje sobie zatem sprawę z tego, że otwarta konfrontacja nie spotka się w tej chwili z akceptacją sojuszników. Turcja, chociaż nie wyklucza całkiem większego zaangażowania w Syrii, o czym mówił m.in. minister spraw zagranicznych Ahmet Davutoglu podczas ostatniej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, musi się dostosować do zdania najważniejszych państw członkowskich NATO.

Z kolei ambasador Syrii przy ONZ Baszar Dżafari powiedział, że jego kraj nie chce wojny z Turcją, a ostrzał Akçakale to nieszczęśliwy wypadek w walce z terrorystami chcącymi obalić legalny rząd. Eskalacja konfliktu, na którego rozstrzygnięcie na swoją korzyść ciągle liczy, byłaby dla Damaszku wysoce ryzykowna. Z drugiej strony mogłaby skłonić reżim do podjęcia desperackich kroków, z użyciem broni masowego rażenia włącznie.

NATO, choć w pełni popiera turecką reakcję militarną - artyleryjski ostrzał celów w Syrii - i uznaję ją za proporcjonalną, również wyklucza, przynajmniej na razie, interwencję zbrojną. Identyczne stanowisko, co nie zaskakuje, wyraził amerykański Departament Stanu.

Co ciekawe, 4 października Rada Bezpieczeństwa ONZ wydała wspólne oświadczenie, w którym potępiła Syrię za ostatni incydent. Rada podkreśla niekorzystny wpływ przedłużającego się konfliktu syryjskiego na kraje sąsiednie i wzywa obie strony do zachowania umiaru w podejmowanych przez siebie środkach. Choć osiągnięto niecodzienny konsensus, uwzględniający stanowisko Rosji i Chiny, dokument nie ma mocy prawnej.

A zatem niemal wszystkim istotnym graczom regionu nie zależy, na przeniesieniu obecnej formy konfliktu w otwartą konfrontacje dwóch regularnych armii. Strategia polegająca na dozbrajaniu opozycji walczącej metodami partyzanckimi i terrorystycznymi nadal pozostaje aktualna. I prawdopodobnie nie zmieni tego nawet śmierć kilku tureckich cywilów, podobnie jak nie zmieniła dwóch tureckich pilotów samolotu zestrzelonego przez Syrię.

Przedłużająca się wojna domowa w Syrii negatywnie odbija się na planach dywersyfikacyjnych europejskiego rynku gazu. Gazociąg Nabucco - sztandarowy projekt energetyczny wspierany przez Komisję Europejską, miał według pierwotnych zamysłów korzystać z wielu źródeł surowca: z Egiptu, Iraku, Azerbejdżanu, Turkmenistanu, a nawet Rosji. Chociaż złoża egipskie i irackie nigdy nie były traktowane priorytetowo to trzeba przyznać, że przy obecnej sytuacji w Syrii, nie wchodzą one w ogóle w grę. Wprawdzie chęć udziału w projekcie zgłasza Iran, jednak ciągle napięta sytuacja geopolityczna wokół irańskiego programu jądrowego, wyklucza takie rozwiązanie. Reżim al-Asada, co opisuje Zbigniew Wierzbicki na łamach Polityki Wschodniej, stanowi również przeszkodę dla realizacji śmiałego planu importu do Europy katarskiego gazu drogą lądową.

Z wyżej zarysowanych powodów, w interesie Stanów Zjednoczonych, Europy i Polski leżałoby szybkie rozstrzygnięcie konfliktu w Syrii na korzyść opozycji. Jak wykazano wcześniej, takie rozwiązanie niesie z sobą jednak zbyt duże ryzyko, minimalizujące ewentualne korzyści.

Trzeba równocześnie zauważyć, że zarówno trwanie konfliktu w Syrii, jak i utrzymywanie się Baszara al-Asada u władzy działa na korzyść Rosji. Kreml, który zainwestował wiele pieniędzy w syryjski sektor energetyczny, nawet gdyby nie wybuchły antyrządowe protesty, działałby aktywnie w celu niweczenia planów europejskich. Rosja nie może obecnie ryzykować utraty swojego strategicznego partnera, w osobie al-Asada, co w sytuacji interwencji NATO dążącej do szybkiego rozstrzygnięcia byłoby wielce prawdopodobne.

Obecnie zatem, zarówno Syria i jej sojusznicy, jak i NATO wykluczają otwartą konfrontację, sądząc, że uda się im kontrolować konflikt syryjski, ostatecznie doprowadzając do korzystnego dla nich rozwiązania - pozostania bądź obalenia al-Asada.

Marcin M. Toboła

Komentarze