Geopolityka

„Dwie ścieżki” dla kluczowych rozmów Rosja-USA i wnioski dla Polski [KOMENTARZ]

Prezydent Rosji Władimir Putin
Fot. Kremlin.ru

Rozpoczęte właśnie rozmowy w zakresie dialogu o stabilności strategicznej rozmowy między Stanami Zjednoczonymi a Rosją mogą doprowadzić do obniżenia napięcia na granicy z Ukrainą, lub też stanowić dla Moskwy pretekst do uzasadnienia agresji, przede wszystkim na użytek wewnętrzny.

W bieżącym tygodniu odbywa się seria kluczowych rozmów między państwami NATO a Rosją, prowadzonych w kilku formatach. Są one następstwem wzrostu napięcia na granicy z Ukrainą, a także rosyjskich żądań „gwarancji bezpieczeństwa", wysuniętych przez stronę rosyjską i obejmujących twarde zobowiązanie do nierozszerzania Sojuszu Północnoatlantyckiego na wschód, ale też faktyczne wycofanie sił sojuszniczych z Europy Środkowo-Wschodniej.

Administracja USA zdecydowała się podjąć rozmowy, ale jednocześnie zasygnalizowała Moskwie, że znaczna część jej żądań jest nie do spełnienia. Prowadziła też szereg konsultacji z sojusznikami (w tym z Europy Środkowo-Wschodniej), zarówno w formatach bezpośrednich rozmów międzypaństwowych, jak i w ramach NATO.

Powstaje pytanie, co strona amerykańska może zaoferować Rosji w zamian za ustępstwa. Kilka dni temu telewizja NBC przekazała, że „na stole" może być – obok wzajemnych limitów w zakresie ćwiczeń oraz rozmieszczenia w Europie, w tym w Obwodzie Kaliningradzkim systemów rakietowych pośredniego zasięgu – także ograniczenie amerykańskiej obecności w Europie Środkowo-Wschodniej. Ta informacja została jednak bardzo szybko i jednoznacznie zdementowana przez Departament Stanu. Zarówno sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, jak i administracja USA dały jasno do zrozumienia, że są gotowe na negatywny scenariusz (wybuch konfliktu) co mogłoby nieść za sobą przeniesienie dodatkowych wojsk do państw NATO na wschodniej flance. Oznacza to, że Amerykanie raczej nie będą dążyć do scenariusza „pokoju za wszelką cenę", zakładającego spełnienie rosyjskich żądań. Zaznaczono jednocześnie, że wprowadzenie wojsk USA czy NATO na Ukrainę do działań bojowych nie wchodzi w grę, bo ta nie jest członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Z dostępnych doniesień, m.in. przekazywanych przez Washington Post, można wywnioskować, że ustępstwa Amerykanów mogłyby więc dotyczyć przede wszystkim ograniczenia rozmieszczenia w Europie broni o zasięgu operacyjno-strategicznym (pociski średniego i pośredniego zasięgu, być może także rozmieszczenie uzbrojonych w pociski manewrujące okrętów nawodnych lub bombowców w pewnych rejonach Morza Bałtyckiego i Morza Czarnego) lub zakresu prowadzonych ćwiczeń i notyfikacji o ich prowadzeniu.

Czytaj też

Oba te elementy nie dotyczą bowiem działań prowadzonych w sposób ciągły przez USA na wschodniej flance i nie oznaczałyby wycofania Stanów Zjednoczonych z niej. Jednocześnie w zasadzie tylko USA ma (lub planuje rozbudować) większość tego rodzaju zdolności w ramach NATO, więc może o nich rozmawiać bilateralnie z Rosją.

Każde porozumienie wymagałoby jednak - choćby symbolicznych - ustępstw ze strony Moskwy. Można wyobrazić sobie np. sytuację, w której przedmiotem negocjacji byłoby z jednej strony ograniczenie wykorzystania planowanych do rozmieszczenia w Europie konwencjonalnych systemów rakietowych USA (podległych 56. Dowództwu Artylerii), z drugiej - wycofanie przez Rosję systemów Iskander z Obwodu Kaliningradzkiego i dwustronne ograniczenie lotów bombowców w pewnych obszarach (Ukraina dla USA, Białoruś dla Rosji).

To oczywiście dużo mniej, niż żąda strona rosyjska i taka oferta może nie okazać się dla niej satysfakcjonująca. Z drugiej strony, państwa zachodnie sygnalizowały, że po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę mogą wprowadzić znacznie szerzej niż do tej pory zakrojone sankcje, w grę ma wchodzić także wstrzymanie uruchomienia Nord Stream 2. Same USA wyraziły z kolei gotowość do dozbrajania Ukrainy już w czasie inwazji, m.in. przenośną bronią przeciwlotniczą i przeciwpancerną (Stinger, Javelin), co mogłoby się przyczynić do zwiększenia strat dla Rosji już w czasie okupacji.

Czytaj też

Warto zauważyć, że już po ostatniej rozmowie Biden-Putin Kreml informował, że prezydent USA zapewnił swojego rosyjskiego odpowiednika, iż Stany Zjednoczone nie mają zamiaru rozmieszczać ofensywnych systemów broni na Ukrainie. Rzekome ryzyko umieszczenia tam pocisków Tomahawk czy broni hipersonicznej (czego administracja amerykańska nie planowała) jest jednym z powodów, jakim Rosjanie uzasadniają swoje agresywne działania wobec Ukrainy – o czym mówił sam prezydent Putin.

Rosyjscy komentatorzy od dawna straszą widmem „ofensywnych" systemów uzbrojenia tuż przy granicach Rosji, nawet jeśli NATO w ogóle nie miało i nie ma zamiaru ich rozmieszczenia. Za takie uznawany jest na przykład system Aegis Ashore, który według wielu przekazów Rosjan ma mieć możliwości użycia rakiet Tomahawk, rzekomo z głowicami jądrowymi. Ze strony rosyjskiej można było słyszeć o „nowym kryzysie kubańskim", w związku z zapowiedziami rozmieszczenia pocisków pośredniego zasięgu w Europie. Oczywiście Rosjanie nie dodają, że w każdym przypadku chodzi o systemy konwencjonalne, a głowice jądrowe do Tomahawków dawno zostały wycofane i w USA mówi się raczej o dalszej redukcji broni jądrowej, niż całkowicie nowych środkach przenoszenia (niezastępujących istniejące, ale rozszerzające zakres). Pytanie, na ile to propaganda, a na ile faktyczny pogląd Moskwy - nawet jeśli nie ma on żadnego oparcia w doktrynie USA i NATO oraz systemie podejmowania decyzji w Stanach Zjednoczonych, wymagającym zatwierdzenia tego rodzaju kroków przez Kongres, długich debat itd.

Można więc wyobrazić sobie sytuację, w której Rosjanie odstępują od agresji za stosunkowo niewielkie ustępstwa (np. formalne zobowiązanie do zaniechania lotów bombowców strategicznych nad Ukrainą i rozmieszczania pocisków średniego/pośredniego zasięgu na jej terenie), obie strony ogłaszają „zwycięstwo" oraz „odprężenie", a Nord Stream 2 zostaje za kilka miesięcy uruchomiony i finansuje dalszą modernizację i rozbudowę sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Sił, jak widzimy w Kazachstanie, gotowych do szybkiego wejścia wszędzie tam, gdzie będą tego wymagać interesy władz na Kremlu.

Czytaj też

Jeśli jednak Rosjanie są zdecydowani podjąć agresywne działania wobec Ukrainy, to rozmowy zakończą się niepowodzeniem i staną się dla moskiewskiej propagandy pretekstem do usprawiedliwienia przygotowywanej od miesięcy (poprzez rozmieszczenie dodatkowych sił w rejonie granicy) agresji. Może ona obejmować nie tylko działania wojsk lądowych, ale też np. uderzenia rakietowo-lotnicze, mające przymusić Kijów do kapitulacji. Równocześnie, w ramach „scenariusza wojskowo-technicznego", którym Rosja od dłuższego czasu straszy państwa NATO, niewykluczone są inne ruchy, takie jak rozlokowanie dodatkowych sił (w tym systemów rakietowych) na Białorusi, a może nawet na Bałkanach.

Trzeba też zauważyć, że sam fakt prowadzenia rozmów z USA powoduje pewne wzmocnienie strony rosyjskiej i tworzenie wrażenia, że o bezpieczeństwie Europy dyskutuje się „nad jej głowami". Ma to prowadzić do obniżenia wiarygodności Stanów Zjednoczonych na Starym Kontynencie. Z drugiej strony, państwa UE w zasadzie nie posiadają zdolności, które mogą być przedmiotem rozmów o strategicznej stabilności z Rosją (być może pewnym wyjątkiem, w ograniczonym zakresie, jest Francja).

Scenariusz ewentualnego konfliktu oznacza jednak daleko idące następstwa dla całej architektury bezpieczeństwa europejskiego. Równolegle z agresją na Ukrainę można by się spodziewać nasilenia działań poniżej progu wojny prowadzonych wobec krajów sojuszniczych, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej. „Próbką" tego jak działania hybrydowe mogą obciążać system bezpieczeństwa państwa jest kryzys na granicy z Białorusią, który „wiąże" tysiące żołnierzy Wojska Polskiego przez długie miesiące.

Czytaj też

W całej tej sytuacji należy jednak – paradoksalnie – zachować spokój i sojuszniczą spójność. Agresywne działania Rosji na szeroką skalę, stanowiące egzystencjalne zagrożenie prowadzone mogą być w pierwszym rzędzie wobec Ukrainy, która posiada dość liczną i silną armię (nawet jeśli nie najnowocześniejszą pod względem wyposażenia), a nie wobec nieporównywalnie słabszych państw bałtyckich, które są jednak członkami NATO i Unii Europejskiej. To pokazuje, jak istotne znaczenie ma obecność w Sojuszu, ale i rozwój jego zdolności. W wypadku negatywnego scenariusza konfliktu, jak i w sytuacji, gdy – na razie – uda się go uniknąć zadaniem Polski i krajów Europy Środkowo-Wschodniej będzie z jednej strony cementowanie i umacnianie więzów sojuszniczych, z drugiej rozbudowa własnych zdolności. Te dwa elementy są ze sobą powiązane i muszą być wdrażane w sposób skoordynowany i wewnętrznie spójny. Tylko w ten sposób uda się zapewnić odpowiedni poziom bezpieczeństwa na wschodniej flance.

Komentarze