Siły zbrojne

Wielomiliardowe przetargi w zamrażarce. Reset kluczowych programów?

  • fot. aw.gov.pl
  • Radar MHR był zaproponowany przez Wojskowe Zakłady Uzbrojenia S.A. z Grudziądza dla systemu antydronowego ikarX. Fot. M.Dura

W dziedzinie sił powietrznych miniony rok 2015 zdominowały przetargi zbrojeniowe, które wpadły w wir kampanii wyborczej. Wielkie i kosztowne programy, takie jak program obrony rakietowej Wisła i kupna śmigłowców wielozadaniowych nie zakończyły się podpisaniem umów. Rozpoczęto kolejne dialogi techniczne, dotyczące m.in. bezzałogowców i śmigłowców uderzeniowych. Dla wielu obserwatorów bardziej znaczące od działań MON były wydarzenia związane z obecnością naszych sojuszników. Po raz pierwszy w Polsce wylądowały amerykańskie myśliwce 5. generacji F-22 Raptor. Gościliśmy też słynne A-10 Thunderbolt II. Wszystko to w ramach wzmacniania wschodniej flanki NATO.

Podsumowując miniony rok 2015 należy z pewnością zacząć od dwóch najbardziej istotnych decyzji, jakie podjęto w zakresie lotnictwa: od programu obrony powietrznej średniego zasięgu Wisła oraz programu zakupu śmigłowców wielozadaniowych. Decyzje w obu tych kosztownych postępowaniach zostały ogłoszone w sposób nietypowy i w wyjątkowych okolicznościach. Informacji nie udzielił Tomasz Siemoniak ani premier rządu Ewa Kopacz, która przyjęła rekomendację MON w tej sprawie, ale ówczesny prezydent i kandydat na kolejną kadencję Bronisław Komorowski. Tym samym, chcąc nie chcąc, uczynił wybór system Patriot i śmigłowca Caracal elementem wyborczej walki politycznej. A już wcześniej decyzja o przyjęciu tych ofert był tematem bardzo dyskusyjnym.

System „Wisła” – decyzja geopolityczna

Postępowanie dotyczące wyboru systemu obrony powietrznej i przeciwbalistycznej średniego zasięgu wzbudzało wiele kontrowersji - zarówno na płaszczyźnie podjętych wyborów, jak też silnego uzależnienia od czynników politycznych i dyplomatycznych, które zdawały się przysłaniać kluczowe kwestie techniczne i przemysłowo-ekonomiczne. Do ostatniej fazy postępowania zakwalifikowano francuską ofertę systemu SAMP/T oraz amerykański system Patriot, już w fazie dialogu technicznego ograniczając znacząco możliwości wyboru i pozycję negocjacyjną Polski przed rozpoczęciem faktycznych negocjacji i przetargu. Wśród odrzuconych propozycji znalazł się zarówno europejsko-amerykański MEADS, który stanie się podstawą niemieckiego kompleksowego systemu obrony powietrznej TLVS, jak też izraelski system David Sling.

Ostatecznego wyboru pomiędzy zakupem SAMP/T lub Patriot dokonano, co nie było szczególną tajemnicą, w dużym stopniu jako decyzję dyplomatyczno-geopolityczną i niejako w oderwaniu od szeroko komentowanych wad oferty amerykańskiej. Wbrew oficjalnym deklaracjom, poprzednie kierownictwo MON dokonało rekomendacji systemu Patriot w konfiguracji, która nadal nie została stworzona, ani tym bardziej sprawdzona. Dominowało przekonanie, że przeważyły słynne już "inne czynniki polityczne". Ostateczna cena, jaka pojawiła się w toku polsko-amerykańskich negocjacji dotyczących szczegółów potencjalnego kontraktu, okazała się wielokrotnie wyższa od wcześniej deklarowanej, a terminy dostaw znacznie późniejsze. Mówił o tym dość szeroko minister Antoni Macierewicz podczas posiedzenia Sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Proponowany przez Amerykanów koszt pozyskania przez Polskę systemu Patriot miał - według nieoficjalnych informacji - przekroczyć 47 mld zł, a nawet sięgać 60 mld przy obecnym kursie dolara. - Cena jest nieporównanie większa, czas dostarczenia produktu nieporównanie dłuższy, a warunki przejściowe w ogóle nie są znane stronie, która miałaby to realizować. Krótko mówiąc, ten kontrakt w istocie nie istnieje – stwierdził szef MON, komentując całą sprawę.

Ostatnie oświadczenia wiceministra Bartosza Kownackiego mówią o niewspółmiernych do efektywności kosztach systemów defensywnych, co ma skłaniać MON do ich ograniczenia na korzyść broni ofensywnych, takich jak pociski manewrujące, czy rakiety balistyczne w ramach programu Homar. W tej sytuacji może się okazać, że erozja możliwości operacyjnych polskiej obrony powietrznej będzie nadal postępować. Czy to oznacza całkowite zaniechanie programu Wisła? Taki wariant jest możliwy, jednak bardziej realnym scenariuszem wydaje się reset programu polegający na powrocie do negocjacji ze wszystkimi oferentami biorącym udział w pierwszej fazie postępowania. Celem tej decyzji MON będzie nadanie programowi konkurencyjności, uzyskanie nie tylko lepszej konfiguracji systemu w toku prowadzonych negocjacji i obniżenie finalnych ceny przedstawionych ofert. Chodzi także o wynegocjowanie większego transferu technologii do polskiej zbrojeniówki i udział krajowego przemysłu w budowie systemu. W takim wariancie dopiero na podstawie przeprowadzonych rozmów i złożonych ofert zapadanie w resorcie obrony decyzja o przyszłości programu. 

Patrząc szerzej na sprawy obrony powietrznej, w ostatnich dniach 2015 roku podpisano umowę na zakup 77 wyrzutni bardzo krótkiego zasięgu Poprad, jednak stanowią one najniższe piętro tej obrony. W toku jest natomiast dialog techniczny dotyczący systemu krótkiego zasięgu o kryptonimie Narew. To program o dużym znaczeniu, zwłaszcza przy niejasnej sytuacji w temacie Wisły. Narew nie tylko posiada istotne znaczenie dla sił zbrojnych, ale również dla polskiego przemysłu. W zakresie systemów tego typu kompetencje polskiego przemysłu obronnego są znacznie większe i odpowiednie ich wykorzystanie może znacząco pchnąć naprzód poziom techniczny i potencjał techniczno-produkcyjny. Niezbędne do tego jest jednak dokonanie odpowiedniego wyboru partnera zagranicznego i wynegocjowanie warunków gwarantujących szeroki transfer technologii.

Black Hawk i Caracal
Śmigłowce S-70i Black Hawk i EC725 Caracal - fot. J.Sabak

Śmigłowce wielozadaniowe – co z Caracalem?

Równie upolityczniony i skomplikowany temat stanowi wybór śmigłowca wielozadaniowego. Postępowanie dotyczące pozyskania za sumę ponad 11 mld zł znaczącej liczby 70 śmigłowców przekształciło się w zakup 50 maszyn H225M Caracal za 13 mld zł. Wybór ten spotkał się ze zdecydowanym oporem polityków PiS i części ówczesnej opozycji, związkowców oraz przedstawicieli funkcjonujących już w Polsce zakładów śmigłowcowych PZL-Mielec i PZL-Świdnik. Temat ten był bardzo żywo dyskutowany zarówno podczas wyborów prezydenckich, jak i parlamentarnych. Zamknięcie negocjacji i przekazanie przez poprzednie kierownictwo MON dokumentacji do komisji offsetowej w zasadzie wiąże ręce ministrowi Antoniemu Macierewiczowi, jednak w ostatnich tygodniach z ust szefa resortu obrony wielokrotnie padały deklaracje o rozpoczętej analizie postępowania, która może doprowadzić do rewizji przetargu. W ostatnich dniach pojawiła się także sugestia, iż kontrakt nie zostanie całkowicie anulowany, ale znacząco ograniczony do liczby maszyn pilnie potrzebnej siłom zbrojnym. Jeśli resort zdecyduje się na takie rozwiązanie, to ostatecznie pogrzebie chybioną, jak się zdaje koncepcję „wspólnej platformy”. - W wypadku ponownego rozpoczęcia procedury pozyskania śmigłowców wielozadaniowych niewykluczone, że znajdziemy rozwiązanie pozwalające poszczególnym producentom na udział w przetargu i dostarczenie poszczególnych typów helikopterów – zadeklarował minister Macierewicz, wyraźnie wskazując plan pozyskania różnych maszyn.

Z jednej strony oznacza to znaczące opóźnienie pozyskania śmigłowców wielozadaniowych i potrzebę zaplanowania dalszej eksploatacji posiadanych maszyn. Z drugiej strony jest to, być może, szansa na niezbędną rewizję potrzeb i wymagań sił zbrojnych w zakresie śmigłowców. Wiele wskazuje bowiem na to, że w obecnej sytuacji geopolitycznej i militarnej bardziej zasadne może się okazać przyspieszenie kosztem śmigłowców transportowych i wielozadaniowych pozyskania maszyn uderzeniowych. Przyczyn jest wiele. Obecnie eksploatowane śmigłowce szturmowe Mi-24 od wielu lat nie są w stanie korzystać z przeciwpancernych pocisków kierowanych, które powinny być ich podstawowym uzbrojeniem.

Śmigłowce uderzeniowe „Kruk”

W 2015 roku rozpoczęto dialog techniczny dotyczący śmigłowców uderzeniowych, w którym udział biorą cztery oferty: dwie amerykańskie i dwie europejskie. Jest wśród nich najsłynniejszy śmigłowiec uderzeniowy – Boeing AH-64E Apache, ale też Bell AH-1Z Viper, sukcesor pierwszej na świecie maszyny szturmowej AH-1 Cobra. Europę reprezentuje Airbus Helicopters Tiger oraz turecki TAI T129 ATAK. Każda z maszyn reprezentuje nieco odmienną koncepcję konstrukcji i wykorzystania śmigłowca na polu walki.

Wybór, przed jakim staje MON, jest wielowątkowy, jednak podstawowy dylemat w tej sprawie to decyzja, czy zakup dla armii ma dotyczyć maszyn najbardziej kosztownych i najcięższych w małej liczbie, czy też pozyskać należy więcej tańszych i lżejszych śmigłowców. Liczba zakupionych wiropłatów będzie też poważnie uzależniona od dostępnych środków. Będzie to pośrednio związane z decyzją o zakupie śmigłowców wielozadaniowych, gdyż środki nie wykorzystane w tamtym postępowaniu zasilą pulę przeznaczoną na następcę Mi-24. Sporym wyzwaniem będzie także opracowanie odpowiedniej procedury, gdyż amerykańskie maszyny są dostępne jedynie w programie FMS, a więc na zasadzie umowy międzyrządowej, natomiast pozostałe dwie pozyskuje się w procedurze czysto komercyjnej.

Flyeye
Bezzałogowce FlyEye są używane w Wojsku Polskim. Fot. kpt. Remigiusz Kwieciński/11 LDKPanc.

Bezzałogowce – wielkie zapowiedzi, brak efektów

W minionym roku MON wiele uwagi poświęcił bezzałogowcom w niemal wszystkich klasach: od maszyn kategorii mikro, po największe uzbrojone BSL MALE, mogące pozostawać w powietrzu ponad dobę i przenosić uzbrojenie. Uruchomiono dialogi techniczne na bezzałogowce w programach Ważka, Wizjer, Orlik, Gryf i Zefir. Do rozpisania postępowania mającego na celu pozyskanie odpowiednich maszyn udało się doprowadzić tylko w programie mini BSL pionowego startu Ważka, i to w grudniu minionego roku. Co ciekawe, zdecydowano się na otwarty dla oferentów zagranicznych przetarg mimo tego, że MON wraz z NCBiR sfinansował w 50% opracowanie przez WB Electronics kwadrokoptera Virus. Podobnie wygląda kwestia systemu Wizjer, którego wymagania po niewielkiej modyfikacji systemów pokładowych jest w stanie spełnić eksploatowany przez Wojsko Polskie bezzałogowiec FlyEye.

Są to, niestety, jedne z wielu programów dotyczących nie tylko bezzałogowców, w których MON wykazuje się specyficzną sklerozą zapominając, że sfinansował już opracowanie odpowiedniego sprzętu i daje sobie szansę, aby zapłacić za niego po raz kolejny. Następnym problemem, szczególnie w przypadku BSL, to - jak się wydaje - niedoinformowanie ministerstwa w sprawie możliwości polskich firm. Widać to było chociażby w usilnej próbie powiązania programów Gryf i Zefir w jeden zakup międzyrządowy, pomimo iż są to dwa drastycznie różne poziomy technologiczne. Zefir to faktycznie największa kategoria maszyn klasy MALE (medium-altitude long-endurance), które produkuje zaledwie kilka krajów świata. Natomiast Gryf  jest średnią maszyną taktyczną obecnie dostępną dla polskich firm. Wdać to dokładnie choćby po wspólnej ofercie WB Electronics i Thales UK obejmującej system Watchkeeper X. Dlatego pewnym pocieszeniem jest to, że w sierpniu minionego roku zdecydowano się ostatecznie na pozyskanie systemu Gryf od producenta krajowego w postępowaniu konkurencyjnym. Miejmy nadzieję, że była to "pierwsza jaskółka" zmiany w myśleniu MON i w nowym roku, zgodnie z deklaracjami ministra Antoniego Maciarewicza,  w zakresie bezzałogowców nastąpi zwrot ku polskim producentom we wszystkich programach BSL. Rozwój w tym zakresie jest bowiem w pełni dostępny dla polskiego przemysłu i może stanowić istotny element przyszłego eksportu systemów bezzałogowych. Jest to o tyle ważne, że na najbliższą dekadę prognozowany jest znaczny wzrost sprzedaży na tym rynku.

Zagraniczni goście – znak czasów

W tym miejscu, kończąc podsumowanie minionego roku, warto pozwolić sobie na nutkę optymizmu. Napawa nim pewna zmiana w postrzeganiu Polski i naszego regionu przez sojuszników z NATO. Konflikt na Ukrainie pokazał, że nie można już dłużej udawać, że wschodnia flanka NATO stała się bezpieczna po zakończeniu Zimnej Wojny. Polskę w minionym roku znacznie częściej odwiedzały samoloty naszych sojuszników, nie tylko w ramach wzmocnienia kontyngentu Baltic Air Policing. Warto przywołać dwa zdarzenia. 

F-16 F-22 MiG-29 Polska
Amerykański F-22 Raptor, polskie F-16 "Jastrząb" i MiGi-29 w Łasku Fot. Krzysztof Melski

W lipcu bazę lotniczą w Łasku odwiedziły słynne samoloty szturmowe A-10 Thunderbolt II, będące niemal ikoną maszyny przeciwpancernej, stworzonej w czasie Zimnej Wojny dla powstrzymywania rosyjskich czołgów. Był to element szerszych ćwiczeń, związanych z wzmocnieniem wschodniej flanki NATO i przemieszczaniem do Polski, czy krajów bałtyckich oddziałów US Army i USAF.

Kolejna interesująca wizyta w Łasku miała miejsce na przełomie sierpnia i września. Wówczas do Polski przyleciały, po raz pierwszy w historii, myśliwce amerykańskie piątej generacji Lockheed Martin F-22 Raptor. Był to element ich historycznych ćwiczeń, gdyż nigdy wcześniej te maszyny nie stacjonowały w Europie i był to test koncepcji „Rapid Raptor”, zakładającej szybki przerzut czterech myśliwców F-22 w dowolny rejon świata. Krótki pobyt F-22 w Polsce to istotny znak tego, jak przez ostatnią dekadę zmieniła się pozycja naszego kraju w świecie i w NATO.

Podsumowanie – ostateczny czas ważnych decyzji

Patrząc na rozpoczynający się rok 2016 należy mieć świadomość, że resort obrony stanie przed wieloma wyzwaniami, przede wszystkim będzie  musiał dokonać wielu trudnych i kosztownych decyzji, odwlekanych przez kolejne lata. Obrona powietrzna, śmigłowce i bezzałogowce to tylko najbardziej palące kwestie z wielu oczekujących na swoją kolej. Potrzeba zakupu samolotów do przewozu VIP i stworzenia skutecznego oraz bezpiecznego systemu ich wykorzystania to kolejna kwestia wymagająca pilnego rozwiązania.

Odwleczone w 2014 roku o kolejną dekadę wycofanie z linii samolotów Su-22 o znikomym potencjale bojowym. Powolne działania w zakresie reformy systemu szkolenia i wprowadzenie symbolicznej liczby samolotów AJT typu M346 Master. Wybór i zakup samolotów bojowych, które zastąpią w dalszej perspektywie posowieckie maszyny Su-22 i MiG-29. Być może decyzja o wejściu do programu maszyn 5. generacji F-35. To tylko kilka tematów, nad którymi MON powinien - co najmniej - zacząć pracować w nowym 2016 roku. Już niedługo przekonamy się, ile z tych wyzwań zostanie podjętych. 

Komentarze