Defence24.pl - wojsko, przemysł, bezpieczeństwo, geopolityka

Rosja w Syrii: negocjacje z Assadem zapobiegłyby sukcesowi Putina

Fot. mil.ru
Fot. mil.ru

Rosyjska interwencja w Syrii jest konsekwencją błędów Zachodu, a w szczególności całkowitej kompromitacji planu USA budowania „strefy wolnej od IS” w oparciu o tzw. „umiarkowanych rebeliantów” i we współpracy z Turcją - w analizie dla Defence24.pl pisze Witold Repetowicz.

Niestety, w wielu komentarzach wciąż źle identyfikowany jest problem, który nie polega na tym, iż Rosja ratuje Assada, lecz na tym, że dogmatyczne odrzucanie rozmów z Assadem pozwoliło Rosji wypełnić lukę i odbudowywać swoje wpływy. Brak zrozumienia tego faktu może prowadzić do kolejnych błędów w postaci zbędnych ustępstw w negocjacjach z Rosją, a także utraty jakichkolwiek wpływów w Syrii i Iraku, a nawet w Egipcie i Libii, jak również rosnącej niechęci całego świata szyickiego do szeroko rozumianego Zachodu.

Polityka bliskowschodnia oparta na dogmacie, że „Assad musi odejść” i wykluczająca możliwość negocjacji z nim, zawęziła pole manewru USA i Europy w reagowaniu na zmieniające się warunki wojny domowej w Syrii, w szczególności związane z zagrożeniami dotyczącymi Państwa Islamskiego oraz kryzysu migracyjnego. Tymczasem, po przeszło trzech latach wojny domowej jasne jest, że niekontrolowany upadek Assada jest niepożądany, gdyż doprowadziłby do odwetowego ludobójstwa na alawitach oraz chrześcijanach syryjskich. Nawet główne media sunnicko-arabskie (np. Al Jazeera) nie ukrywały takich planów, a oddziały dżihadystyczne nie związane z IS (np. Nursa) już zaczęły wcielać je w życie we wioskach alawickich na pograniczu prowincji Idlib i Latakia. Stopniowa utrata gruntu pod nogami przez Assada nie mogła cieszyć i bynajmniej nie stwarzała żadnej perspektywy stabilizacji, wręcz przeciwnie. Mimo utraty przez Assada praktycznie całkowitej kontroli nad prowincją Idlib nie powstała tam żadna administracja opozycji syryjskiej. Tzw. tymczasowy rząd Syrii, stworzony przez opozycyjną Syryjską Koalicję Narodową, wciąż przebywa w Turcji, a nie na „wyzwolonych” terenach Syrii. To odróżnia go od reprezentacji wszystkich pozostałych stron konfliktu. Tereny znajdujące się pod kontrolą YPG (oddziałów kurdyjskich) mają swoją, dobrze funkcjonującą, administrację. Również na terenach znajdujących się pod kontrolą SAA (armii rządowej) organy państwa syryjskiego w pełni funkcjonują. Swoją administrację na zajętych terenach stworzyło też Państwo Islamskie, a nawet w pewnym zakresie Al Kaida (Nusra). Zgodnie z klasyczną teorią państwa tworzą je trzy elementy: ludność, terytorium i funkcjonalna władza, tymczasem po ponad dwóch latach od powstania „syryjski rząd tymczasowy” jest oderwany od jakiegokolwiek organizmu państwowego na terytorium Syrii. Jest rzeczą oczywistą, iż upadek Assada nie zmieniłby tego faktu i jedyna skuteczna administracja pozostałaby na terenach zajętych przez YPG i – paradoksalnie – IS. Reszta wyglądałaby tak, jak dziś wygląda prowincja Idlib, stałaby się mozaiką terenów kontrolowanych przez różne oddziały nie podlegające żadnej władzy cywilnej, przy dominującej roli dzihadystów Nusry i Frontu Islamskiego.

Pojęcie Wolnej Armii Syryjskiej (FSA) jest pojęciem wirtualnym, gdyż nie ma ona żadnego scentralizowanego dowództwa. Jest to konglomerat oddziałów o różnych celach i wchodzących w różne sojusze. Poza oddziałami współpracującymi z dżihadystami jedynymi realnymi siłami świeckimi są oddziały tzw. Frontu Południowego oraz Burkan al Firat. Problem polega na tym, iż dowódca tych pierwszych deklarował niedawno, po nieudanej ofensywie na miasto Daraa, gotowość do negocjacji z Assadem (bez konsultacji z „syryjskim rządem tymczasowym”), natomiast oddziały FSA, które weszły w skład koalicji Burkan al Firat, gdzie dominuje kurdyjskie YPG, zostały potępione za to przez syryjską opozycję, która nie chce współpracować z YPG, gdyż nie godzi się na multietniczno-multiwyznaniowy charakter Syrii. obstając przy supremacji Arabów.

Ostatnią i największą kompromitacją idei budowania przyszłości Syrii w oparciu o „umiarkowanych rebeliantów” był program szkolenia tzw. 30-tej Dywizji. USA przeznaczyły na to 500 mln USD, chcąc wyszkolić pięć tysięcy rebeliantów. Wyszkolono jednak tylko dwie grupy liczące po około sześćdziesiąt osób. Pierwsza została od razu wzięta do niewoli przez Al Kaidę, której Turcja przekazała tajne dane, a druga sama oddała broń Al Kaidzie. Również szumnie ogłoszony turecko-amerykański plan stworzenia „strefy wolnej od IS” nie doprowadził do opanowania ani jednego kilometra kwadratowego terenu i jedynie zatrzymał ofensywę YPG, co było prawdziwym celem Turcji.

W takiej sytuacji racjonalnym działaniem byłoby wykorzystanie problemów Assada i zmuszenie go do ustępstw w stosunku do części opozycji, a także potwierdzenia autonomii Rożawy (Kurdystanu syryjskiego). Najbardziej niepokojące dla Assada było zajęcie przez IS miasta Al-Karjatajn w prowincji Homs i zbliżenie się terrorystów do głównej drogi łączącej Damaszek, przez Homs, z Tartus i Latakią, a także wtargniecie oddziałów Nusry i Frontu Islamskiego do północno-wschodniej części prowincji Latakia po wcześniejszym opanowaniu miasta Dżisr asz-Szughur, jak również postępy dżihadystów w nizinie Al- Ghab uznawanej za bramę do Latakii. Tymczasem Latakia i Tartus to alawicki matecznik, dotąd nie objęty wojną.

Zachód przegapił ten moment słabości Assada, dogmatycznie odrzucając możliwość negocjacji z nim - bezpośrednio lub za pośrednictwem Iranu. Naiwnością było przy tym sądzenie, że Iran pozwoli na całkowity upadek Assada w Syrii (i w konsekwencji wejście jej w orbitę saudyjsko-katarsko-turecką) a warto podkreślić, iż dotąd uruchomił tam jedynie wsparcie libańskiego Hezbollahu, ale nie irańskiego Pasdaranu (którego użycie nie zależy od decyzji rządu irańskiego lecz wyłącznie Najwyższego Przywódcy). I to był właśnie błąd, który wykorzystała Rosja wypełniając lukę i podając rękę Assadowi.

Obecnie problemem nie jest to, że w wyniku interwencji rosyjskiej Assad (lub jego otoczenie) utrzyma się u władzy (na ograniczonym terenie zachodniej Syrii), lecz to, że utrzyma się w oparciu o Rosję. Wielu dyktatorów (np. w Afganistanie) przekonało się, że to niebezpieczne oparcie, ale Assad nie ma wyjścia, skoro Zachód nie chciał z nim rozmawiać mimo sygnalizowanej przez niego gotowości do ustępstw wobec Kurdów i umiarkowanej opozycji. Może jedynie dziwić to, że wciąż wyrażane są opinie, iż interwencja rosyjska prowadzić będzie do większej destabilizacji Syrii oraz zaostrzenia się kryzysu migracyjnego. To właśnie sytuacja odwrotna, niekontrolowany upadek Assada, wywołałby nową falę uchodźców: alawitów oraz chrześcijan, uciekających przed rzeziami. Jednak istotą sprawy jest coś innego. Przeciwstawienie się militarne interwencji rosyjskiej w Syrii jest absurdem, potępienie międzynarodowe na nikim nie zrobi wrażenia, zwłaszcza, że z punktu widzenia prawa międzynarodowego, czy się to komuś podoba czy nie, jest to interwencja całkowicie legalna. Jedyna pozostające opcja to negocjacje z Rosją. I tu tkwi zagrożenie, zwłaszcza dla naszych interesów jako Polski - jeśli USA i UE doszliby do wniosku, iż konieczne jest powstrzymanie rosyjskiej interwencji w Syrii, to będą skłonne do ustępstw w innych kwestiach – Ukrainy. Tymczasem takie negocjacje nie są potrzebne, bo żadnego pogłębienia destabilizacji nie będzie.

Obecnie USA i Europa powinny skoncentrować się na minimalizacji szkód spowodowanych powrotem Rosji do gry na Bliskim Wschodzie. Zachodnia Syria będzie w rosyjsko-irańskiej strefie wpływów i trzeba się z tym pogodzić. Wysuwanie argumentów moralnych, iż nie można dopuścić by „rzeźnik z Damaszku” pozostał u władzy, jest bujaniem w obłokach i ignorowaniem euro-amerykańskich podwójnych standardów, które spowodowały bankructwo takiej retoryki. Trudno bowiem zachować wiarygodność moralisty, gdy przymyka się oczy na rzeź urządzaną przez Arabię Saudyjską i jej sojuszników sunnicko-arabskich w Jemenie, a także jeśli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk pomija całkowitym milczeniem rzeź, jaką armia turecka urządzała w Cizre w trakcie jego obecności w Turcji. Za takie błędy płaci się utratą wiarygodności - i nie tylko. Faktem jest, że na Bliskim Wschodzie toczy się wojna szyicko-sunnicka (fitna) i milczenie Zachodu w odniesieniu do zbrodni saudyjskich w Jemenie potęguje percepcje szyicką, iż Zachód (USA, Europa) wspiera salafitów, wahabitów, dżihadystów sunnickich, Al Kaidę i Państwo Islamskie. W ten sposób narażamy się na szyicki odwet w przyszłości i na wypieranie przez Rosję jakichkolwiek wpływów Europy i USA z przestrzeni szyickiej. Dotyczy to m.in. Iraku, gdzie dochodzi do paradoksalnej sytuacji. Rosja, która do końca broniła największego rzeźnika szyitów – Saddama Husseina – i wciąż krytykuje interwencję w 2003 r., dziś dogaduje się z szyitami rządzącymi w Bagdadzie. Ci zaś, choć doszli do władzy dzięki amerykańskiej (i również polskiej) interwencji, coraz bardziej są niechętni wobec USA i – w mniejszym stopniu, ale jednak – Europy. Zignorowanie płynących z tego faktu wniosków oznaczać będzie umocnienie się wpływów Rosji również w Iraku.

Na tym jednak nie wyczerpują się możliwości Rosji. USA, ochładzając swoje stosunki z Egiptem po obaleniu Mursiego i blokując egipską interwencję w Libii, wpuściły Putina do Kairu. Co prawda, Sisi musi lawirować, gdyż otrzymał duże pożyczki od Saudów, jednak spłaca je udziałem w wojnie w Jemenie. Tymczasem legalny rząd Libii, popierany przez Egipt, ma problem z zakupem broni koniecznej do walki z dżihadystami, gdyż obowiązuje embargo i Amerykanie blokują jego zniesienie. Nawiasem mówiąc, Libia już znalazła się pod wpływem Rosji i zamierza od niej kupić broń, jednak Europa i tak powinna dążyć do jakiegoś porozumienia z tym krajem, by zablokować afrykański kierunek migracyjny.

Rosyjska propaganda wykorzystuje również to, iż w europejskich mediach ukazuje się dżihadystów Nusry czy Frontu Islamskiego jako „powstańców syryjskich”. To właśnie Nusra i Ahrar al Sham były celem pierwszych rosyjskich nalotów. Krytyka celu tych operacji, oparta na fakcie, że nie było nim Państwo Islamskie, to ślepa uliczka, która przysłuży się  rosyjskiej narracji mówiącej, że Zachód wspiera dżihadystów i Al Kaidę. Pozwoli to Rosji na wybudowanie szerokiej koalicji międzynarodowej krajów zagrożonych takim sunnickim ekstremizmem. Flirt (próba instrumentalnego wykorzystania) Zachodu z dżihadystami nigdy temu pierwszemu nie wychodził na dobre.

Rosja już próbuje rozegrać jeszcze jedną kartę: Kurdów. Zarówno Rosjanie, jak i inne elementy koalicji stworzonej przez Putina w Syrii (choćby Hezbollah), wysłały już wyraźny sygnał gotowości do współpracy z YPG. Jeżeli do tego dojdzie, to Syria będzie całkowicie stracona dla Zachodu. Wszystko zależy od postawy USA i Europy wobec planowanej ofensywy Burkan al Firat i YPG z Kobane na Dżarabulus i dalej w kierunku Afrin, co oddałoby prawie całą granicę turecko-syryjska pod kontrolę Kurdów i ich sojuszników. Turcja się na to nie godzi i grozi interwencją, ale ma małe możliwości działania. Wkroczenie do Syrii byłoby całkowicie nielegalne, kompromitujące (bo oznaczałoby wsparcie IS) i doprowadziłoby do konfrontacji z Rosją. Natomiast jeśli Turcja wymusi na USA odstąpienie od wsparcia lotniczego YPG w takim scenariuszu, to lukę wypełni Rosja i to ona będzie wspierać Kurdów. Warto też dodać, iż Turcja ma niewiele atutów w rozgrywce z Rosją, gdyż ta - wchodząc w sojusz z Kurdami - może również wesprze PKK. Ponadto wzrasta aktywność Rosji w Armenii. Otoczenie Turcji tymi konfliktami oznaczać będzie jej odcięcie od surowców energetycznych bez bezpośredniego zaangażowania Rosji w konflikt. Również ostrzeżenia płynące z Arabii Saudyjskiej nie zrobią na Putinie wrażenia. Saudowie mają swój „Afganistan” w Jemenie i nie mają zdolności do interwencji militarnej na innym froncie. Globalnej wojny na Bliskim Wschodzie w wyniku interwencji rosyjskiej nie będzie.

W odpowiedzi na interwencję rosyjską USA i Europa powinny wyciągnąć wnioski z destrukcyjnej roli Turcji w tym kryzysie. Warto też pamiętać, że Turcja praktycznie nic nie zrobiła w sprawie Ukrainy, choć Krym powinien stanowić priorytet w pantureckiej polityce, do której Ankara tak nawiązuje. W Syrii Zachód ma jednego, realnego sojusznika – koalicję stworzoną przez Kurdów, w której są również chrześcijanie i Arabowie-sunnici. PYD (partia dominująca w Rożawie) planuje dalsze kroki zmierzające do współpracy z częścią opozycji. Jednoznaczne wsparcie tych planów i ofensywy przez USA i Europę pozwoli na pozostawienie w amerykańsko-europejskiej strefie wpływów prowincji  Al-Hasaka, Dajr az-Zaur, Ar-Rakka i części Aleppo, co otwierałoby też potencjalne możliwości tranzytowe surowców z Półwyspu Arabskiego poprzez to terytorium. Alternatywą jest sojusz rosyjsko-kurdyjski. Armia syryjska jest bliska odblokowania bazy lotniczej Kweiris, leżącej koło Aleppo, co Rosja mogłaby wykorzystać do wsparcia lotniczego YPG, jeśli USA wycofałyby się z tego pod naciskiem Ankary.

Rosja nie zaangażuje się na lądzie. Do tego będą wykorzystane oddziały irańskiego Pasdaranu a także niektóre proirańskie milicje irackie i Hezbollah. Na odzyskanie pełnej kontroli nad prowincją Latakia, Idlib, Hama, Homs i Damaszek i południową częścią Aleppo to wystarczy, zwłaszcza jeśli równolegle będą miały miejsce dwie ofensywy YPG – z Kobane na zachód i z Hasaki na południe.

Witold Repetowicz

Jeśli jesteś przedstawicielem wybranych instytucji zajmujących się bezpieczeństwem Państwa przysługuje Ci 100% zniżki!
Aby uzyskać zniżkę załóż darmowe konto w serwisie Defence24.pl używając służbowego adresu e-mail. Po jego potwierdzeniu, jeśli przysługuje Tobie zniżka, uzyskasz dostęp do wszystkich treści na platformie bezpłatnie.