- WIADOMOŚCI
- ANALIZA
Morska armata nie dla Polski. Jak przegrać... by wygrać
Huta Stalowa Wola przed laty miała szansę na wejście do programu ważnej armaty morskiej, która w zmodernizowanej wersji służy dziś także w Polskiej Marynarce Wojennej. Propozycja została odrzucona, co w ówczesnych czasach było swoistym ewenementem. Gdyby jednak zdecydowano się na jej wdrożenie, to po kilku latach, cytując byłego pełnomocnika Rządu ds. wdrożenia tego programu i dyrektora Kombinatu Przemysłowego HSW nie byłoby czego zbierać!”. Zapraszamy do artykułu redaktora Jerzego Reszczyńskiego.
Autor. Maksymilian Dura/Defence24.pl
W latach 70. ubiegłego roku blok wschodni, mający w doktrynie i planach operacyjno-strategicznych Układu Warszawskiego m.in. „wyzwalanie narodów Zachodniej Europy” (oczywiście jako odpowiedź na rzekomo spodziewaną agresję NATO) rozwijał m.in. swe siły desantowo-morskie. Bez nich trudno byłoby na przykład „wyzwolić” Danię (akurat to zadanie miało być naszym, polskim wkładem w ekspansję „zwycięskiego socjalizmu” na cały kontynent). Budowano w znacznej liczbie w miarę nowoczesne jednostki morskie różnych klas, nie tylko okręty desantowe, ale i jednostki bojowe oraz osłonowe. Powstało w związku z tym zapotrzebowanie na uniwersalną armatę morską na ich wyposażenie. Za optymalny uznano kaliber 76,2 mm. Miała zastąpić niespecjalnie udaną i mało skuteczną armatę AK-725 kal. 57 mm.
Czym jest armata AK-176?
Armata taka, AK-176, powstała w ZSRR w połowie lat 70. XX wieku jako uzbrojenie dedykowane średniej wielkości okrętom bojowym oraz dla jednostek desantowych i specjalnych. Trafiała głównie na korwety proj. 1241.2 i 1124, kutry rakietowe proj. 1241.1 i 1241RE, korwety rakietowe proj. 1234.1, poduszkowce, okręty patrolowe, niszczyciele min, okręty desantowe proj. 775M Ropucha i okręty łączności. Nietrudno skojarzyć założenia tej konstrukcji z charakterystykami użytkowanej od lat 60. włoskiej armaty okrętowej OTO Melara o tym samym kalibrze i zbliżonych cechach konstrukcyjnych i osiągach.
Autor. Maksymilian Dura/Defence24.pl
Armata radziecka, podobnie jak jej włoski prawzorzec, była przystosowana i do zwalczania celów nawodnych, i do obrony przeciwlotniczej ugrupowań okrętów. Imponujący miał być nie tyle jej zasięg (15 500 m wobec celów nawodnych i 9 000 m w zwalczaniu celów powietrznych) czy rodzaje stosowanej amunicji, co szybkostrzelność wynosząca do 120 strzałów na minutę. Prędkość wylotowa pocisku o masie blisko 6 kg sięgała 980 m/s. Kompletny nabój ważył 12,8 kg, co przy tak wysokiej szybkostrzelności generowało duże siły bezwładności w układzie zasilania amunicją i ładowania.
W tym przypadku musiały pojawiać się problemy z wytrzymałością zmęczeniową najbardziej obciążonych elementów tego układu. Ich skuteczna eliminacja musiałaby wiązać się z wejściem w obszar inżynierii materiałowej, niezbędnej do uzyskania materiałów o odpowiedniej wytrzymałości zmęczeniowej właśnie, a także technologii obróbki tych materiałów, w tym obróbki cieplnej, aby oczekiwane parametry uzyskać. Takich problemów nie usuwa się w miesiąc, niezbędne są częstokroć zaawansowane badania podstawowe, nie tylko w obszarze metalurgii.
Te wady zostały usunięte dopiero wiele lat później, w trakcie kolejnych modernizacji konstrukcji AK-176.”Przy tym kalibrze i dużej prędkości początkowej pocisków, oraz ówczesnych technologiach, żywotność luf tego działa była niewielka. A to oznaczało, że oprócz samych dział trzeba będzie produkować gigantyczne ilości długich, 59-kalibrowych luf wymagających skomplikowanej i kosztownej obróbki. To wymagało olbrzymiego rozbudowania zaplecza materiałowego w części hutniczej, rozbudowy wyspecjalizowanego parku obrabiarkowego, przeszkolenia znacznej liczby pracowników. Koszty uruchomienia byłyby olbrzymie” – mówi Ryszard Kapusta, dyrektor naczelny Kombinatu Przemysłowego HSW od grudnia 1982 r. do połowy lipca 1991 r.
Droga do produkcji w Polsce
W 1983 r. Ryszard Kapusta został ustanowiony pełnomocnikiem rządu do spraw wdrożenia licencyjnej produkcji tego działa w Polsce, konkretnie – w HSW, oraz koordynatorem wprowadzenia na uzbrojenie polskiej armii całego systemu, wraz z wdrożeniem rozwiązań licencyjnych w elektronice i w stoczniach. Znaczyło to, że zapadły w tej sprawie decyzje polityczne. On miał je realizować. Jak twierdzi R. Kapusta, szły za tym niewiarygodnie duże jak nawet na tamte czasy pieniądze na inwestycje. Nie tylko w HSW, ale i na poligonie, gdzie miały być prowadzone próby odbiorcze.
Autor. Jarosław Ciślak/Defence24.pl
Prace nad przejęciem tej produkcji były bardzo zaawansowane. Do Moskwy pojechał na kilka tygodni zespół konstruktorów i technologów, którzy na miejscu zapoznawali się z dokumentacją.
Studiowaliśmy ją pod strażą, w specjalnie zabezpieczonych pomieszczeniach. Mieliśmy mieszane odczucia, wiele rozwiązań budziło nasze wątpliwości, choć był to stosunkowo nowy wyrób. Dowiedzieliśmy się swoimi kanałami, że Rosjanie mieli już u siebie wprowadzać do produkcji armatę morską nowej generacji, więc chcieli abyśmy przejęli produkcję tej, przy okazji wykonując dla nich mnóstwo części zamiennych dla wcześniej wyprodukowanych dział.
wspomina Stanisław Wójcik, ówczesny szef pionu produkcji wojskowej w HSW
Fakt. O tym polscy specjaliści nie mogli jeszcze wówczas wiedzieć, ale w miejsce przyjętej na uzbrojenie w 1979 roku AK-176 „dojrzewała” już w ZSRR nowa armata morska, AK-276, dwulufowa, o tym samym kalibrze 76,2 mm, ale szybkostrzelności zredukowanej do 45 strzałów na działo (z jednej lufy) oraz znacznie nowocześniejszym oprzyrządowaniu elektronicznym. Jej zadaniem było zastąpienie również dwulufowej armaty AK-726 tego samego kalibru z lat 60. To dość mało znany system, bo popularniejsza stała się cięższa AK-100 kalibru 100 mm. Jednocześnie widać, że Rosjanie nie do końca byli zadowoleni z pierwszej wersji „176”, którą później, pod koniec lat 80. – jak się okazuje – sami musieli jednak poddać znacznej modernizacji i służy im ona do dziś jako AK-176M (i ta ostatnia wersja służy dziś w Polskiej Marynarce Wojennej).
Autor. Jarosław Ciślak/Defence24.pl
Ale Stalowej Woli nie zaoferowano udziału w jej produkcji, „żeniąc” HSW z dotychczas produkowaną wersją, i w gruncie rzeczy już przestarzałą. To miało stanowić formę zabezpieczenia na wypadek niepowodzenia nowszej konstrukcji bądź przedłużania się prac nad nią. W kolejnej fazie modernizacji, jako AK-176MA, armata ma zwiększoną dokładność naprowadzania i celność, mniejszą masę, i wreszcie nowoczesne wyposażenie elektroniczne, głównie celownicze.
– W wydziale M-9 mieliśmy już przywieziony z ZSRR wzorzec produkcyjny tej armaty. W specjalnym, utajnionym pomieszczeniu rozebraliśmy ją na części, i przyglądaliśmy się temu wszystkiemu – mówi Stanisław Wójcik. Czesław Słowik, pełniący w tym okresie funkcję głównego technologa HSW. Pamięta, że do HSW dostarczono „dwa wagony” dokumentacji konstrukcyjnej, i że „zapuszczono” jej tłumaczenie, zaprojektowano też już znaczną część oprzyrządowania produkcyjnego, a część z niego już nawet wykonano.
Szef KP HSW, jako pełnomocnik rządu, pojechał do ZSRR, gdzie po raz pierwszy zademonstrowano mu AK-176 w działaniu. Było to na poligonie morskim niedaleko Rygi.
To, co zobaczyłem i miałem sposobność ocenić od strony technicznej, załamało mnie. Oceniliśmy, że jest to wyrób, który cofnąłby nas o kilkanaście lat, głównie w elektronice. Całe wyposażenie związane z systemami kierowania ogniem i celowniczym oparte było na lampowej jeszcze, dawno już u nas zarzuconej, bazie elementowej. Zajmowało to gigantyczne przestrzenie, grzało się niesamowicie, było podatne na uszkodzenia, zawodne i powolne w działaniu
Ryszard Kapusta, dyrektor naczelny Kombinatu Przemysłowego HSW od grudnia 1982 r. do połowy lipca 1991 r.
W efekcie skuteczność tej broni miała być osiągana nie dzięki precyzji i celności, ale za sprawą olbrzymiej szybkostrzelności. Miało ono po prostu stawiać zaporę ogniową dla celów powietrznych, zużywając gigantyczne ilości amunicji
Ryszard Kapusta, dyrektor naczelny Kombinatu Przemysłowego HSW od grudnia 1982 r. do połowy lipca 1991 r.
Jedyną zaletą lampowej elektroniki była jej odporność na impuls elektromagnetyczny po wybuchu atomowym, ale trudno powiedzieć, czy akurat tym kierowali się konstruktorzy działa, powstającego, przypomnijmy, na początku lat 70. ZSRR w tym czasie po prostu nie miał dostępu do nowoczesnych technologii półprzewodnikowych, nadających się do celów wojskowych.
Z kolei zastosowany w AK-176 system chłodzenia lufy wodą zaburtową tylko częściowo rozwiązywał problem ochrony lufy przed przeciążeniem termicznym związanym z wysoką szybkostrzelnością oraz dużą masą naboju, zawierającego znaczną ilość materiału wybuchowego niezbędnego dla rozpędzenia w lufie blisko 6-kilogramowego pocisku do 980 m/s.
Autor. Jarosław Ciślak/Defen
Wprawdzie instrukcja nakazywała ograniczenie liczby wystrzałów w serii do 70, po czym nakazywała co najmniej 20-30-minutowe chłodzenie lufy, ale w hipotetycznych warunkach bojowych były to ograniczenia raczej trudne do respektowania. Rosjanie deklarowali, że żywotność lufy ma wynosić 2 tysiące wystrzałów, ale te informacje nie budziły zaufania. A gdyby nawet tak było, to był to parametr raczej niezbyt wygórowany, jeśli zważyć, że mamy do czynienia z armatą morską, zabudowaną na okręcie operującym z dala od swojego portu, zaplecza serwisowego, magazynu zapasowych luf itd. Zastrzeżeń nie mogła też nie budzić awaryjność układu podawania amunicji, w oczywisty sposób związana z szybkostrzelnością i masą naboju.
Przemysł mówi "nie"
Specjaliści z biur konstrukcyjnych HSW przeanalizowali parametry działa, porównując je z jego zachodnimi odpowiednikami. A ekonomiści policzyli koszty. – ”Okazało się, że mielibyśmy działo droższe od bardziej zaawansowanych i znacznie bardziej skutecznych konstrukcji włoskich o podobnych parametrach” – mówi R. Kapusta.
Zdałem sobie sprawę, że przyjęcie tej produkcji może być bardzo niebezpieczne dla wielu naszych zakładów. A już takich jak HSW, gdzie o gospodarce rynkowej zaczynało się mówić coraz głośniej, szczególnie. Nie pamiętam dokładnej daty, ale był to najprawdopodobniej rok 1986, kiedy na naradzie wdrożeniowej oznajmiłem swoją decyzję jako pełnomocnika rządu. Oświadczyłem, że uruchamianie tej produkcji nie ma sensu
Ryszard Kapusta, dyrektor naczelny Kombinatu Przemysłowego HSW od grudnia 1982 r. do połowy lipca 1991 r.
Był to szok dla władzy. Tym bardziej, że decyzja nie była konsultowana z generalicją i kierownictwem partyjnym, podejmującym decyzje polityczne. Opinia pełnomocnika wynikała tylko i wyłącznie z przesłanek technicznych i ekonomicznych.
Reakcją na tak radykalną konkluzję pełnomocnika – było nie było – ustanowionego przez rząd w tak ważnej sprawie, był skierowany do ministra przemysłu wniosek ówczesnego wiceministra odpowiedzialnego za wdrożenie tego systemu broni w WP, o natychmiastowe odwołanie dyrektora KP HSW ze stanowiska. Skończyło się na naganie. Nie zaryzykowano ostrego konfliktu z bardzo ważnym wówczas przedsiębiorstwem zatrudniającym w tym okresie ponad 24 tysiące pracowników, realizującym dwa ważne produkcyjne programy zbrojeniowe (Goździk i MT-LB oraz kilka programów rozwojowych dla wojska oraz będącym strategicznie ważnym dla gospodarki dostawcą prawie wszystkich (poza koparkami gąsienicowymi) rodzajów sprzętu budowlanego przynoszącym krajowi gigantyczne na ówczesne czasy wpływy z eksportu, nie tylko do strefy rublowej.
Minister Janusz Maciejewski sam tę naganę po dwóch tygodniach anulował. Nigdy więcej już do tej sprawy nie wracano.– Najwyraźniej ktoś z uwagą i zrozumieniem wgłębił się w analizy i wnioski przedłożone przez HSW jako uzasadnienie odmowy podjęcia tej produkcji – ocenia z perspektywy czasu Ryszard Kapusta.
Autor. Maksymilian Dura/Defence24.pl
Kiedy zaczynał pracę w Hucie, w 1979 r., wdrażał produkcję haubicy samobieżnej 2S1 „Goździk”, kontynuował produkcję S-70 (MT-LB) i pochodnych. Kiedy żegnał się ze stanowiskiem, udział produkcji specjalnej w całości produkcji kombinatu był symboliczny.– „Pilnowałem tego przez cały czas swojego dyrektorowania, aby udział „esówki” w całości produkcji nie był wyższy jak ok. 25 proc., a w produkcji Zakładów Mechanicznych – 40 proc. Raz tylko był wyższy, wyniósł 42 proc. Uznawałem, że zwiększanie tej produkcji ponad ten poziom było dla HSW niebezpieczne” – mówi Ryszard Kapusta.
Czy była alternatywa dla kontrolowanego wygaszania produkcji wojskowej w HSW? Do dziś nie ma zgody, co do oceny tego procesu i jego następstw, zwłaszcza, jeśli chcemy dokonać oceny posługując się dzisiejszą perspektywą i pełną wiedzą o obecnych uwarunkowaniach, także geopolitycznych, ustrojowych, gospodarczych i militarnych, których przecież w połowie lat 80. nikt nie był w stanie przewidzieć.
W schyłkowym – jeśli za taki uznamy czas po „polskim sierpniu” oraz po radzieckiej interwencji w Afganistanie, która stała się grobowcem ZSRR – okresie dawnego systemu utrzymywania dawnego potencjału w przemyśle zbrojeniowym było coraz bardziej ryzykowne. Po połowie lat 80. coraz częściej zadawano pytania, czy jest sens brnąć w kompletnie nierynkowe, nierozwojowe rozwiązania, w wyroby, których nie było gdzie sprzedać.
Ryszard Kapusta mówi, że na przełomie lat 80. i 90. przez dwa lata z generalicją oraz wojskowymi ekspertami i analitykami usiłowali wypracować jakieś miejsce dla HSW, jako tradycyjnego dostawcy uzbrojenia dla polskiej armii, jakoś ją ulokować na konkretnej pozycji w tej nowej rzeczywistości polityczno-ekonomicznej.– „Doszliśmy, wszyscy razem i każdy swoją drogą, do jednego wniosku: że nie znajdziemy żadnego rozwiązania bez absolutnej jasności co do powiązania naszej armii z NATO. A do NATO zostaliśmy przyjęci dopiero w roku 1999” – dodaje były szef Kombinatu, któremu przyszło tę wielką, podległą mu strukturę demontować.
Autor. Jarosław Ciślak/Defence24.pl
–”Produkcję wojskową wyłączaliśmy, w ramach strukturalnych reorganizacji HSW, ze względów bezpieczeństwa. Aby ona nie „utopiła” nam produkcji cywilnej.” Przed nią wówczas widziano przyszłość, co nieco paradoksalnie i bardzo boleśnie zweryfikowała końcówka pierwszej dekady XXI wieku: w 2012 r. produkcję cywilną sprzedano, aby ratować wojskową. Dzięki temu dziś HSW istnieje, i jest wyłącznie producentem sprzętu dla wojska.
Czy można było inaczej?
Czy odmowa podjęcia, na kilka lat przed zmianami ustrojowymi, produkcji w Stalowej Woli armaty morskiej AK-176 oraz wdrożenia produkcji armaty czołgowej 2A46 do produkowanych w długich seriach czołgów z rodziny T-72 a potem PT-91, była straconą szansą? Czy nie za łatwo jest teraz uzasadniać ówczesne decyzje mając wiedzę o tym, jak wyglądała transformacja i jakie pociągnęła za sobą koszty? Przecież miały iść za tym artyleryjsko-morskim uruchomieniem gigantyczne pieniądze, nie tylko na rozwój zakładu, ale i na mieszkania, drogi, infrastrukturę towarzyszącą przemysłowi… Są tacy, którzy mają ówczesnemu dyrektorowi za złe jego decyzje.
Rzućmy okiem na kalendarium związane z decyzją o odmowie wdrożenia produkcji armaty AK-176. Sprawa rozgrywała się w latach od 1983 (kiedy budowano strukturę pod wdrożenie licencyjnej produkcji tej armaty) do 1986 (kiedy HSW odmówiła uruchomienia jej produkcji). W sierpniu 1988 r. Hutą Stalowa Wola wstrząsnął wielki polityczny strajk (jedynym postulatem była relegalizacja Solidarności), który zyskał miano „ostatniego gwoździa do trumny PRL”. Jego następstwem były rozpoczęte kilka miesięcy później rozmowy Okrągłego Stołu. W rezultacie historycznego kompromisu okrągłostołowego 4 czerwca 1989 r. odbyły się pierwsze, częściowo wolne, wybory parlamentarne, których konsekwencje zakończyły żywot PRL i zainicjowały transformację systemową oraz odwrócenie naszych sojuszy militarnych i politycznych.
Autor. Maksymilian Dura/Defence24.pl
Gdyby w 1986 r. HSW jednak ugięła się i pozwoliła narzucić sobie produkcję AK-176 (według różnych źródeł Rosjanie ostatecznie wyprodukowali łącznie ok. 2 000 tych systemów artyleryjskich), bardzo kosztowne prace przygotowawcze, wdrożeniowe, inwestycje w pionie metalurgicznym, wykonanie oprzyrządowania, przeszkolenie pracowników itd., pozwoliłyby realnie rozpocząć produkcję około 1988-1989 roku. Czyli wtedy, kiedy w ZSRR byłaby już produkowana nowocześniejsza i lepsza, zmodernizowana AK-176M. Co jednak ważniejsze – wtedy, kiedy waliła się nie tylko PRL z jej gospodarką, ale też rozlatywały się wszystkie dotychczasowe powiązania gospodarcze, głównie ze Wschodem, „bratnim obozem socjalistycznym”.
Zobacz też

Przede wszystkim – z ZSRR, który miał być głównym, praktycznie jedynym (przewidywano produkcję tych armat na potrzeby polskiego przemysłu okrętowego i tym samym polskiej Marynarki Wojennej, ale to był margines wobec potrzeb Wielkiego Brata). ZSRR w coraz większym stopniu zajęty był własnym upadkiem i rozpadem, zakończonym ostatecznie w 1991 rozwiązaniem tej struktury. W tym samym roku dokonał żywota Układ Warszawski, którego ZSRR był najważniejszym elementem. W tej sytuacji HSW pozostałaby już nie z ręką, ale wręcz z głową w nocniku, z poniesionymi na przyjęcie i wdrożenie licencji potężnymi kosztami i bez szans na zbycie produkowanych na tej licencji wyrobów.
W Marynarce Wojennej RP doliczyc się można dziś zaledwie kilku będących na wyposażeniu jednostek pływających armat AK-176, ale już w wersji „M”. Trafiły na uzbrojenie ORP „Kaszub” wodowanego w 1985 r. oraz okrętów rakietowych proj. 660 (ORP „Orkan”, ORP „Piorun” i ORP „Grom”), wodowanych w 1990 r. Wcześniej tym uzbrojeniem dysponowały cztery, już zezłomowane, zakupione w ZSRR na początku lat 80. jednostki proj. 1241RE: ORP „Rolnik”, ORP „Hutnik”, ORP „Metalowiec” i ORP „Górnik”. Zakup tych okrętów wymusiła odmowa ze strony ZSRR dostarczenia zamówionych krytycznych elementów wyposażenia i uzbrojenia dla już zaprojektowanych, a nawet będących częściowo w budowie, szybkich kutrów rakietowo-artyleryjskich proj. 665. Skasowanie tego programu naraziło Stocznię Gdańską na poważne problemy finansowe, związane z zakupem materiałów i silników, niezależnie od tego, że Polska musiała sfinansować zakup w ZSRR czterech „zastępczych” jednostek…
Produkcji tej, znacznie lepszej, wersji armaty HSW nie zaproponowano.
Bardzo trudno powiedzieć, czy taki „numer”, jaki zrobił Ryszard Kapusta odmawiając uruchomienia produkcji armaty przeznaczonej praktycznie wyłącznie dla ZSRR, byłby możliwy nieco wcześniej.– „Będę bronił swego stanowiska” – podkreśla Ryszard Kapusta.
Gdybyśmy się wtedy ugięli, powstałyby tak potężne zobowiązania związane z inwestycjami, i tak znacznie zostałby rozdęty potencjał związany z produkcją wojskową dla Układu Warszawskiego, że już kilka lat później Huty nie uratowałoby nic. W gospodarce rynkowej, która nadeszła niebawem, nie miałaby szans się wybronić, kiedy program Balcerowicza odciął wszelkie wsparcie dla przedsiębiorstw, a stopa oprocentowania zobowiązań dokonałaby dzieła spustoszenia. Nie byłoby czego zbierać!
Ryszard Kapusta, dyrektor naczelny Kombinatu Przemysłowego HSW od grudnia 1982 r. do połowy lipca 1991 r.


WIDEO: Offset czy „offset”? Miliony na Jelcza, miliardy na Apache | Defence24 Week #153