Strona główna

Morska Jednostka Rakietowa – polskim wkładem w siłę NATO

Fot. M.Dura
Fot. M.Dura

Polskie Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe są ważnym elementem całego systemu obronnego NATO. Przez swoją mobilność mogą bowiem bardzo szybko wzmocnić obronę każdego kraju europejskiego i pozwalają na kontrolowanie dowolnego morskiego szlaku komunikacyjnego wokół Europy. I nie tylko.

A przecież decyzja o zakupie pierwszego Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego (NDR) dla Marynarki Wojennej RP wywołała początkowo wiele kontrowersji. Duża część specjalistów uważała bowiem, że najważniejsza są okręty i to na nie powinny być w pierwszej kolejności wydawane środki finansowe. Niewielu ludzi zdawało sobie wtedy sprawę, jak rewolucyjną zmianę wprowadzono tym samym do sposobu wykorzystania sił morskich na Morzu Bałtyckim – i jak widać obecnie, nie tylko tam.

Po raz pierwszy na wyposażeniu Marynarki Wojennej RP znalazł się bowiem system bojowy, uważany w swojej klasie za najnowocześniejszy na świecie. Polska uzyskała w ten sposób możliwości, jakich wcześniej nigdy nie miała. Wszyscy nagle musieli uwzględnić w swoich szacunkach, że wykorzystywane w Nadbrzeżnym Dywizjonie Rakietowym rakiety przeciwokrętowe NSM o zasięgu ponad 220 km pozwalają przerwać na Bałtyku ruch nawodnych jednostek pływających – w tym przede wszystkim tych: płynących do Rosji lub płynących z Rosji.

image
Fot. M.Dura

A przecież pociski z polskich NDR-ów mają również możliwość atakowania celów naziemnych. Wprowadzenie w Polsce brzegowych wyrzutni rakiet przeciwokrętowych bardzo szybko wywołało więc reakcję rosyjskiej Floty Bałtyckiej, która z roku na rok zaczęła zmieniać swój charakter.

Przede wszystkim, wiedząc o możliwości przerwania morskich linii komunikacyjnych przez polskie systemy brzegowe, Rosjanie przestali liczyć na korzystanie na Bałtyku z transportu morskiego w czasie ewentualnego konfliktu morskiego. To właśnie dlatego pragmatyczni sztabowcy rosyjskiej Floty Bałtyckiej najprawdopodobniej w ogóle nie zakładają długotrwałego operowania swoich zespołów okrętowych podczas działań wojennych, a do blokowania bałtyckich, morskich linii komunikacyjnych zamierzają korzystać z innych środków – w tym przede wszystkim z własnych baterii nadbrzeżnych typu „Bał” i „Bastion” oraz z okrętów podwodnych – dodatkowo wyposażonych w rakiety manewrujące.

image
Fot.mil.ru

Oczywiście Rosjanie już wcześniej korzystali z brzegowych systemów rakietowych, jednak ich znaczenie we Flocie Bałtyckiej wyraźnie wzrosło dopiero po pojawieniu się pierwszego polskiego NDR-u.

I nie chodziło tu jedynie o wymianę starzejących się systemów rakietowych „Rubież” (z poddźwiękowymi rakietami przeciwokrętowymi P-15, P-21 lub P-22) i „Riedut” (z ponaddźwiękowymi rakietami P-35), ale również o wprowadzenie nowych sposobów ich wykorzystania. I jeżeli w Obwodzie Kaliningradzkim pojawiły się dwa różne kompleksy nadbrzeżne:

  • „Bał” (z poddźwiękowymi rakietami Ch-35 „Uran” o zasięgu od 120 do 260 km)
  • i „Bastion” (z rakietami ponaddźwiękowymi P-800 „Oniks” o zasięgu większym niż 500 km);

to Rosjanie chcą je obecnie wykorzystywać głównie w oparciu o wspólne stanowisko dowodzenia, które na podstawie rozpoznanego obrazu sytuacji nawodnej rozdzielałoby cele dla poszczególnych wyrzutni i wybierałoby rodzaj rakiet optymalny dla danego zadania.

Przestały mieć w tym momencie znaczenie integralne systemy obserwacji nawodnej, a więc stacje radiolokacyjne baterii, ponieważ ze względu na zasięg rakiet „Uran” i „Oniks” oraz horyzont radiolokacyjny, nie mogły one już zabezpieczyć w odpowiedni sposób potrzeb zasięgowych wyrzutni rozstawionych w strefie brzegowej (co jest na przykład nadal wielkim problemem polskiej Morskiej Jednostki Rakietowej).

image
Fot.mil.ru

 Natomiast ćwiczenia realizowane przez Flotę Bałtycką pokazywały, że dane do systemów nadbrzeżnych o celach będą przekazywane przede wszystkim przez samoloty, śmigłowce oraz bezzałogowe aparaty latające. Takie statki powietrzne mają działać jednak nie dla potrzeb jakiejś, wskazanej baterii, ale dla całego, brzegowego systemu obronnego.

W ten sposób Rosjanie mają możliwość mieszania jednostek rakietowych „Bał” i „Bastion” tak ,aby wzdłuż wybrzeża można było rozstawiać naprzemiennie wyrzutnie z rakietami „Uran” i „Oniks”. Pozwoli to rosyjskim dowódcom na:

  • racjonalnie wykorzystanie systemu rozpoznania dalekiego zasięgu;
  • wybór optymalnego środka zwalczania danego celu nawodnego;
  • mieszanie rakiet, tak aby we wskazany cel mogło jednocześnie uderzyć kilka pocisków, nadlatujących z różną prędkością, z różnych kierunków i na różnych pułapach – w tym na wysokości fal jak w przypadku „Uranów”.

W ten sposób osiągnięto efekt synergii, ponieważ połączone w całość dwa różne kompleksy rakietowe mają większe możliwości, niż gdyby działały oddzielnie.

Zmiany wywołane pojawieniem się NDR-ów widać też po składzie sił nawodnych Floty Bałtyckiej, w których duże okręty powoli przestają się liczyć. Widać to także po zadaniach rosyjskiej piechoty morskiej, która wydaje się nie być już przygotowywana do uczestniczenia w wielkoskalowych operacjach desantowych, a bardziej do przeprowadzania błyskawicznych akcji sabotażowo-dywersyjnych. Akcje te mają mieć na celu wywołanie jak największego zamieszania oraz poczucia ciągłego zagrożenia i strachu, szczególnie wśród ludności cywilnej. Nie chodzi natomiast o zajęcie terenu, ponieważ NDR-y nie pozwolą na podejście dużym, rosyjskim okrętom desantowym w pobliże polskiego wybrzeża.

I warto pamiętać, że takiej reakcji Floty Bałtyckiej nie wywołały: ani wcześniejsze plany Marynarki Wojennej pozyskania siedmiu korwet typu „Gawron”, ani obecne zamiary budowy trzech okrętów obrony wybrzeża w ramach programu „Miecznik”.

Co ciekawe wprowadzenie w Polsce NDR-ów zmieniło podejście do tego rodzaju systemów nie tylko rosyjskiej, ale również szwedzkiej marynarki wojennej. W Szwecji zaprzestano bowiem w 2000 roku wykorzystywania rakiet nadbrzeżnych, pomimo że w 1995 roku wprowadzono jedną baterię bardzo nowoczesnych w tamtym czasie pocisków przeciwokrętowych typu RBS-15.

W listopadzie 2016 roku szwedzkie siły zbrojne poinformowały jednak o reaktywacji utajnionej liczby wyrzutni rakiet nadbrzeżnych, które mają wzmocnić własny system obrony wybrzeża. Uznano więc, że samo lotnictwo i okręty nie zapewnią tego, co ukryte na lądzie stanowiska ogniowe, zdolne do zwalczania morskich linii komunikacyjnych nawet w odległości ponad 200 km. Szwedzi mają więc możliwość,  bez narażania własnych załóg okrętowych i pilotów, zablokować Rosjanom wejście i wyjście z Zatoki Fińskiej, a więc bazę morską w Sankt Petersburgu.

Z podobnego powodu, ze swoich baterii nadbrzeżnych opartych o rakiety RBS-15 nie zrezygnowała również Chorwacja. Zrobiono tak pomimo, że są tam wykorzystywane starsze wersje pocisków, które po modernizacji mają możliwość atakowania celów na odległości maksymalnie do 100 km. System jest jednak nadal utrzymywany w pełnej sprawności technicznej o czym świadczą faktyczne strzelania ćwiczebne zorganizowane w 2015, 2016 i 2018 roku.

image
Fot. mil.ru

Podobne wnioski wyciągnęli Rumunii, którzy postanowili zastąpić posiadany jeszcze teoretycznie sowiecki system 4K51 „Rubież” z rakietami P-15M, systemem rakietowym z rakietami NSM, pozyskanym od Stanów Zjednoczonych w trybie FMS.

Zmiany w podejściu do wykorzystania NDR-ów, a od 1 stycznia 2015 roku Morskiej Jednostki Rakietowej są również widoczne w Polsce. Początkowo uważane głównie jako dodatek od okrętów, teraz są traktowane jako ważny atut – nie tylko wzmacniający system obrony polskiego wybrzeża, ale również podnoszący rangę naszej Marynarki Wojennej w ramach całych sił NATO.

Jeszcze na początku 2018 roku, gdy pytaliśmy się dowódcy Morskiej Jednostki Rakietowej, czy planowane są szkolenia przerzutu elementów dywizjonu, chociażby do krajów bałtyckich – Litwy, Łotwy i Estonii, wraz z późniejszym zgrywaniem całej jednostki z istniejącym tam systemem wskazywania celów otrzymaliśmy odpowiedź, że takie plany nie są znane.

Idea wskazywana od lat przez dziennikarzy wreszcie jednak zaskoczyła i od 2019 roku coraz częściej słychać o przerzucie elementów polskich NDR-ów do różnych krajów NATO oraz o ćwiczeniach w szybkim transporcie tych elementów na duże odległości. Tak było m.in.:

  • w maju 2019 roku, gdy polskie wyrzutnie rakiet nadbrzeżnych sfotografowano w czasie ćwiczeń Spring Storm 2019 w Estonii;
  • oraz w marcu 2021 roku, gdy polskie elementy z Morskiej Jednostki Rakietowej uczestniczyły w międzynarodowych manewrach Sea Shield-2 prowadzonych w Rumunii i na Morzu Czarnym.

Okazuje się więc, że Polska ma system, który może być błyskawicznie wykorzystany przez Pakt Północnoatlantycki: i to nie tylko do obrony jakiegoś wybrzeża (ponieważ desant ze strony Rosji jest mało prawdopodobny), ale również do kontroli wskazanego akwenu. I wszystko to można zrobić niewielkim kosztem, bez konieczności wysyłania drogich okrętów z kilkusetosobowymi załogami i co najważniejsze przez nawet długi okres czasu. Łatwiej jest bowiem wymieniać kilkuosobowe obsady wyrzutni nadbrzeżnych i systemów współpracujących, niż zastępować na morzu duże jednostki pływające.

image
Fot.M.Dura

Wbrew pozorom taki wzmocniony udział NDR-ów w działaniach sojuszniczych może przynieść konkretne zyski również samej Marynarce Wojennej. Do szybkiego współdziałania w „obcych” systemach obrony wybrzeża polskich, mobilnych wyrzutni rakietowych trzeba je bowiem odpowiednio przygotować na przyjmowanie wskazania celu z bardzo różnych źródeł.

Taka wszechstronność może pomóc w przezwyciężeniu najważniejszego problemu z jakim boryka się Morska Jednostka Rakietowa od początku swojego istnienia – a więc ze zwalczaniem celów na maksymalnym zasięgu rakiet. Obecnie głównym źródłem dla wyrzutni rakiet są bowiem wchodzące w skład baterii trójwspółrzędne radary TRS-15C. Zapewniają one jednak wskazanie celów nawodnych  tylko do horyzontu radiolokacyjnego, a więc na odległość nie większą niż 40 km.

image
Fot. M.Dura

Oznacza to wykorzystanie tylko jednej piątej możliwości rakiet NSM i ta sytuacja może się zmienić jedynie poprzez dostarczanie informacji z zewnątrz. Konieczność włączania się w zupełnie nowe systemy dowodzenia może zmusić do takiej modernizacji polskich wyrzutni rakietowych, by działały zgodnie z zasadą „Podłącz i działaj” („Plug and Play”), a więc do wprowadzania wspólnych standardów komunikatów, służących do przekazywania informacji o celach ataku.

Działania te mogą się opłacić wszystkim, ponieważ Marynarka Wojenna jest ilościowo gotowa do stałego wydzielania dla natowskich sił szybkiego reagowania, czyli do Sił Odpowiedzi NATO nawet jednej baterii rakietowej z trzema jednostkami ogniowymi.

Wcześniejsze szacunki wykazywały przecież, że do zapewnienia obrony polskiego wybrzeża wystarczyć może jeden nadbrzeżny dywizjon rakietowy w składzie dwóch baterii. Tymczasem obecnie Morska Jednostka Rakietowa ma na wyposażeniu dwa nadbrzeżne dywizjony, a więc powinna mieć do dyspozycji 98 rakiet przeciwokrętowych NSM, z których 48 jest umieszczonych na wyrzutniach, a 48 może być na pojazdach transportowo-załadowczych jako uzupełnienie (dwie pełne jednostki ognia). Do wykorzystania są więc cztery baterie, z których każda ma trzy jednostki ogniowe w składzie: jedna wyrzutnia oraz wóz kierowania uzbrojeniem i łączności.

Zachowując jeszcze trzecią baterię jako rezerwę widać, że bez problemu można czwartą baterię traktować jako ekspedycyjną, okresowo wysyłając ją np. do krajów bałtyckich, wzmacniając ich system obronny i przy okazji denerwując Rosjan, którzy muszą w ten sposób polski system rakietowy uwzględniać w swoich planach działania i przeciwdziałania.

Takich opcji międzynarodowego wykorzystania polskich NDR-ów jest zresztą na pewno o wiele więcej.

Komentarze