- WIADOMOŚCI
- KOMENTARZ
Koniec pewnej ery w Kongresie. „Republikańskie Jastrzębie odchodzą”
Autor. Facebook.com/The White House
We wtorek 28 lipca odbył się pogrzeb senatora Lindseya Grahama. Śmierć republikańskiego senatora jest zwieńczeniem pewnej ery – zarówno w Kongresie, jak i w samej Partii Republikańskiej.
Niedawna śmierć senatora Lindseya Grahama zapoczątkowała szerszą dyskusję na temat zmian zachodzących na przestrzeni lat u Republikanów. Czy partia zdominowana dziś przez ludzi MAGA (Make America Great Again) ma jeszcze cokolwiek wspólnego z ugrupowaniem, na czele którego stał Ronald Reagan? Czy śmierć Grahama oznacza, że Ukraina może pożegnać się z jakimikolwiek szansami na zrozumienie u konserwatywnej części Kongresu? Na te i inne pytania postaramy się odpowiedzieć w niniejszym tekście.
Strata "bezpiecznika"
Lindsey Graham, co znamienne, umarł chwilę po zakończeniu swojej dziesiątej (!) już wizyty w Kijowie od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Trudno w amerykańskim Kongresie – zarówno po stronie Republikanów, jak i Demokratów – znaleźć kogoś, kto z takim zapałem angażował się w amerykańską pomoc dla naszych wschodnich sąsiadów.
To właśnie Graham był jednym z motorów napędowych projektu ustawy zakładającej amerykańskie sankcje na Federację Rosyjską i kraje z nią współpracujące. Ustawy, która – co warte podkreślenia – niedługo może w końcu wejść w życie, o czym pisaliśmy na stronie Defence24. Senator nie ograniczał się wyłącznie do sankcji na Rosję, ale także był tym, który optował za wzmacnianiem broniącej się Ukrainy, choćby poprzez przekazywanie jej sprzętu wojskowego.
Czy zatem śmierć Grahama oznacza, że Ukraińcy stracili w Partii Republikańskiej ostatniego orędownika ich sprawy? Raczej nie, ale z pewnością „stracili” jedynego senatora, który utrzymywał stałe kontakty z prezydentem Trumpem – a to ma niewątpliwie pośredni wpływ na relacje Waszyngtonu i Kijowa. Jak podkreśla amerykanista Rafał Michalski, polityka mediacji była prowadzona przez kongresmana właściwie niezmiennie od roku 2017.
„Obok Marco Rubio był on postrzegany jako jedyny »polityczny bezpiecznik« polityki zagranicznej” – stwierdził w rozmowie z Defence24 Michalski, zauważając, że obecny lider senackiej większości, czyli John Thun, takich zdolności jak Graham nie ma. Co więcej, jest dziś w poważnym konflikcie personalnym z amerykańskim prezydentem.
Zobacz też

Koniec pewnej ery
Wiedząc już, jaką rolę w Senacie odgrywał Lindsey Graham, możemy szerzej przyjrzeć się pewnym trendom zachodzącym dziś w amerykańskim Kongresie. Zdaniem wspomnianego Rafała Michalskiego śmierć senatora kończy „erę neokonserwatywną” w polityce w Stanach Zjednoczonych. „Zbliżająca się emerytura McConnella; fiasko prezydentury Joe Bidena. »Jastrzębi« politycy – z powodów ściśle związanych z wiekiem – odchodzą(…)” – zauważył ekspert.
„Wystarczy spojrzeć na profil demograficzny tych pozostałych: Bill Cassidy przegrał prawybory; został więc Tom Cotton, Richard Blumenthal, Jack Reed i Jeanne Shaheen. Nie udało się temu pokoleniu »wychować« neokonserwatywnych w poglądach na politykę zagraniczną następców. Graham to doskonale rozumiał, dlatego próbował osiągnąć jak najwięcej póki istniała okazja (stąd jego gorące poparcie dla wojny z Iranem)” – dodał.
Co z NATO?
Stopniowe zanikanie ery „jastrzębi” każe też stawiać pytania o zmiany zachodzące w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych i stosunek politycznego establishmentu względem amerykańskich sojuszników. Jak mówi nam Rafał Michalski, nadal większość umiarkowanych republikanów optuje za współpracą w ramach NATO.
Na bardzo istotny aspekt zwraca uwagę inny amerykanista Mikołaj Teperek z Defence24. W dyskusji na temat amerykańskiego spojrzenia na NATO rozróżnia on poparcie dla tego sojuszu oraz faktyczne przekonanie, że Sojusz Północnoatlantycki rzeczywiście służy bezpieczeństwu Amerykanów.
„To drugie systematycznie spada, natomiast większość republikanów – wciąż grubo ponad 50% – popiera samo partnerstwo transatlantyckie ze Starym Kontynentem. Fundamentalnej rewolucji w poglądach więc nie ma; rośnie za to głos izolacjonistyczny, domagający się priorytetu dla interesu narodowego kosztem globalnego zaangażowania” – mówi Teperek, zauważając, że zjawisko, o którym mowa nie wzięło się od Donalda Trumpa i jego kampanii prezydenckiej z 2016 roku, ale jest czymś trwającym znacznie dłużej.
„Amerykanie od 80 lat narzekają na poziom europejskiego zaangażowania w NATO – już Joe Biden jako senator krytykował bierność Europy podczas wojny w Bośni. Nowością jest raczej sposób artykulacji: obecne pokolenie polityków mówi wprost, metodą faktów dokonanych, zamiast dyplomatycznej perswazji” – powiedział ekspert.
Republikanie - czyli kto?
Przechodzimy do pytania ostatniego. Co możemy dziś powiedzieć o zmianach, które zaszły w Partii Republikańskiej? Jak możemy charakteryzować ten ruch polityczny?
„Zmiana, która zaszła w Partii Republikańskiej, nie jest efektem zmiany pokoleniowej, lecz przesunięcia w amerykańskiej debacie geopolitycznej. Partia wciąż ma swoje tradycyjne skrzydło znane z czasów Reagana czy Bushów, ale dziś wyraźną większość stanowi ruch Donalda Trumpa, który nadał konserwatyzmowi nowy odcień – głośniej odwołujący się do przeszłości i bardziej podejrzliwy wobec zaangażowania USA za granicą” – powiedział Mikołaj Teperek. Jego zdaniem obecna amerykańska administracja nie jest jednak partią izolacjonistyczną w klasycznym, XIX-wiecznym rozumieniu.
„Trump angażuje się aktywnie na arenie międzynarodowej – od porozumień pokojowych między Azerbejdżanem a Armenią, przez porozumienia abrahamowe, po twarde działania wobec Wenezueli, Kuby, Grenlandii, Ukrainy czy Chin. To raczej neoizolacjonizm: aktywność na świecie podporządkowana ściśle interesowi narodowemu i gospodarczemu USA, a nie idealizmowi” – stwierdził.
„’America First« nie oznacza »America Only« – prezydent wie, że gospodarka USA zależy od stabilności rynku ropy czy kondycji Europy. Dlatego nie ma realnego ryzyka wyjścia USA z NATO – hasła o tym pojawiają się wyłącznie w kampanijnej retoryce. Można się jednak spodziewać, że kolejni republikańscy prezydenci będą mieli własną wersję »America First« i każdą decyzję będą oceniać przez pryzmat bezpośredniej korzyści dla Stanów Zjednoczonych” – podsumował.

