Wojna na Ukrainie - raport specjalny Defence24

Medyk na ukraińskim froncie: "Jak pływanie w oceanie z rekinami" [WYWIAD]

Fot. Witold Dobrowolski, członek zespołu

Wojna przynosi wiele ofiar. Ważnym elementem każdego oddziału są medycy. O pracy medyka na froncie opowiada Damian Duda, organizator polskiego zespołu ratowników pola walki na Ukraińskim froncie. Zawodowo odpowiada za komunikacje w kryzysie na szczeblu krajowym, jest również wykładowcą akademickim na UMCS.

Bartłomiej Wypartowicz, Defence24: Jak to się stało, że trafiłeś na Ukrainę? Kiedy podjąłeś decyzję o wyjeździe?

Damian Duda: Ta decyzja została podjęta przeze mnie w 2014 roku. Pierwszy raz pojechałem do Mariupola właśnie w 2014 roku. Tam poznałem ludzi, którzy później mieli zostać sławnymi obrońcami Azowstalu. Wtedy, kiedy na Mariupol spadły Grady a dokładniej 30 pocisków. Pojechałem tam jako obserwator międzynarodowy i od tamtej pory, widząc co się dzieje jeździłem już regularnie jako medyk pola walki. Na początku szkoliłem Ukraińców. W pewnym momencie Ukraińcy powiedzieli: „No dobra, no to jak nas szkoliłeś, to teraz jedziemy to sprawdzić". Pojechaliśmy pod lotnisko donieckie. Od 2014 roku regularnie, aż do 2020 roku jeździłem na Ukrainę. Musiałem sobie zrobić przerwę, bo włączyło mi się zamiłowanie do ryzyka. Byłem też dwa razy w Iraku, gdzie szkoliłem żołnierzy walczących z Państwem Islamskim oraz miałem zaszczyt być w Syrii, gdzie szkoliłem kurdyjskie oddziały, które również walczyły z Państwem Islamskim. Nie ukrywam, że planowałem sobie zrobić przerwę, robiło się zbyt brawurowo. Nie mogę zbytnio się wychylać, ale z chwilą kiedy wybuchła eskalacja zadzwonił do mnie mój kolega z Mariupola i powiedział: „Słuchaj, zaczęło się, jeżeli nam nie pomożecie to nas wytłuką". Podjąłem wtedy decyzje, że ogarniam formalności i wracam. Wziąłem wolne w pracy, spakowałem sprzęt z chłopakami i pojechaliśmy.

Fot. Witold Dobrowolski, członek zespołu

Możesz powiedzieć, jak obecnie zorganizowany jest transport rannych?

Każda grupa zadaniowa, bądź jednostka powinna posiadać na miejscu własnego medyka lub osobę, która jest medycznie przeszkolona i jest w stanie od razu, po wystąpieniu zdarzenia osobę ranną przygotować do transportu i udzielić podstawowych zabiegów TC3, czyli na przykład założenie opasek uciskowych, udrożnienie dróg oddechowych, zlikwidowanie dysfunkcji układu oddechowego. Nasz punkt medyczny jest ulokowany jakieś 1200 metrów za pierwszą linią i jeżeli jest potrzeba wyjeżdżamy bezpośrednio do miejsca, gdzie jest osoba poszkodowana. My robimy wszystkie niezbędne zabiegi, jeśli wcześniej nie zostały przeprowadzone i samochodem 4x4 wieziemy poszkodowanego w tył, gdzie jest już normalna droga. Stamtąd może już odebrać poszkodowanego wojskowa karetka pogotowia, która jest przygotowana do ustabilizowania funkcji życiowych. Kiedy jest taka potrzeba, my również wykonujemy część czynności stabilizujących życie. Sama ewakuacja jest bardzo niebezpieczna, dlatego że między umocnionymi pozycjami Rosjanie przy pomocy dronów prowadzą ostrzał artyleryjski. Często przemieszczanie się z punktu do punktu przypomina pływanie w oceanie, gdzie mamy do czynienia z rekinami, które pływają między wyspami. Nasza ekipa jeździ na pickupie. Mamy kierowcę, który jest osobą odpowiedzialną za zapewnienie nam bezpieczeństwa pracy, czyli to jest ten uzbrojony gość. Najczęściej jest to żołnierz ukraiński. Kolejnymi osobami są pomocnik i ratownik. Ta dwójka zajmuje się „zapakowaniem" poszkodowanego i stabilizacją jego życia podczas transportu. Oczywiście na tyle, na ile warunki pozwalają. Tak wygląda organizacja na okoliczność zabezpieczonych i umocnionych punktów oporu. Kiedy dochodzi do działań, mających charakter ataku czy ofensywy to tamta organizacja pomocy wygląda inaczej. Jest płynnie dostosowywana do realiów i warunków.

Rozumiem, że w warunkach wojennych potrzebna jest duża ilość sprzętu medycznego. Jak wygląda dostępność indywidualnych środków opatrunkowych i staz?

Ja mogę wypowiadać się tylko i wyłącznie za te pododdziały, z którymi współpracowaliśmy. Na chwilę obecną jest tam okej. Pododdziały są dobrze wyposażone w środki indywidualne. Jest problem, jeżeli chodzi o plecaki medyczne z rozszerzoną ilością tego, co mamy IPMEDach (Indywidualny Pakiet Medyczny - przyp. red.). Jest problem również z zapasem środków by zastąpić te wykorzystane. Można powiedzieć, że „jest na styk". Są pododdziały, które się formują. Tam, z tego co wiem jest problem żeby na bieżąco ludzie otrzymywali apteczki. Bardzo dobrą robotę robią tutaj wolontariusze. Problemem jest inna kwestia. Nie wszystkie indywidualne pakiety medyczne są skompletowane i posiadają sprzęt, który jest rekomendowany przez TC3. Szczególnie na początku wojny, kiedy kupowano to, co było dostępne od ręki nasycono żołnierzy chińskimi podróbkami, w szczególności opasek uciskowych. To jest problem. My za każdym razem sprawdzamy żołnierzom apteczkę. Medyk odpowiada za to aby w pododdziale sprawdzić apteczki. Chińskie g..., które może kosztować życie takiego człowieka musimy wymienić na dobrą, rekomendowaną opaskę albo na opaskę, która jest bez rekomendacji ale Ukraińcy ją znają. Są to na przykład opaski firm Dnipro czy Sicz. Są one po testach klinicznych i działają.

Fot. Witold Dobrowolski, członek zespołu

Czy obecnie wykorzystujecie szpitale polowe? Transportujecie rannych drogą powietrzną?

Na tym odcinku, na którym my jesteśmy nie używa się śmigłowców do celów sanitarnych. Jest bardzo duże zapotrzebowanie na śmigłowce, które mogłyby walczyć, że nie przeznacza się ich do celów związanych z transportem rannych. Na naszym odcinku wszystko odbywa się drogą lądową. Szpitali polowych, ze względu na zabezpieczenie takiego miejsca, raczej się nie wykorzystuje. Sprawa prosta i banalna. Szpitale na namiotach, szpitale na kontenerach są zdecydowanie bardziej wrażliwe na działania przeciwnika niż szpitale w budynkach. Czasami tworzy się punkt ambulatoryjny w oparciu o budynki, piwnice i podpiwniczenia, gdzie opatruje się lżejsze rany, albo stabilizuje się poszkodowanego, jeżeli jego transport dalej byłby niebezpieczny. Właściwe szpitale wojsko opiera o już funkcjonujące szpitale cywilne.

Fot. Witold Dobrowolski, członek zespołu

W mediach często pojawiają się informację, w których opisywane są rosyjskie ostrzały ukraińskich medyków. Czy wojska rosyjsjanie ostrzeliwują punkty pomocy medycznej bądź karetki?

Oczywiście, że tak. Począwszy od Majdanu strzelano do oznaczonych medyków i ostrzały trwają do chwili obecnej. Oznaczone karetki obrywały już na początku. W 2021 roku była bardzo głośna sprawa, gdzie na pasie ziemi niczyjej po rzekomym zawieszeniu broni weszli medycy, którzy zostali ostrzelani przez separatystów vel Rosjan. Na chwile obecną to też ma miejsce. Szpitale są ostrzeliwane. Międzynarodowe prawo humanitarne konfliktów zbrojnych zwyczajnie nie działa. Rosjanie mają świadomość tego, że kiedy oberwie medyk to w pododdziale morale opadnie. Inni medycy będą się obawiali później udzielać pomocy, a z drugiej strony żołnierze będą bali się iść w przód mając w głowie, że w razie obrażeń nikt im nie pomoże.

Jak wygląda zdrowie psychiczne u żołnierzy? Zachowanie spokoju w takich sytuacjach musi być trudne.

To są ludzie, którzy po dźwięku lotu pocisku czy rakiety wiedzą gdzie spadnie. Kiedy spada dalej niż 100 metrów to nawet się nie chowają do ziemianki. Po pewnym czasie człowiek i jego psychika przyzwyczaja się do tego, że coś lata, przyzwyczaja się do działań artylerii. Na tym odcinku, na którym ja byłem Ukraińcy tak dobrze przygotowali swoje pozycje, że są w stanie przetrwać atak artyleryjski i psychicznie się do niego dostroić. Nie jest powiedziane, że za jakiś czas to nie wypłynie, nie jest powiedziane, że psychika nie traci na tym, co się teraz zbiera.

Dziękuję za rozmowę.

Komentarze (3)

  1. Z lewej strony

    Ratowanie życia ludzkiego w takich warunkach zasługuje na największy szacunek. Pozdrowienia jeśli to czytasz i życzę szczęścia.

  2. wojtas

    Daj nam, Boże, więcej takich ludzi!

  3. Lek

    Bohater