Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • KOMENTARZ

„Wielka Armada Trumpa”. Czy USA zaatakują Iran? [KOMENTARZ]

Skala koncentracji sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie nie pozostawia złudzeń. Pentagon szykuje zbrojne uderzenie na Iran. Czy powtórzy scenariusz z Wenezueli? Czy Iran podpisze nowe porozumienie nuklearne?

Iran, usa, trump, wojna
Czy wobec Iranu Amerykanie powtórzą scenariusz znany z Wenezueli?
Autor. U.S. Air Force, za Department of War, domena publiczna

Wygląda na to, że wobec Iranu, Donald Trump – prezydent USA, zastosował bardzo podobny schemat działania jak wobec Wenezueli. Dwutorowo, tak jak do Caracas, przekazano do Teheranu ultimatum, jednocześnie zwiększając tygodniami obecność wojskową i manifestując swoją siłę. Finalne schwytanie Nicolasa Maduro było wynikiem jego odmowy emigracji politycznej za granicę, a bez względu na użyte środki walki, cel Waszyngtonu był jasny i niezmienny: mutacja obecnego reżimu połączona z korzystnym dla Amerykanów otwarciem rynku surowców. Ponadto, akcja miała mieć poparcie społeczne, ponieważ dyktator jest znienawidzony przez swoich rodaków. Co Państwu to przypomina?

Reklama

Trump miał swój casus belli - to upór Maduro i jego współpraca z Pekinem spowodowały interwencję. Co prawda, obarczoną sporym ryzykiem, ale będącą ostatecznie spektakularną manifestacją siły połączoną z polityczną nonszalancją, ponieważ nie do końca wiadomo, czy reżim post-Maduro chce współpracować z Amerykanami. Ale tym Trump sobie nie zaprzątał głowy. Akcja miała być militarno-politycznym wstrząsem, i skala koncentracji sił USA na Bliskim Wschodzie wskazuje na powtórkę. Podobieństw do obecnej koncentracji jest bardzo wiele. Pretekstem do poprzedniej operacji była walka z narko-terrorystami, w przypadku Iranu jest to lokalny program nuklearnych zbrojeń.

Wojna proxy z Pekinem

Wenezuela zaczęła wpadać w orbitę geopolityczną Chińskiej Republiki Ludowej, a przypomnijmy, że bez irańskich surowców chiński przemysł stanie po trzech miesiącach. Iran zmierza podobną geopolityczną ścieżką, co Wenezuela. Sędziwy ajatollah Ali Chamenei wydaje codziennie rozkazy do krwawego tłumienia zamieszek, które mają nie tyle podłoże polityczne, co ekonomiczne, a to oznacza większy potencjał społecznego oporu wobec reżimu. Teheran w tym względzie przypomina Caracas – bo gospodarka tego kraju dołuje przez alienację na arenie międzynarodowej, wynikającą z agresywnej polityki zagranicznej. Amerykanie – podobnie jak w Wenezueli – wspierali protesty opozycji, ale także tutaj wyczerpała się ta formuła, nie przynosząc przełomu. Iran, podobnie jak Wenezuela, kolaboruje z Federacją Rosyjską, która nie wypełnia obietnic politycznych Donalda Trumpa i nie daje mu upragnionego pokoju w wojnie na Ukrainie. Iran, podobnie jak Wenezuela, utracił potencjał militarny do zatrzymania powietrznej operacji USA. Last but not least, na kierunek irański przerzucono lotnictwo, które bezpośrednio zabezpieczało operację w Wenezueli.

Ultimatum Trumpa wobec Wenezueli było nieskomplikowane i sprowadzało się do trzech postulatów: Nicolas Maduro rezygnuje z urzędu, Wenezuela dzieli się zasobami surowcowymi z USA oraz rezygnuje z chińskich i rosyjskich instalacji na swoim terytorium. Z pewnymi zmiennymi podobne ultimatum Trump postawił Iranowi, aczkolwiek testem chęci Iranu na détente jest nowe „porozumienie nuklearne”. Przy czym Trump jest przeciwieństwem Baracka Obamy (który doprowadził do porozumienia znanego pod akronimem JCPOA), więc nawet deklaracja Iranu, że takie porozumienie zawrze, to tylko otwarcie wielkiej geopolitycznej gry wokół Teheranu. Nie wierzę, że program nuklearny Iranu jest głównym powodem ewentualnej interwencji. Był tak często niszczony, a ludzie z nim związani – zabijani, że nie trzeba do tego gromadzić tak pokaźnych sił. Trump gra o większą stawkę. Dlaczego?

W operacji izraelskiej z czerwca 2025 roku pod kryptonimem „Budzący się Lew”, do której dołączyło USA, arsenał rakietowy Iranu został – jeśli nie zniszczony, to zdecydowanie nadwątlony. Rachityczna obrona przeciwlotnicza tego państwa została wszelako wymazana. Iran nie ma jak zatrzymać amerykańskiej „armady”. Ówczesny atak Netanjahu na Iran był przysłowiowym wsadzeniem „buta w drzwi” negocjacji amerykańsko-irańskich, właśnie na temat nowego porozumienia nuklearnego. Atak, a następnie protesty społeczne, zamiast przymusić reżim do odwilży w relacjach z Zachodem, tylko go usztywniły, czym Donald Trump dostał casus belli do kolejnej wielkiej operacji militarnej.

To wtedy był okres negocjacji, obecnie to wygląda na czas bombardowań. Status irańskiego reżimu w relacjach międzynarodowych osiągnął poziom tego z Wenezueli – niezdolnego do obrony militarnej gospodarczego pariasa. I to z chybotliwym poparciem lub jego brakiem wśród lokalnych mas. Bez względu na rezultat negocjacji, nikt nie ma złudzeń, że lotnictwo USA jest w stanie przeprowadzić skuteczne naloty na obiekty w Iranie. Suma tych atutów ma spowodować kapitulację reżimu jeszcze przed pierwszym nalotem, a za kapitulację Trump uważa – porozumienie nuklearne, zmiany polityczne (choćby wewnątrz reżimu), zmniejszenie zależności od Chin i Rosji, z jednoczesnym otwarciem rynku surowców (jedno wynika z drugiego). Czyli powtórkę scenariusza z Wenezueli. Widzimy podobieństwa, czas więc na różnice.

Reklama

Chamenei to nie Maduro. Niestety.

Ajatollah Chamenei nie jest tańczącym na wiecach komunistycznym aparatczykiem jak Maduro. To nie tylko polityczny przywódca, ale także religijny autorytet szyickiej części muzułmanów. Co prawda autorytet podupadły, ale jego pozycja jest jednak inna niż Maduro. Zresztą, w czasie operacji „Budzący się Lew” izraelskie media spekulowały, czy Chameneiego można zabić przy okazji nalotów, testując opinię publiczną w regionie, czy ten scenariusz jest możliwy do realizacji. Zrobiono to z przywódcą Hezbollahu – Hasanem Nasrallahem, więc czemu nie Chamenei? Nie popierali tego pomysłu nawet Amerykanie. Zabicie faktycznej urzędującej głowy państwa to nie likwidacja przywódcy partyjnej bojówki w Libanie. Jeśli nie śmierć, to porwanie? Powtórzę, to nie Maduro. Ten scenariusz jest o wiele trudniejszy niż w przypadku Caracas, ponieważ irański supreme leader ma obsesję na punkcie swojego bezpieczeństwa, a w jego otoczeniu wciąż są fanatycy, którzy chcą oddać życie za wodza. Nie musiał on wynajmować kubańskiej ochrony, bojąc się własnych rodaków. Całe pokolenia irańskich fanatyków umierało wcześniej ze zdjęciem Chomeiniego w kieszeni na sercu. Persowie nie są Latynosami.

Trump być może liczy na formę abdykacji Chameneiego na rzecz reformatorskiej części reżimu. Chamenei ma 86 lat, więc to, że tyle rządzi, nie jest wcale oczywiste. Sukcesja władzy w Iranie jest o wiele bliżej niż nam się wydaje – Trump musiał uznać, że to właśnie ten moment. Chamenei, wiedząc, że świat czeka na jego kres, z pewnością otoczył się szczelnym kordonem najwierniejszych współpracowników, tak, by uniknąć znanego na Bliskim Wschodzie strzału w plecy ze strony jednego z pułkowników albo ochroniarzy. Amerykanie musieli testować ten scenariusz, a skoro zgromadzono tak pokaźne siły w regionie, to Chamenei jest bardziej żywotny niż nam się wydaje. Pomimo tego, że jest najbliżej zejścia z urzędu w swojej karierze.

Ponadto, reżim w Iranie jest także pewien, że Amerykanie nie dokonają inwazji lądowej. Po pierwsze – o paradoksie – nie zgromadzili do tego wystarczających sił (ewidentnie szykując się do nalotów, a nie operacji lądowej), po drugie, politycznie byłoby to niepopularne w USA, po trzecie – Iran wciąż ma militarny potencjał lądowy za sprawą Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) oraz milicji Basidż. Nawet przejście regularnej armii na stronę Amerykanów nie dałoby gwarancji uniknięcia wojny domowej bez pewnego rezultatu. Nie można wykluczyć, że taka wojna i tak wybuchnie – nawet bez dnia „D” na irańskich plażach. Zostaje zatem chirurgiczna, przeważająca technologicznie operacja morsko-powietrzna. Nie jest ona obarczona ryzykiem militarnej klęski, ale z dużym prawdopodobieństwem może być nieskuteczna politycznie.

Powtórzę: bez decyzji, żeby zabić Chameneiego, tak jak zrobił to Cahal wobec Hasana Nasrallaha, Amerykanie nawet nie są w stanie sprawdzić, czy w ich zasięgu jest realna zmiana reżimu w Teheranie. A akcja „wybombardowania” reżimu, bez śmierci Chameneiego, może nie przynieść nawet mikroskopijnej zmiany w układzie sił politycznych. W najgorszym więc scenariuszu Trump może wybrać atak zachowawczy, czyli „szok i przerażenie” w postaci spektakularnych nalotów na infrastrukturę IRGC, Basidż i reżimu. Z perspektywy politycznej to loteria, ponieważ naloty mogą przerwać łańcuch dowodzenia i wyłonić nowe władze w Iranie, zwalczające Chameneiego, spowodować bunt części wojskowych oddziałów, wzrost apetytów pułkowników na zostanie generałami. Z drugiej strony, nie muszą, bo operacja „Budzący się Lew” do tego nie doprowadziła. W najmniej dotkliwym dla reżimu scenariuszu Amerykanie mogą przeprowadzić kunktatorskie naloty, ogłaszając, że zniszczyli infrastrukturę nuklearną Iranu, że reżim jest niegroźny – Trump ogłosi zwycięstwo, a w Iranie nic się nie zmieni. Tyle że wtedy wciąż będzie postępowało zamienianie Iranu w państwo satelickie ChRL, a sukcesja władzy obejmie albo syna – Mojtabę Chameneiego, albo wnuka – Hasana Chameneiego. Iran zatem pozostanie szwarccharakterem na Bliskim Wschodzie, tyle że cyklicznie pozbawianym arsenału. A za rok przyjdzie mi pisać podobną analizę.

Poziom koncentracji sił USA w regionie wskazuje, że dojdzie do ataku. Już koszt tankowania takiej ilości samolotów sprawia, że nie mówimy o regularnych ćwiczeniach. Pytaniem jest skala, a zatem także termin ataku. Podywagujmy. Świat wchodzi w bardzo burzliwe okno czasowe – 22 lutego kończy się zimowa olimpiada, a czas igrzysk w kulturze Zachodu jest okresem bezwojnia.

24 lutego przypada kolejna rocznica wojny Rosja-Ukraina, w którą pośrednio jest zaangażowany Iran, a Trump jest z pewnością zmęczony przedłużającymi się negocjacjami, więc może mieć apetyt ukarania Putina poprzez zdjęcie z tronu jednego z jego sojuszników (casus Maduro). Akcja w Wenezueli czy bombardowanie Iranu ośmiesza Rosję poprzez ukazanie jej niezdolności do pomocy rzekomym sojusznikom.

Ramadan, czyli postny okres świąteczny dla muzułmanów, zaczął się 17 lutego, a zakończy 19 marca. Ten okres może zarówno oddalać wizję ataku lotniczego, jak i ją przybliżać. Dlaczego? Święty dla muzułmanów okres naruszony przez wojnę może spowodować poparcie dla reżimu i oburzenie regionu, ale jednocześnie ludzie związani z Chameneim będą rozproszeni, osłabieni, a sama teokracja mniej zdolna do obrony. Ramadan dla religijnych muzułmanów jest okresem fizycznego osłabienia wynikającego z postu. Ponadto, w czasie ramadanu na Bliskim Wschodzie – jakkolwiek to brzmi – jest mniej strat cywilnych, gdy trwają walki. Formalnie, ulice powinny opustoszeć w ciągu dnia. Nietrudno się domyślić, że to ludzie reżimu będą bardziej chętni do żelaznego przestrzegania ramadanu niż opozycja. Przy czym ramadan nie powodował, że na Bliskim Wschodzie ucichały wojny. Może Pete Hegseth, stojący na czele Pentagonu, nieprzypadkowo wytatuował sobie słowo „Infidel”? (Niewierny). Spekuluję.

„Axios” twierdzi, że jest 90 proc. szans na to, że dojdzie do amerykańskiego ataku lotniczego na Iran. W Infosferze pojawia się nawet data – najbliższy weekend. Pytanie czy Trump zaczeka chociaż do zakończenia Igrzysk Olimpijskich?

Reklama

Zobacz również

WIDEO: Polska broń atomowa? Wschód NATO potrzebuje bomby | Skaner
Reklama