Geopolityka

Bliskowschodnie gry Moskwy. "Rosja będzie balansować i próbować wykorzystać okazje" [WYWIAD]

Fot. Nikołaj Kożanow
Fot. Nikołaj Kożanow

W działaniach Moskwy wobec Bliskiego Wschodu widać pewien dualizm - dostrzega się podmiotowość regionu, jednak traktowany jest on jako instrument, który ma odgrywać rolę w relacjach Moskwy z Zachodem - z Nikołajem Kożanowem, rosyjskim ekspertem w dziedzinie stosunków międzynarodowych i ekonomii politycznej Bliskiego Wschodu rozmawia Robert Czulda.

Robert Czulda: W ostatnim czasie na Bliskim Wschodzie mieliśmy kilka niezwykle ważnych wydarzeń – od serii ataków w Zatoce Perskiej na tankowce po inwazję Turcji na Syrię. Jak na ten rozwój wypadków patrzy Rosja?

Nikołaj Kożanow: Percepcja Moskwy jest w moim odczuciu niejednoznaczna. Mam na myśli to, że z jednej strony rosyjscy decydenci odbierają wspomniane wydarzenia jako powód do obaw, ale z drugiej jako pewną szansę. Istotnym powodem do zmartwień w Moskwie jest fakt, że rosyjska paleta instrumentów wpływu na sytuację w regionie jest ograniczona. Co więcej, Kreml wychodzi z założenia, że dwa główne elementy – wojskowa obecność w Syrii oraz możliwość odgrywania roli mediatora – nieuchronnie zbliżają się do końca lub w najlepszym wypadku istnieje zagrożenie, że tak się stanie.

Skąd takie obawy?

Dialog polityczny powoli nabiera znaczenia. Bierze w nim udział szereg państw, co zmniejsza dominującą pozycję Rosji. Ta musi w większym stopniu negocjować z innymi potęgami, które często mają więcej do powiedzenia w sprawach regionu. Dotyczy to także zdolności odgrywania roli mediatora. To prawda, Rosja jest w stanie rozmawiać z każdym w regionie, ale pytaniem jest, czy potrafi to przekuć na konkretne sukcesy. Wydaje się, że tylko w niewielkim stopniu. Moskwa ma tego świadomość i dlatego każde nowe napięcie odbiera z pewnym niepokojem.

Z drugiej jednak strony Kreml stara się wykorzystywać swoją pozycję, aby osiągać korzyści – nie chce przyglądać się biernie rozwojowi sytuacji. Dotyczy to nie tylko tureckiej inwazji na Turcję, co pozwoliło Rosji raz jeszcze zaprezentować siebie jako wpływowego gracza. W przypadku kryzysów w Zatoce Perskiej Rosjanie otrzymują szansę na promowanie swojej wizji bezpieczeństwa. Moskwa bez wątpienia stara się przekuć te kryzysy w wydarzenia dla siebie korzystne.

Wiele napisano na temat osi Moskwa-Ankara-Teheran. Czy faktycznie można mówić o strategicznym partnerskie?

Nie. Pomiędzy wspomnianą trójką nie ma zaufania. To, co widzimy to gra pod publikę. Rosjanie doskonale mają świadomość regionalnej specyfiki i elementu tutejszej kultury, który wymusza teatralne podkreślanie sympatii i zaufania do partnerów. Ale to gra. Rosyjscy stratedzy mają na uwadze, że Turcja to mimo wszystko członek NATO. To państwo, które ma własne aspiracje i koncepcje strategiczne. To państwo, które wspiera opozycję w Syrii. To samo tyczy się Iranu – relacje wynikają jedynie z czystego pragmatyzmu i założenia, że lepiej ze sobą rozmawiać i współpracować w możliwie szerokiej skali niż tego nie robić.

Inwazja Turcji na Syrię oraz polityka Erdogana sprawiają, że pojawiły się głosy o konieczności usunięcia Turcji z NATO. Czy Kreml bierze taki scenariusz pod uwagę?

Kreml uznaje, że scenariusz usunięcia Turcji z NATO jest mało prawdopodobny, ale nie oznacza to, że nie warto próbować go urzeczywistnić. Rozbicie zachodniego sojuszu, osłabienie jedności to jeden z priorytetów obecnego rosyjskiego kierownictwa, który uważa, że w interesie Moskwy jest słaby i podzielony Zachód, a nie silny i zjednoczony. Stąd właśnie tak wyraźne starania sprzedaży Turcji systemów S-400.

Jaka jest strategiczna wizja Bliskiego Wschodu według Moskwy?

Nie mogę powiedzieć, że istnieje wielka, bliskowschodnia strategia Rosji. Osobiście jej nie dostrzegam. Istnieje jednak zrozumienie określonych priorytetów. Bliski Wschód postrzegany jest przez Kreml jako region, który może przysłużyć się rosyjskiej gospodarce, także w zakresie stabilizacji światowego rynku energetycznego. To również miejsce kluczowe do neutralizowania jakichkolwiek prób międzynarodowej izolacji Rosji. W działaniach Moskwy wobec regionu widać jest pewien dualizm. Z jednej strony dostrzega się podmiotowość regionu i jego wzrastające znaczenie. Z drugiej strony Bliski Wschód traktowany jest jako instrument, którz ma odgrywać rolę w relacjach Moskwy z Zachodem.

Mówiąc o Zachodzie, czy możliwa jest jakościowa zmiana relacji pomiędzy Zachodem a Rosją? Skoro rosyjskim celem jest rozbicie Zachodu, a celem Zachodu ma być okrążenie Rosji, to jak zmienić ten stan?

Rosja wychodzi z założenia, że jej działania są obronne, a obrona zbudowana jest na koncepcji aktywnego działania, reaktywnego, agresywnego. To coś, co nazwać można dyplomacją wyprzedzającą. Europa nie jest postrzegana jako główny rywal – nim pozostają Stany Zjednoczone. Osłabiona Europa oznacza słaby instrument, którego Amerykanie nie będą mogli użyć przeciwko Rosji.

Problem polega jednak na tym, że wszystkie te działania wymierzone w amerykańskie interesy w Europie wpływają bardzo negatywnie na postrzeganie Rosji w Europie. Przykładem niech będą ingerencje w wybory w różnych państwach – najnowszą informacją jest dochodzenie w Hiszpanii. Tworzy to bardzo negatywny obraz Rosji.

Dlatego też pozostaję pesymistą – sądzę, że bez zmiany elit w Rosji jakikolwiek postęp w tej materii nie będzie możliwy. W dużej części Zachodu, także w Stanach Zjednoczonych, słyszalne są głosy, że Putin jest toksyczny. W Europie nie brakuje jednak, nazwijmy to pragmatyków, którzy nie lubią ani Rosji, ani Putina, ale wychodzą z założenia, że więcej można zyskać na współpracy z Rosją niż na konfrontacji. Sprawia to, że łatwiej przymykają oko na pewne rosyjskie działania.

W latach dziewięćdziesiątych było jednak inaczej – na wzajemne relacje patrzono może i z nieufnością, ale i nadzieją.

Dobrze pamiętam lata dziewięćdziesiąte – byłem wtedy nastolatkiem. W Rosji dominowało szczere przekonanie, że zachodnie wartości oraz współpraca z Zachodem w krótkim czasie przyniosą rosyjskiemu społeczeństwu pozytywną zmianę. Rozczarowanie przyszło później i wynikało z kilku powodów. Po pierwsze, nie wszyscy byli gotowi ponieść koszty prowadzonych w tamtym okresie reform. To były bardzo trudne gospodarczo czasy. Po drugie, nie brakowało pewnej kategorii osób, które uważały, że wraz z upadkiem sowieckiej ideologii Zachód będzie traktował Rosję na równych zasadach. Tak się jednak nie stało, co spowodowało powstanie niespełnionych nadziei. Później przerodziło się to w przeświadczenie, że Zachód chce, aby Rosja była słaba. Byli też ludzie – tacy jak Putin – którzy wywodzili się z resortów siłowych i uznawali się za przegranych w zimnej wojnie. Chcieli zemsty.

Za te niespełnione nadzieje nie należy winić jedynie Rosji, ale także Zachód. Chciałbym kiedyś móc porównać skalę pomocy dla Europy Wschodniej, powziętych prób reintegracji, z analogiczną aktywnością wobec Rosji. Poziomy zaangażowania byli nieporównywalne. Pomoc w latach dziewięćdziesiątych sprawiła, że ludzie urodzeni w latach osiemdziesiątych w takich państwach jak Albania, Bułgaria czy Węgry, przyjęli prozachodnie nastawianie. Takiego mechanizmu nie zastosowano w Rosji – powstała pustka, którą szybko zapełnili zwolennicy nostalgii za Związkiem Sowieckim i orędownicy nowej wizji patriotyzmu, któremu blisko do nacjonalizmu. Otrzymaliśmy bardzo niebezpieczne połączenie, w którym Zachód nie jest korzystnie postrzegany. Trzeba też mieć na uwadze, że mieszkaliśmy wówczas na gruzach imperium – jako Rosjanie czuliśmy coś, co można nazwać bólem fantomowym - chociaż imperium już nie było, to nadal czuliśmy, że jest. Ignorowano fakt niepodległości Ukraińców, Białorusinów, czy też Gruzinów. Tacy populiści jak Putin bardzo sprawnie potrafili grać na tych emocjach – obiecał odzyskanie dawnej chwały i siły w zamian za poparcie.

Wróćmy na Bliski Wschód. Dla Iranu Rosja to główny partner, podczas gdy dla Moskwy Iran to tylko jeden z kilku graczy w regionie. Moskwa musi balansować pomiędzy Iranem, a także chociażby Arabią Saudyjską czy Izraelem.

Po pierwsze, nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że dla Iranu Rosja jest głównym partnerem. Dla Teheranu Rosja to plan B, zapasowy. Priorytetem ciągle jest Europa – nawet teraz. Chociaż irańscy decydenci utyskują na Europę, oskarżają ją o brak pomocy, to mają nadzieję, że koniec końców państwa europejskie pomogą Iranowi. Nie jest przypadkiem, że samoloty lecące z Rosji do Iranu są często w połowie puste. W Rosji nie ma praktycznie irańskiej społeczności.

Moskwa stara się działać pragmatycznie i identyfikuje pola możliwej współpracy z państwami regionu. Korzysta także z percepcji w regionie, według której Amerykanie wycofują się z Bliskiego Wschodu. Moim zdaniem tak nie jest – co najwyżej zmieniają charakter swojego zaangażowania. Niemniej jednak – przynajmniej w Zatoce Perskiej – dostrzec można obawy i myślenie, że należy zdywersyfikować współpracę. Głównym partnerem mają pozostać Stany Zjednoczone, ale państwa regionu chcą mieć plan B, a nawet plan C. Z powodu blokady nie mogę odwiedzić Arabii Saudyjskiej, ale z rozmów z osobami, które tam jeżdżą, wynika, że Rijad podziela obawy pozostałych państw regionu co do polityki Stanów Zjednoczonych.

Czy Rosja może być wybawcą dla tutejszych monarchii?

Po pierwsze, Rosja nie chce być żadnym wybawcą. Po drugie, nie ma do tego odpowiedniego potencjału. Po trzecie, zmiana percepcji Stanów Zjednoczonych nie oznacza, że państwa Zatoki Perskiej usuwają Amerykanów ze swoich kalkulacji. Współpraca pozostanie i niezmiennie będzie uważana za priorytet wśród państw regionu. Oznacza to, że przed wejściem w jakiekolwiek interakcje z Moskwą przywódcy GCC będą rozważali jak wpłynie to na relacje z Amerykanami. To spore ograniczenia. To także kwestie finansowe i techniczne – nie spodziewałbym się rozmieszczenia rosyjskich wojsk w Zatoce Perskiej. Moskwa po prostu nie ma na to pieniędzy. Co więcej, rosyjska doktryna wojskowa zakłada przede wszystkim obronę granic i strefy jej przyległej, a nie rozmieszczanie wojsk w odległych częściach świata.

Czy bliskowschodnich partnerów Rosji można uszeregować począwszy od najważniejszego?

Dla Moskwy każde z tych państw jest ważne na swój sposób. Kreml stara się nie działać w taki sposób, aby pogorszyć relacje z jednym państwem, by zyskać coś w kontaktach z drugim. Balansuje i godzi różne interesy. W odniesieniu do Arabii Saudyjskiej kluczem jest współpraca energetyczna, aczkolwiek osobiście dostrzegam też pewną więź osobistą. W moim odczuciu Putin jest zafascynowany Arabią Saudyjską – podobnie jak w przypadku Izraela jego ambicją jest posiadanie specjalnych relacji z tym państwem.

W odniesieniu do Iranu działa wspomniany pragmatyzm. Moskwa uznaje, że Iran to państwo problematyczne, ale jednocześnie stanowi najpewniejszego partnera. Nie można powiedzieć tego o Izraelu – pomimo zbudowania kanałów komunikacji Kreml w pełni temu państwu nie ufa. Kulturowo i strategicznie Izrael należy do Zachodu. W wymiarze politycznym Moskwa do tej kategorii zalicza również Turcję i Arabię Saudyjską. Rosjanie nie mają złudzeń, że dla Egiptu współpraca z Rosją to karta przetargowa w relacjach Kairu z Waszyngtonem. Co do Iranu to nie dostrzegam tam motywacji osobistych, ani też chęci wzniesienia relacji na wyższy poziom. To współpraca czysto biznesowa.

Po co w takim razie Kremlowi współpraca z Iranem, skoro uznaje go za państwo problematyczne?

No tak, ale jednocześnie to państwo z antyzachodniego obozu. Po drugie, odgrywa ważną rolę w Syrii. Po trzecie, jest zaangażowany zarówno na Bliskim Wschodzie jak i w Azji Środkowej. Znaczenie Iranu w oczach Moskwy podnosi także fakt, że jest to państwo nadkaspijskie. Lepiej więc mieć takie państwo po swojej stronie niż wśród wrogów. Tym bardziej, że Iran to państwo bogate w surowce energetyczne. Moskwa liczy na pewną współpracę – proponuje mechanizmy unikania sankcji oraz wymiany handlowej. Przykładowo, Rosjanie oferują Irańczykom substytut dla zachodniego systemu SWIFT. W zamian Rosjanie chcą udziału w irańskim przemyśle energetycznym.

Podczas niedawnych protestów w Iranie pojawiły się plotki, że przywódcy Republiki Islamskiej gotowi są do ucieczki z kraju. Abstrahując w tym momencie od wiarygodności doniesień, zastanawiam się, czy Kreml byłby gotów udzielić im azylu?

Nie wykluczyłbym takiego scenariusza, aczkolwiek nie jestem pewny, czy irańscy oficjele chcieliby uciekać akurat do Rosji. Część z przywódców reżimu mogłaby wybrać inne kierunki – zarówno Zachód jak i Azję Środkową. Część z nich zgromadziła poza granicami Iranu znaczne majątki, co zwiększa ich atrakcyjność. Nie powinnyśmy lekceważyć pragmatyzmu i hipokryzji niektórych państw zachodnich, które może i są przeciwne łamaniu pewnych reguł, ale gdy na horyzoncie pojawiają się pieniądze i inwestycje, to zmieniają swoje zadanie. Dość wymienić pewne europejskie państwo, którego jedna ze stołecznych dzielnic przez wielu nazywana jest Londongradem.

Chciałbym zwrócić uwagę na coś innego, a mianowicie na sposób, w jaki niedawne irańskie protesty zostały zduszone. Moskwa dokładnie się temu przyglądała. Rosję szczególnie interesują takie aspekty jak narodowy Internet, czy też zdolność odłączenia krajowej sieci od świata. Kwestie te są dyskutowane na Kremlu. Nie byłbym zaskoczony – to jednak jedynie moja własna spekulacja – gdyby część z użytych ostatnio w Iranie technologii teleinformatycznych była opracowana w Rosji. Obawiam się, że sposób zdławienia protestów w Iranie, a także fakt, że opinia międzynarodowa praktycznie w ogóle się do nich nie odniosła, jest dla Rosji zachęcający.

Niektórzy komentatorzy uważają, że to nie Rosja jest silna na Bliskim Wschodzie, lecz jej większa aktywność to efekt słabości Stanów Zjednoczonych. Czy zgodziłby się Pan z takim stwierdzeniem?

Obie odpowiedzi są jednocześnie w pewnym stopniu prawdziwe. Co do Amerykanów i ich polityki to pewne działania przyczyniły się bez wątpienia do pogorszenia ich wizerunku. Przykładowo, prezydent Trump wsparł Arabię Saudyjską w sporze z Katarem, ale później wycofał swoje poparcie. Nie dziwi więc fakt, że w Zatoce nie ma on najlepszej prasy. Rosja stara się wykorzystać te błędy i w kilku przypadkach odniesiono sukcesy. Wspomniane rozczarowanie Waszyngtonem i szukanie przez monarchie planów zapasowych może do pewnego stopnia premiować Rosję.

Przykładem wykorzystania amerykańskiej słabości i błędów przez Kreml niech będą pogłębione w ostatnich latach relacje rosyjsko-egipskie lub zwiększenie pozycji Rosji w Iraku, gdzie amerykańska pozycja została osłabiona. Atrakcyjność Rosji jako partnera sprowadza się także do Syrii, gdzie Amerykanie nie mają głosu decydującego, a Moskwa tak. To również rynek energetyczny, co zwiększa znaczenie Rosji wśród takich państw jak Arabia Saudyjska.

W listopadzie Foreign Policy opublikowało artykuł, w którym stwierdzono, że Rosja przegrywa nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale na całym świecie, a „zwycięstwa Putina to ułuda, które dużo kosztują”. Czy to trafna diagnoza?

Trudno się z takim stwierdzenie zgodzić. Gdyby tak faktycznie było to w Syrii nie rządziłby nadal Asad, a w Wenezueli Maduro. Przywódcy różnych państw nie jeździliby do Moskwy na rozmowy z Putinem. Nie oznacza to oczywiście, że rosyjska machina propagandowa nie przesadza, i że polityka Kremla na Bliskim Wschodzie wolna jest od zagrożeń. Rosja zdaje się próbować ugrać więcej niż wynikałoby z jej faktycznego potencjału. Bez wątpienia Rosja nigdy nie zastąpi Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Jest to fizycznie niemożliwe.

Niedocenianie Rosji byłoby jednak błędem. Przypomina mi się rozmowa, jaką wiele lat temu przeprowadziłem ze swoim kolegą. Mowa była o ogłoszonych wówczas programach modernizacji sił zbrojnych. Wyraziłem wówczas swój sceptycyzm, podczas gdy kolega stwierdził, że nawet jeśli tylko połowa zamierzeń zostanie zrealizowana to i tak osiągnięty zostanie wyraźny postęp. Innymi słowy – działania Rosji na Bliskim Wschodzie nie wystarczą, by stać się regionalnym liderem, ale wystarczą, by móc wpływać na różne wydarzenia i generować problemy.

Jak widzi Pan rosyjską politykę zagraniczną – szczególnie na Bliskim Wschodzie – w najbliższej przyszłości?

Do 2024 roku, a więc do końca obecnej kadencji prezydenta Putina, nie spodziewałbym się istotnych zmian. Rosja będzie balansować i próbować wykorzystać pojawiające się okazje. Przewiduję, że Kreml będzie próbować umocnić posiadane zdobycze na Bliskim Wschodzie, a w mniejszym stopniu próbować uzyskać nowe.

Nikołaj Kożanow jest ekspertem Gulf Research Center przy Qatar University w Katarze. Jest również ekspertem Instytutu Bliskiego Wschodu w Moskwie. Jego badania koncentrują się na stosunkach międzynarodowych i ekonomii politycznej Bliskiego Wschodu, ze szczególnym uwzględnieniem Iranu i Zatoki Perskiej. Od lipca 2006 roku do listopada 2009 roku Kożanow był attaché w sekcji politycznej Ambasady Rosji w Teheranie. W 2012 roku był wizytującym badaczem w Washington Institute for Near East Policy. W 2015 roku Kożanow został ekspertem programu Rosja i Eurazja w Chatham House jako wizytujący badacz programu Roberta Boscha, podczas którego analizował ewolucję polityki zagranicznej Rosji na Bliskim Wschodzie od kryzysu na Ukrainie.

Jeśli jesteś przedstawicielem wybranych instytucji zajmujących się bezpieczeństwem Państwa przysługuje Ci 100% zniżki!
Aby uzyskać zniżkę załóż darmowe konto w serwisie Defence24.pl używając służbowego adresu e-mail. Po jego potwierdzeniu, jeśli przysługuje Tobie zniżka, uzyskasz dostęp do wszystkich treści na platformie bezpłatnie.