Siły zbrojne

Wojna w Arcachu: postępy azerskie ale bez strategicznego przełomu [RELACJA Z GÓRSKIEGO KARABACHU]

Fot. Witold Repetowicz
Fot. Witold Repetowicz

W czwartym tygodniu wojny Azerbejdżan odnotował postępy na południu. Wciąż jednak jedynym miastem leżącym w granicach Górskiego Karabachu przed 1991 r., które zostało zajęte przez Azerbejdżan jest Hadrut. Sukcesem byłoby dopiero zdobycie Martuni lub Martakertu albo przecięcie drogi Goris – Stepanakert. Coraz wyraźniejsza jest też niemoc Rosji, która powinien wykorzystać Zachód, póki Rosja nie zdecyduje się na włączenie sprawy Karabachu w format astański.

Postępy azerskie na froncie nie są zaskoczeniem, zważywszy na to, że kraj ten od samego początku miał przewagę w liczebności armii, uzbrojeniu, PKB, zdolności finansowych do dokonywania zakupów broni, a także ma wyraźne wsparcie Turcji, sprowadzanych przez nią syryjskich dżihadystów, a także już po 27.09 otrzymywał świeże dostawy sprzętu wojskowego, w tym dronów, z Izraela, Białorusi i najprawdopodobniej Ukrainy. Istnieją też dowody, że Gruzja, która zadeklarowała neutralność i zamknięcie transportów militarnych (w tym drogą powietrzną) dla obu stron, zezwoliła jednak na przeloty ze wsparciem militarnym dla Azerbejdżanu. Powszechnie dostępne dane pokazują m.in. przeloty samolotu Ił-76 nad Gruzją.

Tymczasem Armia Obrony Arcachu ma wsparcie jedynie ze strony Armenii, której potencjał militarny jest znacznie mniejszy niż Azerbejdżanu, a co dopiero Turcji. Kwestia zakresu bezpośredniego uczestnictwa Turcji w działaniach wojennych pozostaje przy tym niewiadomą, ale prawdopodobnie Azerbejdżan wspierany jest przez kilkuset tureckich doradców wojskowych. Zdaniem Ormian zaangażowanie Turcji jest znacznie większe. Według eksperta Centrum Analitycznego „Oibeli” Władimira Wartanjana „nie ogranicza się do doradców wojskowych, ale bierze ona udział w działaniach wojennych w pełnym tego słowa znaczeniu.

Po tym jak latem Azerbejdżan i Turcja przeprowadzili wspólne manewry, na terenie Azerbejdżanu zostały tureckie oddziały sił powietrznych wraz ze sprzętem takim jak F16 czy śmigłowce bojowe” – powiedział mi. Dodał, że drony Bayraktar biorące udział w atakach na terytorium Arcachu obsługiwane są prawdopodobnie nie przez azerskich operatorów, ale przez Turków. Tureckie oddziały, o których wspomina znajdują się jednak prawdopodobnie w Nachiczewaniu, a ich bezpośredni udział w walkach na tym etapie nie jest potwierdzony. Wszystko jednak wskazuje na to, że to Turcja, a nie Azerbejdżan, planuje operacje zbrojne i podejmuje kluczowe decyzje w czasie tej wojny.  To właśnie dlatego wynegocjowane 10 i 17 października przez Moskwę zawieszenia broni nie weszły w życie. Stroną uzgodnień nie była bowiem Turcja.

Postępy Azerbejdżanu należy więc oceniać w przedstawionym powyżej kontekście. Udało mu się przeprowadzić skuteczną ofensywę na południu zajmując całą graniczną z Iranem dolinę rzeki Araks i następnie przesuwając się na północ. Nie są to jednak tereny właściwego Górskiego Karabachu, lecz wciąż niezamieszkana strefa buforowa. Oczywiście, utrata tych terenów jest dotkliwa dla strony ormiańskiej, ale nie stanowi jeszcze klęski. Jeden z żołnierzy Arcachu, poproszony przeze mnie wczoraj w Martuni o komentarz do pojawiających się coraz częściej sugestii, że Armia Obrony Arcachu już poniosła klęskę, stwierdził: „przegraliśmy bitwę, a nie wojnę”.

Dopiero najbliższe dni pokażą, czy Azerbejdżan jest w stanie wykorzystać dotychczasowe zdobycze do osiągnięcia strategicznych celów, czy też nie. Warto przy tym pamiętać, że czas gra na jego niekorzyść z dwóch powodów: nadchodzącej zimy oraz amerykańskich wyborów prezydenckich. I dlatego właśnie Turcja i Azerbejdżan spodziewała się szybkiego zwycięstwa i tak jak pisałem w poprzedniej analizie, brak tego blitzkriegu jest porażką tych dwóch państw (co bynajmniej nie jest równoznaczne z tezą, że Armenia tę wojnę wygrywa).

Tereny zajęte dotychczas nie mają strategicznego znaczenia, o ile nie pozwolą Azerbejdżanowi na przerwanie komunikacji na drodze Goris-Stepanakert. Jest to obecnie jedyne bezpieczne połączenie Armenii z Arcachem, gdyż droga północna jest od początku tej wojny w zasięgu ostrzału rakiet Grad. Warto jednak pamiętać, że już wcześniej Azerowie teoretycznie mogli ostrzeliwać tę drogę rakietami Smiercz, a także atakować dronami typu kamikaze. Smiercz został zresztą użyty raz do zniszczenia niewielkiego mostu na tej drodze, co jednak nie zablokowało komunikacji, gdyż szybko został zbudowany objazd.

Ormianie twierdzą przy tym, że rzadsze skuteczne użycie dronów w ostatnich dniach przez Azerbejdżan wynika z coraz częstszego ich zestrzeliwania. W Stepanakercie pojawiają się przy tym niepotwierdzone sugestie, że jest to możliwe dzięki technologicznemu wsparciu ze strony Rosji, niemniej nie jest to potwierdzone. Fakt rzadszego użycia dronów może wynikać także z przyczyn ekonomicznych. Ormianie bowiem twierdzą, że zestrzelili ponad 200 dronów, w tym co najmniej 2 tureckie Bayraktary, niemniej liczby te są z całą pewnością zawyżone, podobnie jak wszelkie informacje na temat strat przeciwnika podawane przez obie strony. Koszt jednego Bayraktara to jednak aż 5 mln dolarów. Od tego czy strona azersko-turecka będzie dalej w stanie zapewnić sobie dominację w powietrzu, zależeć mogą losy tej wojny.

image
Fot. Witold Repetowicz

Możliwości dojścia do drogi Goris – Stepanakert od strony doliny rzeki Araks są jednak ograniczone ze względu na góry. Są już przy tym sygnały o próbach przenikania lekko uzbrojonych oddziałów azerskich (lub raczej najemników syryjskich) na północ, które się jednak nie powiodły. Przeciągnięcie ciężkiego sprzętu wojskowego przez góry, w warunkach ostrzału ze strony ormiańskiej, wydaje się wątpliwe. Warto bowiem zwrócić uwagę na fakt, że większość dotychczas opanowanych terenów nie ma charakteru górskiego. Właściwe starcie zatem jeszcze nie nastąpiło.

Jeśli jednak Azerbejdżan zdoła w najbliższych dniach jakoś przejść przez góry i opanować drogę Goris-Stepanakert to będzie to strategicznym sukcesem Azerbejdżanu. Jeśli nie, to będzie znaczyło, że Armia Obrony Arcachu jest daleka od rozbicia, wbrew propagandowym filmom pokazywanym przez stronę azerską. Azerowie chcą przy tym kierować się na północ doliną innej rzeki tj. Voghji. Inną kwestią jest natomiast to na ile Azerbejdżan zdecyduje się na ostrzał drogi Goris – Stepanakert pociskami Grad, które są nieporównywalnie tańsze niż Smerch i na ile ostrzał ten zdoła skutecznie zablokować transport tą drogą. Póki co Ormianie są przekonani, że utrzymają kontrolę nad tą drogą (przynajmniej w perspektywie najbliższych dni) i w Stepanakercie nastroje wciąż są dobre. Ponadto zablokowanie drogi Goris-Stepanakert może też mieć negatywne konsekwencje polityczne dla Azerbejdżanu, skłaniając Zachód do aktywniejszej interwencji.

Sukcesem Azerbejdżanu byłoby również zdobycie Martuni lub Martakertu, najważniejszych miast we wschodniej części Arcachu. Są one od początku wojny mocno ostrzeliwane przez Azerbejdżan, który w Martakercie zniszczył m.in. tamtejszy szpital wojskowy. Wojna w tym rejonie ma jednak póki co charakter pozycyjny, choć Ormianie wspominają o ustawicznych próbach przełamania frontu przez Azerów, co jednak póki co nie przyniosło efektu. W ostatnich dniach ostrzał Martakertu i Martuni stał się przy tym bardziej intensywny, a 23.10 pojawiły się informacje o ostrych walkach w rejonie Czartar-Maczkalaszen, na południe od Martuni.

Maczkalaszen znajduje się przy tym niespełna 30 km od Stepanakertu. Obecnie to właśnie Martuni najbardziej jest narażone na próbę szturmu ze strony Azerów i upadek tego miasta z całą pewnością byłby poważnym ciosem dla Ormian. Nastroje w mieście, w którym z 5 tys. mieszkańców zostało 500, są jednak umiarkowanie pozytywne, choć nie wszyscy moi rozmówcy w mieście są równie pewni zwycięstwa jak kilka dni wcześniej. Ogólne morale jest jednak wciąż dobre.

23 października wieczorem doszło również do bombardowania Stepanakertu, pierwszego od tygodnia. Tym razem jednak nie użyto dronów, lecz prawdopodobnie rakiet Smerch (mowa jest też o Gradach i samolocie, ale póki co jest to niepotwierdzone). Doszło przy tym do 10 eksplozji, ale nie było ofiar śmiertelnych, choć jeden z domów stanął w płomieniach i uszkodzony został gazociąg w jednej z dzielnic stolicy Arcachu. Nocne bombardowania miały miejsce tez w innych miastach i wsiach, w szczególności w Martuni. Wcześniej przez cały dzień w Stepanakercie słychać było wystrzały rakietowe (wychodzące).

Atak na Stepanakert po tygodniu spokoju zbiegł się ze spotkaniem Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo z szefami dyplomacji Azerbejdżanu i Armenii. Choć sam fakt coraz mocniejszego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w konflikt w Arcachu jest pozytywny, to piątkowe rozmowy nie przyniosły żadnego postępu, a fakt ostrzału Stepanakertu w tym samym czasie może być sygnałem ze strony Turcji, że żadne rozmowy bez jej udziału nie mają sensu. Tymczasem USA, póki co nie chce (choć mogłoby) wywierać presji na Turcję, a same działania wynikają z coraz większej presji diaspory ormiańskiej w USA i możliwości utraty przez Trumpa głosów religijnej prawicy.

Po wyborach sytuacja może ulec jednak radykalnej zmianie, zwłaszcza jeśli wygrają Demokraci oraz Joe Biden. W Kongresie pojawiło się już bowiem bardzo dużo inicjatyw na rzecz potępienia Turcji i Azerbejdżanu, a Joe Biden (którego Erdogan i jego ekipa zdążyli wielokrotnie już obrazić) krytykuje zbyt pasywne stanowisko obecnej administracji w sprawie toczącego się konfliktu. 23 października demokratyczny kongresmen Frank Pallone z New Jersey wniósł w Izbie Reprezentantów projekt rezolucji potępiającej Turcję i Azerbejdżan za agresję na Arcach i wzywającej do uznania jego niepodległości. Pod projektem podpisało się 34 kongresmenów z obu partii.

Ewentualnego uznania Arcachu przez USA nie można zatem wykluczyć, zwłaszcza jeśli po wyborach Demokraci przejmą władzę w obu izbach Kongresu, a Biden wprowadzi się do Białego Domu (taki wynik wyborów nie jest oczywiście pewny, ale jest bardzo prawdopodobny). Demokraci już od dawna wykazują znacznie większy sceptycyzm wobec znaczenia sojuszu z Turcją i traktują ją jako problem (zdanie to podzielają zresztą również niektórzy Republikanie). Można więc sobie wyobrazić, że po wyborach dojdzie do znacznie ostrzejszych kroków USA wobec Turcji. Amerykanie mają natomiast spory arsenał narzędzi w tym zakresie.

image
Fot. Witold Repetowicz

Nacisk na Turcję spowoduje przyparcie jej do muru, a Erdogan doskonale wie, że przy zaostrzeniu relacji z USA jego zdolności przetargowe w relacji z Moskwą radykalnie się skurczą. Będzie wiec musiał iść na ustępstwa. Amerykanie tymczasem mają alternatywę wobec obecnego układu geopolitycznego. Uznanie przez nich Arcachu może doprowadzić do strategicznego zwrotu Armenii, jej wyjścia z Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego i zastąpienia bazy rosyjskiej bazą amerykańską.

Dla USA uzyskanie w tym miejscu przyczółka miałoby ogromne znaczenie geostrategiczne, gdyż znajduje się on między Rosją, Turcją, Iranem oraz na przecięciu szlaków handlowych, w tym drogi z Chin do Europy. Taki krok Amerykanów oznaczałby przy tym koniec wojny, bo Turcja i Azerbejdżan nie ryzykowałyby konfrontacji z USA. Warto też pamiętać, że z faktu, iż USA są eksporterem węglowodorów, a w dodatku Exxon jest zaangażowany w eksplorację złóż cypryjskich (której to zagraża Turcja), wynika, że zablokowanie szlaków tranzytowych idących przez Kaukaz czy też Anatolię może być korzystne dla dalekosiężnych interesów USA.

W przypadku uznania Arcachu przez USA można się spodziewać, że w ślad za Amerykanami pójdą kolejne państwa, w tym z całą pewnością Kanada, Australia i Francja. W parlamencie francuskim również pojawiła się już inicjatywa uznania tej republiki, natomiast w Australii zrobił to parlament Nowej Południowej Walii (największego stanu w tym kraju). Podobna inicjatywa pojawiła się też w Prowincji Ontario w Kanadzie. Wcześniej deklaracje potępiające Turcję i Azerbejdżan przyjęły parlament Luksemburga i flamandzki parlament w Belgii.

Dla Rosji taki rozwój wydarzeń byłby całkowitą katastrofą, zwłaszcza, że sama wykazuje brak gotowości do bezpośredniego zaangażowania się po stronie Armenii, a w szczególności uznania Arcachu. Wręcz przeciwnie Rosja, która wszak interweniowała w Gruzji w 2008 r., wspierając separatystycznych Osetyńców, w tym wypadku podkreśla, że Arcach jest częścią Azerbejdżanu i że konieczne jest przestrzeganie prawa międzynarodowego.

Wcześniej Rosja nie miała jednak takich problemów z uznaniem Abchazji i Osetii Południowej i Ormianie pamiętają te podwójne standardy (w odniesieniu do uznania Kosowa przez Zachód również). Problem w tym, że Rosjanie dalej chcieliby rozgrywać Azerbejdżan i Armenię, utrzymując równy dystans, co jednak wydaje się coraz mniej realne. Rosjanie proponowali przy tym wprowadzenie swoich „mirotworców” do Arcachu i oddanie Azerbejdżanowi strefy buforowej. Ormianie mają jednak świadomość, że dla nich oznaczałoby to pełną zależność od Rosji i takie rozwiązanie odrzucają.

Istotne przy tym jest zrozumienie, że gra na południowym Kaukazie jest wielowektorowa, a nie dwuwektorowa. Uzyskanie przez Turcję większych wpływów w tym regionie nie będzie korzystne dla Zachodu, wręcz przeciwnie, doprowadzi do osłabienia, o ile nie całkowitego wyeliminowania możliwości oddziaływania Zachodu na ten region. Turcja chce doprowadzić do nowego paktu turecko-rosyjskiego dzielącego ten region na strefy wpływów, gdzie nie będzie miejsca dla nikogo więcej.

Ewentualnie według tego planu możliwe jest włączenie w ten układ również Iranu i doprowadzenie do zastąpienia roli Mińskiej Grupy OBWE formatem astańskim (Iran-Turcja-Rosja). To z kolei oznaczałoby kompletną klęskę Europy i USA. Jeśli Rosja uzna, że nie jest w stanie utrzymać pełnej kontroli sytuacji na południowym Kaukazie, to przystąpi do negocjacji z Turcją, poprzedzając je atakami na protureckich dżihadystów w Syrii. Będzie to swoiste licytowanie pozycji i włączenie Armenii w system przetargowy obejmujący obecnie Libię i Syrię. Europa i USA nie mogą do tego dopuścić.

Przy konsensusie wielkich mocarstw bardzo łatwo można by znaleźć optymalne rozwiązanie konfliktu o Arcach. Ormianie oddaliby Azerbejdżanowi strefę buforową, z wyjątkiem korytarza laczinskiego, a Azerbejdżan uznałby niepodległość Arcachu. Rada Bezpieczeństwa mogłaby przyjąć w tej sprawie stosowną rezolucję, a następnie wysłać międzynarodowych (a nie tylko rosyjskich) obserwatorów (oczywiście z wykluczeniem Turcji, gdyż jest ona stroną konfliktu). Fakt, że nie doszło do takiego rozwiązania konfliktu, pokazuje brak woli doprowadzenia do pokoju.

Z całą pewnością negocjacje nie mają natomiast żadnego sensu jeśli Azerbejdżan wyklucza przeprowadzenie w Arcachu referendum niepodległościowego. Nie ma bowiem najmniejszej wątpliwości, że przywrócenie administracji azerbejdżańskiej na tych terenach oznacza koniec Ormian w Arcachu. Ponadto istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeśli Turcji i Azerbejdżanowi udałoby się zająć Arcach przy braku reakcji społeczności międzynarodowej, to podjęte zostaną działania wojenne w armeńskiej prowincji Zangezor.

Turcja będzie starała się w ten sposób uzyskać połączenie z Azerbejdżanem (Zangezor oddziela Nachiczewań od Karabachu). Nie jest wcale przesądzone, że Rosja dokonałaby w takiej sytuacji interwencji militarnej, realizując swoje zobowiązania wynikające z Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego, jeśli Zachód pozostałby również bierny. Wiele jednak wskazuje, że USA i Europa jednak nie zostawią tej rozgrywki Turcji i Rosji.

Komentarze