Przemysł Zbrojeniowy

Poncyljusz: PGZ w Agencję Uzbrojenia – strategia czy chaos? [OPINIA]

Fot. Juliusz Sabak/Defence24.pl.
Fot. Juliusz Sabak/Defence24.pl.

W ślad za powołaniem nowego składu rządu Mateusza Morawieckiego pojawiły się informacje o możliwym przekształceniu Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ) w Agencję Uzbrojenia (AU). Kolejnego dnia minister obrony Mariusz Błaszczak tajemniczo, poprzez media społecznościowe, nie zaprzeczył tym pogłoskom, a wręcz stwierdził że powołanie Agencji Uzbrojenia jest niezbędne dla zwiększenia bezpieczeństwa. Warto zastanowić się, ile w tej koncepcji jest systemowego, strategicznego działania, a ile chaosu i próby ratowania państwowej zbrojeniówki, której sytuacja finansowa jest tragiczna – komentuje dla Defence24.pl Paweł Poncyljusz, poseł Koalicji Obywatelskiej, członek Sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Oczywiście nie można abstrahować od sytuacji wewnątrz rządu, gdzie jasno widać, że MON nie chce rezygnować z wpływu na spółki zbrojeniowe pomimo powołania nowego Ministerstwa Aktywów Narodowych, gdzie mają się znaleźć wszystkie państwowe firmy. Od 2015 r. PGZ, jak również większość spółek produkcyjnych grupy notuje coraz większe straty, choć jej kreatywni księgowi robią co mogą, aby ukryć ten fakt. Co prawda w 2018 r. PGZ osiągnął zysk netto w wysokości 37,4 mln, przy obrotach około 5,5 mld, ale jednocześnie rząd przekazał dotację na konta spółki ponad 280 mln zł w ramach tzw. Planu Mobilizacji Gospodarki.

Warto przy tym nadmienić, że w ostatnich czterech latach zamówienia MON złożone w PGZ przekraczają kwotę ponad 10 mld zł., a mimo to trudno dostrzec poprawę kondycji finansowej w państwowej zbrojeniówce. Dodatkowym czynnikiem, który nie napawa optymizmem na przyszłość, jest fakt, że w ostatnich latach spora część pieniędzy na modernizację uzbrojenia jest przelewana na konta firm zagranicznych, a polska zbrojeniówka nawet nie ma szans na poważne programy offsetowe. To oznacza w przyszłości brak wpływów choćby z remontów i przeglądów obecnie kupowanego sprzętu wojskowego. W uproszczeniu można to opisać stwierdzeniem – pieniądze były, zostały zużyte, i więcej nie będzie, bo teraz kupujemy sprzęt od sojuszników za miliardy złotych w rewanżu za to, że ci wzmacniają wschodnią flankę NATO.

Koncepcja powołania Agencji Uzbrojenia błąka się po korytarzach MON co najmniej od 2008 roku, ale dotąd była rozpatrywana jako struktura ministerstwa skupiająca wszystkie kompetencje w zakresie analizy dostępnych technik uzbrojenia, definiowania potrzeb na przyszłość, zamawiania i finansowania prac badawczych nad bronią przyszłości czy bieżącego pozyskiwania uzbrojenia dla Sił Zbrojnych RP. 14 marca 2018 tchnięto, w tę koncepcję, kolejne życie, powołując pana Pawła Olejnika (40 lat, dr. prawa) na pełnomocnika MON do spraw powołania Agencji Uzbrojenia. Co prawda przez ostatnie 20 miesięcy słuch o panu pełnomocniku zaginął. Nie słychać było, aby wykonano jakieś analizy, symulacje, diagnozy co do braku funkcjonalności obecnego systemu pozyskiwania uzbrojenia dla wojska, nie przedstawiono żadnych rekomendacji co należy zmienić w ustawach i rozporządzeniach, aby system działał i był transparentny. To, że jest on całkowicie nieskuteczny świadczy fakt, że przez ostatnie cztery lata, wszystkie zakupy w MON dokonano bez przejrzystej procedury przetargowej na podstawie formalnych tricków.

Prawdopodobnie decydenci w MON już od kilku lat są świadomi, że system zamówień publicznych kompletnie się zblokował. Ściśle określone parametry sprzętu, jakiego oczekuje zamawiający, mogą być już nieaktualne w momencie podpisywania decyzji ministra (minimum 6-12 miesięcy analiz i przygotowań). Galopujący postęp technologiczny, i prawo zamówień publicznych źle znoszą takie gwałtowne zmiany w specyfikacji przetargowej, co generuje potrzebę stworzenia bardziej elastycznych przepisów. Drugą przeszkodą, o którą potykają się kolejne ekipy w wojsku odpowiedzialne za zaopatrzenie jest kuriozalny system koniecznej jednomyślności kilkunastu służb i instytucji wojskowych co do parametrów zamawianego sprzętu. Takie liberum veto przy zamówieniach na miliony złotych powoduje spowalnianie postępowania przetargowego i wkładanie do specyfikacji zamówienia coraz to nowych wymagań, tak, że powstaje zamówienie na sprzęt który w ogóle nie istnieje.

Utworzenie Agencji Uzbrojenia powinno być poprzedzone wnikliwym audytem barier, które obecnie blokują skuteczne, szybkie i efektywne zakupy potrzebnego sprzętu. Warto, aby wnioski z takiego przeglądu, zostały poddane pod dyskusję, tak wewnątrz struktur wojskowych i politycznych, jak również w dialogu z producentami uzbrojenia. Istotne byłoby również dokonanie przeglądu polskiego prawa, które powoduje, że obecny system jest kompletnie niefunkcjonalny. Wiele krajów NATO ma swoje agencje uzbrojenia, które nie dość, że są skuteczne w działaniu, to również potrafią, w obliczu europejskiej konkurencyjności, „zadbać” o dobre oferty rodzimych producentów, czego obecnie Polska kompletnie nie potrafi. W końcu pozostaje do rozwiązania problem odwagi w podejmowaniu decyzji zakupowych w MON, gdzie wszyscy zbierają stosy dokumentów i podkładek, aby w krytycznej sytuacji nie można było nikomu zarzucić, że podjął błędną decyzję. To powoduje, że minister ogląda się na szefa Inspektoratu, a ten na ministra i trwa to czasami miesiącami i latami bez żadnej decyzji.

Niezależnie od tego, jak będzie się nazywała instytucja odpowiedzialna za zakupy dla wojska, na jej czele musi stać osoba odważna, kompetentna, uczciwa, decyzyjna i w pewnym stopniu niezależna od polityków. Bez znaczenia jest czy będzie to departament, inspektorat czy agencja, ważniejsze jest otoczenie prawne, kompetencje ludzi opracowujących założenia taktyczno-techniczne i prowadzących przetargi oraz konsekwencja działania zgodnie z Planem Modernizacji Technicznej. Na razie doświadczenie pokazuje, że wiele osób nominalnie odpowiedzialnych za zakupy próbuje schować się w cieniu swoich przełożonych, aby na wszelki wypadek to nie do nich były pretensje za podjęte decyzje zakupowe.

Paweł Poncyljusz. Fot. Paweł Poncyljusz.
Paweł Poncyljusz. 

Koncepcja, aby centralę PGZ przemienić w Agencję Uzbrojenia jest bardzo złym i niebezpiecznym pomysłem. Zakładam, że w całościowym założeniu zmian poszczególne spółki produkcyjne (HSW, Mesko, itp.), dziś zależne od warszawskiej centrali, uzyskują niezależność i rządzą się same, co jeszcze bardziej może komplikować, już dziś niełatwą, sytuację w państwowej zbrojeniówce.

1. Po pierwsze, poprzez zmianę PGZ na AU nie da się uciec od obecnych problemów finansowych firmy, jednocześnie spółki produkcyjne zostaną pozbawione szans na doraźną pomoc finansową, choćby w postaci zabezpieczenia kredytów i pożyczek. Pieniądze z zaliczek przekazanych przez MON przy podpisywaniu umów na dostawę wyrobów kończą się bardzo szybko, ponieważ nimi pokrywa się powstałe wcześniej długi, a potem pozostaje czekać na kolejne pieniądze z MON czy NCBiR, aby mieć za co dokończyć zamówienie. Rozdzielenie PGZ od spółek produkcyjnych jeszcze bardziej pogorszy ich sytuację finansową, bo garb długów rośnie z roku na rok. Jednym z wyjątków jest HSW z dużym portfelem zamówień i realną perspektywą na własne produkty, co oznacza stabilność finansową spółki w perspektywie kilku lat pod warunkiem, że nie będzie się podbierać stamtąd pieniędzy tak jak robi to teraz PGZ.

2. Po drugie, rotacja pracowników centrali PGZ w ostatnich latach była tak duża, że próżno tam szukać osób z wieloletnim doświadczeniem na rynku uzbrojenia, To przecież ci ludzie mieliby być „wyroczniami” jeśli chodzi o zakupy typów uzbrojenia i technologii wojskowych. We Francji czy Szwecji w Agencjach Uzbrojenia pracują praktycy z przemysłu i wojska, a nie historycy i politolodzy z poczuciem misji usunięcia złogów komuny i służb ze zbrojeniówki.

3. Po trzecie, przez ostanie cztery lata PGZ nie potrafiła zapanować nad technologiami istniejącymi w państwowej zbrojeniówce. Ciągle mówiło się o wykorzystaniu synergii potencjału poszczególnych spółek, a kończyło się na ofertach dla wojska w cenach dużo ponad to, co oferowała zagraniczna konkurencja (patrz Homar, ciężarówki Jelcz itp.). Przy składaniu ofert do MON ulegano żądaniom finansowym spółek produkcyjnych zamiast próbować optymalizować koszty i szukać tańszego rozwiązania. W przypadku zakładów ze sprzętem pancernym dawano każdemu po trochu zamiast wskazać pojedynczy podmiot, który sam zdecyduje, kto będzie jego poddostawcą. Jeśli ludzie PGZ nie potrafili zmusić do niczego firmy im podległe w ramach nadzoru korporacyjnego, to tym bardziej będzie to trudne z pozycji urzędu, który nie ma realnych instrumentów zachęcających czy dyscyplinujących.

4. Po czwarte istnieje poważne ryzyko windowania cen za wyroby z polskich fabryk, bo jeśli MON zrezygnuje na dobre z jakikolwiek przetargów to będzie skazany na wyższe koszty w stosunku do innych ofert na rynku. Oczywiście takie kontrakty będą tłumaczone „polskością” sprzętu i bezpieczeństwem dostaw od lokalnego dostawcy, ale trzeba mieć świadomość, że Polska będzie przepłacać nie mając gwarancji, że w sytuacji nadzwyczajnej producent jest w stanie, w krótkim czasie, zwiększyć produkcję. Kumoterstwo przy zakupach, w relacjach Agencja Uzbrojenia i producent musi kosztować więcej, bez pewności otrzymania dobrego sprzętu.

5. Po piąte poziom fraternizacji pracowników PGZ z lobbystami zagranicznych firm nie gwarantuje niezależności w podejmowaniu decyzji zakupowych. Nawyk zachwytu nad każdą propozycją płynącą od zagranicznych dostawców, którzy jednocześnie zatrudniają emerytowanych generałów jako tzw. konsultantów, źle wróży efektywności Agencji Uzbrojenia. W takiej instytucji potrzeba ludzi niezależnych i nie ulegających pokusie udziału w konferencji czy wizycie studyjnej organizowanej przez producenta w atrakcyjnej lokalizacji (stolica dużego państwa NATO-wskiego czy egzotyczny kurort). Praktyka pokazuje, że tego typu wyjazdy cieszą się dużą popularnością, bo czemu nie? A potem pozostają relacje, kontakty i trudniej takiemu partnerowi odmówić szczególnej uwagi albo naliczyć kary za nieterminowe wykonanie umowy.

6. Po szóste, sposób doboru partnerów zagranicznych przez spółki państwowe już dziś budzi podejrzenia o korupcję i niejasne powiązania prezesów i kluczowych pracowników. Wielokrotnie zdarzało się w PGZ tak, że nagle dana spółka proponuje konkretne rozwiązanie w ramach postępowania zakupowego dla wojska. I nic nie wiadomo czy rozpatrywano inne oferty, jakie były różnice w ofercie cenowej, transferze technologii czy zakresie umowy licencyjnej. Często o wyborze partnera decydowały atrakcje podczas wizyty studyjnej polskich przedstawicieli polskiej zbrojeniówki. W przypadku zamawiania wyrobów w poszczególnych spółkach produkcyjnych bez przetargów, w ramach tzw. trybu ochrony bezpieczeństwa państwa, będziemy świadkami popisów lobbystów na najlepsze oferty dla zarządów państwowych przedsiębiorstw, co może stać w sprzeczności z interesem zakładu czy państwa.

Pomysł utworzenia Agencji Uzbrojenia nie jest złym założeniem, ale musi być poprzedzony głębokimi analizami, a decyzja o tym nie może być podejmowana pod presją czasu lub, jak obecnie, pod presją zbliżającej się katastrofy finansowej PGZ. Z roku na rok kolejne ekipy osadzane w zarządzie państwowego championa zbrojeniowego (w cztery lata – cztery zarządy) ogłaszają, że znalazły receptę na rozwiązanie problemów finansowych i organizacyjnych, ale zawsze kończy się to jeszcze słabszym wynikiem finansowym i większym bałaganem organizacyjnym. Po stronie MON mamy kompletnie niefunkcjonalny system zakupów, który pozwala na kupno sprzętu bez przetargu i transparentności. To może i musi rodzić podejrzenia o korupcję, bo kwoty kontraktów pozwalają dostawcom podzielić się zyskiem z kimś, kto pomoże po stronie państwa w decyzji o zakupie akurat tego wyposażenia. Dodatkową patologią jest to, że lobbyści zagranicznych firm, do których trzeba zaliczyć również dyplomatów, mają nieograniczony dostęp do decydentów w MON w odróżnieniu od prezesów polskich firm zbrojeniowych, tak państwowych jak i prywatnych.

Do tego dochodzi patologiczny system wydawania pieniędzy przez NCBiR, który rzekomo ma służyć opracowaniu nowego uzbrojenia, które powinno być innowacyjne. Wszystkie analizy jasno pokazują, że pomimo wydawania setek milionów złotych na prace rozwojowe w części wojskowej, jak na razie, wcale nie przełożyły się na wzrost konkurencyjności przemysłu obronnego. Oznacza to tyle, że NCBiR jest tylko źródłem łatwych pieniędzy, za które wystarczy stworzyć stos segregatorów z tzw. dokumentacją techniczną czegoś co nigdy nie zostanie wdrożone do produkcji. System zakupów wyposażenia dla wojska oraz organizacji polskiej zbrojeniówki wymaga zmian. Muszą one być przemyślane i systemowe, a nie chaotyczną i doraźnie klajstrujące przeciekającą łódkę.

Paweł Poncyljusz, poseł Koalicji Obywatelskiej, członek Sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Komentarze