Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • KOMENTARZ

Lekcja z Ukrainy, wizja z USA. Zdolność armii do szybkiej adaptacji zdecyduje o sukcesie na polu walki

Goblin
Bezzałogowy pojazd lądowy Goblin testowany przez żołnierzy 2. Brygady Zmotoryzowanej Legionów.
Autor. 2BZmotLeg / Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych

Zakup najnowocześniejszego drona nie zmodernizuje armii, jeśli nie stanie się on częścią zintegrowanego systemu dowodzenia. Gen. Jarosław Gromadziński tłumaczy, dlaczego przy wdrażaniu bezzałogowców lądowych musimy przestać przeglądać katalogi producentów, a zacząć odpowiadać na realne, operacyjne potrzeby żołnierzy.

Od pojedynczego robota do całej armii

W pierwszym artykule pisałem o tym, jak drony lądowe mogą zmienić sposób działania wojsk lądowych. Dziś warto zadać kolejne pytanie: kto już inwestuje w tę technologię i czego Polska może nauczyć się od innych państw?

Reklama

Z mojego doświadczenia wynika jedno: sama technologia to za mało. Można kupić najbardziej zaawansowany pojazd bezzałogowy, ale jeżeli nie zostanie on zintegrowany z systemem dowodzenia, rozpoznaniem, łącznością, logistyką i procesem szkolenia, jego rzeczywista wartość bojowa pozostanie mocno ograniczona. Dlatego, analizując podejście Stanów Zjednoczonych, Europy, Ukrainy czy państw azjatyckich, zwracam uwagę nie tylko na to,jakie roboty budują, ale przede wszystkim –jak zamierzają ich używać.

Stany Zjednoczone od lat rozwijają technologie autonomiczne i robotyczne. Najbardziej interesujące w amerykańskich programach nie jest jednak to, jaki konkretnie model drona w nich powstaje, lecz sama koncepcja jego użycia.

Amerykanie coraz częściej projektują działania wokół zespołów, w których platformy załogowe i bezzałogowe funkcjonują ramię w ramię. To fundamentalna zmiana: robot nie zastąpi człowieka, lecz radykalnie zwiększy jego możliwości. Pojazd bezzałogowy może prowadzić obserwację, realizować zadania logistyczne, przemieszczać się w skażonym terenie czy bezpośrednio wspierać żołnierzy. Człowiek pozostaje natomiast w pełni odpowiedzialny za ostateczne decyzje.

To podejście jest mi szczególnie bliskie. Przyszłość wojska to nie rywalizacja człowieka z maszyną, ale ich ścisła współpraca. Doświadczenia zza oceanu pokazują, że to jedyny słuszny kierunek rozwoju. W Europie zainteresowanie systemami UGV również rośnie w szybkim tempie. Doskonałym przykładem jest estońska firma Milrem Robotics i jej platforma THeMIS, która wyznacza kluczowy trend: modułowość.

Jedna uniwersalna baza pojazdu może być przystosowana do wielu różnych zadań w zależności od zainstalowanego wyposażenia. Dla wojska ma to kolosalne znaczenie – nie potrzebujemy przecież osobnego typu podwozia do każdej misji, lecz platform, które można szybko rekonfigurować w warunkach polowych.

Środowisko międzynarodowe uczy nas jeszcze jednego: absolutnym priorytetem jest interoperacyjność. Jeżeli polski system ma w przyszłości operować wspólnie z sojusznikami z NATO, musi być zdolny do płynnej wymiany danych. To nie jest techniczny detal, lecz podstawowy warunek skuteczności na polu walki.

Ukraina: wojna nie czeka na producenta

Najsurowszej, a zarazem najważniejszej lekcji udziela nam dziś Ukraina. Tam technologie bezzałogowe nie są melodią przyszłości – stanowią oręż w wojnie toczonej tu i teraz. Ukraińcy wykorzystują roboty lądowe do transportu, ewakuacji medycznej, rozpoznania czy minowania. Największe wrażenie robi jednak tempo ewolucji tych konstrukcji. Wygląda to następująco: system trafia na front, żołnierze błyskawicznie wskazują jego wady, producent natychmiast wprowadza modyfikacje, a ulepszona wersja wraca do walki. Ta pętla informacyjna między okopem a fabryką jest ekstremalnie krótka.

Polska powinna wyciągnąć z tego kluczowy wniosek. Nie możemy budować biurokratycznego systemu, w którym od pomysłu do wdrożenia mijają lata, a uwagi żołnierzy docierają do inżynierów z opóźnieniem. Musimy nauczyć się szybciej testować, modyfikować i wdrażać sprzęt.

Reklama

Wojna obnaża też inną prawdę: koszty mają znaczenie. Jeżeli zakładamy, że dron na polu walki może zostać zniszczony, nie możemy opierać taktyki na nielicznych, ekstremalnie drogich platformach. Potrzebujemy optymalnego balansu między jakością, odpornością na zakłócenia a ceną. Czasami prostszy system, który można masowo produkować i łatwo naprawić, sprawdza się lepiej niż technologiczne arcydzieło. W wojnie o wysokiej intensywności zdolność do szybkiego odtwarzania strat jest decydująca.

Uważnie należy obserwować również Chiny. Ich podejście nie ogranicza się do konstruowania pojedynczych pojazdów. To element znacznie szerszej, systemowej transformacji sił zbrojnych: fuzji sztucznej inteligencji, automatyzacji, rojów bezzałogowców i potężnych sieci wymiany danych. Przyszłe armie nie będą po prostu zbiorem ludzi i maszyn. Będą zintegrowanymi systemami, w których żołnierz, robot, sensor, sieć i algorytmy AI stworzą jeden połączony organizm. To rewolucja o wiele głębsza niż sam fakt pozbawienia pojazdu załogi.

Polska ma dobry punkt wyjścia

Nie zaczynamy tego wyścigu od zera. Mamy rozwinięty przemysł obronny, silne kompetencje w elektronice i automatyce oraz bogate doświadczenia z wykorzystaniem dronów powietrznych. Rozwój projektów takich jak Mobilne Bezzałogowe Pojazdy Rozpoznawcze „Tarantula” to ważny krok, ale zakup samego sprzętu nie wystarczy. Potrzebujemy całego ekosystemu: spójnych platform, sensorów, odpornej łączności, nowoczesnego oprogramowania i adekwatnych procedur. Przede wszystkim jednak potrzebujemy ludzi, którzy będą potrafili spiąć to wszystko w sprawnie działającą całość.

Zawsze uważałem, że modernizacja armii musi wynikać z konkretnej potrzeby operacyjnej, a nie z przeglądania katalogów producentów. Zamiast pytać: „Jakiego drona kupić?”, powinniśmy zapytać: „Jakie zadanie chcemy wykonać bezpieczniej i czy maszyna może nam w tym pomóc?”. Jeśli musimy dostarczyć amunicję pod ostrzałem – budujmy platformę logistyczną. Jeśli chcemy „zajrzeć” za wzgórze – potrzebujemy nośnika sensorów. Technologia ma służyć taktyce, nigdy odwrotnie.

Wyobrażam sobie przyszłe operacje jako środowisko sieciocentryczne. Dron powietrzny wykrywa cel, informacja trafia do dowódcy, zautomatyzowana platforma lądowa skrycie podjeżdża w rejon uderzenia, człowiek zatwierdza decyzję, a maszyna ją wykonuje.

Wartość pojedynczego UGV zależy wyłącznie od tego, jak skutecznie komunikuje się z resztą sił. Dlatego już dziś musimy myśleć o dronach lądowych jako o elementach wielodomenowego środowiska walki. Rozwiązania te naturalnie przenikną też do sektora cywilnego – od logistyki, przez energetykę, aż po ratownictwo, generując korzyści nie tylko dla bezpieczeństwa państwa, ale i dla gospodarki.

Wraz z rozwojem AI musimy jasno wyznaczyć granice autonomii. Inaczej traktujemy zrobotyzowany wózek w magazynie, inaczej maszynę inspekcyjną, a zupełnie inaczej uzbrojony system bojowy. Im poważniejsze są konsekwencje działania maszyny, tym silniejsza musi być kontrola człowieka. Sztuczna inteligencja z powodzeniem przeanalizuje dane i wskaże zagrożenia, ale nie może – ani technologicznie, ani prawnie, ani etycznie – przejąć odpowiedzialności za ludzkie życie.

Nie kopiujmy. Uczmy się

Patrząc na globalne trendy, odradzam ślepe kopiowanie cudzych rozwiązań. Mamy własną specyfikę operacyjną i własny przemysł. Musimy jednak czerpać z najlepszych wzorców: od Amerykanów uczyć się integracji zespołów człowiek–maszyna, od Europejczyków modułowości, od Ukraińców błyskawicznej adaptacji, a od państw azjatyckich – budowy cyfrowych ekosystemów. Na tej podstawie powinniśmy zbudować polski model.

Przyszłych wojen nie wygra armia, która kupi najwięcej robotów. Wygra ta formacja, która najszybciej stworzy synergię między technologią, doświadczeniem dowódców a innowacyjnością przemysłu. Rozmowa o dronach lądowych to w istocie debata o przetrwaniu żołnierzy na polu walki i o tym, czy Polska w dobie technologicznej rewolucji pozostanie jedynie biernym klientem, czy stanie się jej aktywnym współtwórcą.

Reklama

Wybrane okazje dla Ciebie

Reklama
Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować