Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • KOMENTARZ
  • DEFENCE PREMIUM

Armada dronowa? Tak ale z głową [ANALIZA]

Stworzenie w Polsce „armady dronowej”, która ma powstać w oparciu o ukraińskie doświadczenie, polskie pieniądze i przy wykorzystaniu środków europejskich – zapowiedział premier Donald Tusk. Szczegółów brak, ale o co konkretnie może chodzić? I co najważniejsze: jak to zrobić?

Grafika
Fotomontaż
Autor. Rys. Grok

Ostatnie dni rejestracji na Defence24 Days 2026. \Zapisz się już dzisiaj!\>

Z tego tekstu dowiesz się: - Jakie drony mogą wejść w skład ogłoszonej przez Donalda Tuska „Armady Dronowej”, - Jakie rozwiązania warto pozyskać z Ukrainy, - Jakie kompetencje ma polski przemysł samodzielnie, a w jakich dziedzinach może się podeprzeć ukraińskimi, - Czy drony to odpowiedź na wszystkie zagrożenia.

Premier mówił przede wszystkim o budowaniu defensywy, a zatem rozwiązań, które będą mogły stanowić ochronę przed rosyjskimi atakami. Ataki te mogą jednak być przeprowadzane przy pomocy całego wachlarza środków bojowych, nie tylko rosyjskich bezzałogowców. Chociaż z pewnością środki bezzałogowe w możliwych atakach hybrydowych i konwencjonalnych stanowią jedno z poważniejszych zagrożeń. Tym większych, że świat dopiero dopracowuje się ochrony przed nimi i że są to środki niskokosztowe, a co za tym idzie, masowe.

Drony przechwytujące czyli obrona przed dronami OWA

Jednym z obszarów, na które ewidentnie wskazuje wypowiedź premiera Tuska jest obrona przed bezzałogowcami, a zatem masowym zagrożeniem. Zagrożenie to należy jednak podzielić na kilka rodzajów.

Pierwszym z nich są drony samobójcze dalekiego zasięgu, czyli klasy OWA (one way attack). Mowa tutaj o rodzinie Szahid/Gierań, a także o współpracujących z nimi w formacjach dronach wabikach, takich jak dron Gerbera. Ten ostatni wszedł w dużej liczbie egzemplarzy w polską przestrzeń powietrzną i co najmniej jeden z nich został zestrzelony przez holenderskiego F-35A rakietą AMRAAM wartą milion dolarów.

Zwalczanie tego rodzaju celów jest trudne z wielu względów. Są to obiekty wolno poruszające się, niezbyt duże i zazwyczaj nisko lecące. Taki cel trudno wykryć przy użyciu dotychczas produkowanych radarów, szczególnie naziemnych. A w te przede wszystkim inwestowała Polska i w takich ma kompetencje polski przemysł. Radary naziemne są dobrym narzędziem do wykrywania celów takich jak samoloty, śmigłowce czy pociski manewrujące. W przypadku dronów ogranicza je m.in. horyzont radiolokacyjny.

Odpowiedzią na ten problem jest posadowienie radarów w powietrzu, a zatem samoloty wczesnego ostrzegania (obecnie Polska ma rozwiązanie przejściowe), drony z radiolokatorami (np. na bazie Reapera/SkyGuardiana) oraz radary umieszczone na aerostatach (program Barbara, który wkrótce wyda pierwsze owoce). Odpowiedzią w zakresie wykrywania są więc dzisiaj raczej rozwiązania zachodnie, chociaż Ukraina mogła dopracować się wyspecjalizowanych sensorów wykrywania optoelektronicznych i sonicznych. Nie jest jednak jasne, na ile są to rozwiązania ukraińskie, a na ile zachodnie, polskie czy izraelskie.

Ciekawsze rozwiązania ma Ukraina, przynajmniej, jeżeli chodzi o efektory, czyli środki, którymi drony mogą być niszczone. Jest to kwestia nie mniej znacząca niż wykrywanie, bo drona kosztującego 50 tys. USD trzeba niszczyć, o ile to możliwe, środkami jeszcze tańszymi. Tutaj wchodzą także zagraniczne rozwiązania w rodzaju 70 mm pocisków z nakładkami zmieniającymi je na broń naprowadzaną laserowo (APKWS II, FZ123) i emitery laserowe. Bardzo ciekawe są jednak rozwiązania ukraińskie w postaci dronów interceptorów. Są to mniejsze i tańsze od „Szahidów” rozwiązania z silnikami elektrycznymi, które dokonują uderzenia samobójczego w cel.

Zaletą jest niska cena i masowość produkcji. Ukraińcy twierdzą, np., że w pierwszych trzech miesiącach wyprodukowali więcej takich dronów niż w całym roku 2023. A zatem skalowalność produkcji jest możliwa do osiągnięcia. Dron interceptor ma oczywiście gorsze parametry i niższy promień operacyjny niż środki „tradycyjne” (rakietowe systemy przeciwlotnicze), jednak większe niż działko czy karabin maszynowy. W dodatku takie urządzenia można rozmieścić w wielu miejscach na terenie całego kraju albo przynajmniej przewidywanych tras ataku i wykorzystywać je tam, gdzie pojawia się zagrożenie.

Ukraińcy eksperymentują też z osadzaniem takich dronów pod skrzydłami samolotów An-28, co pozwala m.in. na ześrodkowywanie tych efektorów w miejscach, gdzie są aktualnie potrzebne. Wydaje się, że drony interceptory to duża część „armady”, o której mówił premier.

Atak strategiczny

Premier mówił o obronie, jednak pamiętajmy, że Ukraina dopracowała się też metod szybkiej produkcji własnych dronów OWA, które z sukcesem uderzają w głąb Rosji, niszcząc jej infrastrukturę i bazy wojskowe. Taki atak to też obrona, bo pozwala niszczenie licznych środków bojowych zanim zostaną one nawet wystrzelone w kierunku Polski.

Kijów jest dzisiaj w stanie dokonać jednorazowego ataku nawet kilkuset takimi dronami, bo pokazuje jak wielką skalę produkcji osiągnięto. Zapewne wypracowując kompromisy godząc koszt z efektem i te doświadczenia mogą być bezcenne. Metody przeprowadzania ataków i skala produkcji to know-how, który można podejrzeć od walczących sąsiadów. Trzeba tu mieć jednak na uwadze także własne projekty w tym zakresie (w tym prezentowane na targach MSPO m.in. przez Grupę WB).

Front

Zupełnie innym wyzwaniem są drony operujące nad frontem. Pierwszą klasą takich rozwiązań są nieduże drony rozpoznawcze, które wykrywają cele i naprowadzają na nie artylerię i drony samobójcze. W zakresie tych rozwiązań Polska dysponuje dzisiaj własnymi rozwiązaniami z rodziną bezzałogowców FlyEye, FT-5 i Gladius na czele. Systemy te są stale rozwijane przez WB Group w związku ze zdobywanymi przez nią doświadczeniami z Ukrainy.

Rozwiązania tej klasy tworzy także polski przemysł. Jednak nasz Wizjer i wciąż niedostarczony Orlik to systemy oparte na założeniach sprzed lat, i tutaj doświadczenia i know-how ukraińskie mogą stanowić pomoc w ich dostosowaniu do czasów współczesnych.

Pomocne mogą być też ukraińskie rozwiązania związane z umasawianiem produkcji frontowych bezzałogowców rozpoznawczych i ich ładunków użytecznych. Jeśli chodzi o te ostatnie, to pomocą może być także rozwój zastosowań bezzałogowców tej klasy, np. jako retranslatorów łączności. Chociaż Polska może to równie dobrze zrobić samodzielnie.

Ogromne w porównaniu z polskim jest natomiast doświadczenie ukraińskie, jeżeli chodzi o drony ofensywne – bombowce (tzw. Baby Jagi), drony minujące, latające miotacze ognia, samobójcze czy tanie masowe maszyny rozpoznawcze. Wydaje się, że Ukraińcy osiągnęli tutaj przewagę nad przeciwnikiem, jeśli chodzi o tworzenie maszyn dużego zasięgu, skutecznie rażące nie tylko front, ale także jego zaplecze, nawet na kilkadziesiąt kilometrów. Posiadają technologię rozwijanych światłowodów co utrudnia zakłócenie pracy drona, a także inne rozwiązania zwiększające odporność na oddziaływanie przeciwnika.

Broń ta umożliwia izolację pola walki (odcinanie przeciwnika od uzupełnień i dostaw), ale także osiąganie przewagi na bezpośredniej linii styczności wojsk. Polska ma oczywiście swoje doświadczenia w budowaniu amunicji krążącej i dronów samobójczych, jednak mnogość zastosowań rozwiązań tanich i masowych może być wartością dodaną z Ukrainy. Szczególnie w tych zakładach, w których na razie kompetencji do budowy nie ma, a które mają zdolności do produkcji na wielką skalę (tzn. produkowały wcześniej coś innego, np. AGD czy podzespoły do samochodów).

Trzeba jednocześnie pamiętać, żeby nie przesadzić z prymitywizmem rozwiązań, ponieważ to, co dzisiaj jest skuteczne, w ciągu lat, a nawet miesięcy, może okazać się bezwartościowe. Tego uczy wojna na Ukrainie, gdzie wyścig zbrojeń trwa i nowe rozwiązania szybko się dezaktualizują. Producenci dronów wojskowych są dziś wręcz przekonani, że czasu dronów improwizowanych albo bardzo tanich to tylko kwestia przejściowa. Choć oczywiście mają też interes, żeby tak mówić. Potrzebny jest złoty środek.

Jedno z narzędzi

„Armada dronów” może się więc przejawiać w wielu aspektach: w skali strategicznej i taktycznych dronów działających nad frontem bądź na jego zapleczu. W ataku i obronie. Trzeba jednocześnie pamiętać, że doświadczenia ukraińskie to nie wszystko i rozwiązania trzeba tworzyć nie tylko w oparciu o europejskie i polskie pieniądze, ale także i wiedzę. Ważne też, aby nie zrobić z dronów nowego „bożka wojny” i nie zapominać o innych środkach prowadzenia walki.

Czołgi nie wybuchają na Ukrainie dlatego że trafił w nie pojedynczy dron FPV, a zazwyczaj po ataku kilkunastoma, a nawet kilkudzisięcioma, takimi efektorami. Co będzie jeśli w jedno miejsce zostanie rzuconych takich czołgów sto? Wtedy potrzebne będą własne czołgi, wyrzutnie pocisków przeciwpancernych i artyleria (choć najlepiej żeby jej ogień korygowały drony). Bezzałogowce to bowiem cenne, efektywne kosztowo, ale tylko jedno z narzędzi z całego arsenału dostępnych rozwiązań. I zawsze istnieje szansa, że wdrożenie nowych wynalazków technicznych z dnia na dzień zminimalizuje ich rolę.

Natomiast w narzędzie to na dzisiaj warto inwestować i wykorzystywać rozwiązania okupione krwią walczącej Ukrainy. Lepiej uczyć się na cudzych doświadczeniach niż na swoich.

WIDEO: Trumpolog: blokada Ormuzu się nie uda | Premier Tusk w Korei Płd | Defence24Week #156
Reklama