Geopolityka

Wojna w Arcachu: nieudana próba ataku na Szuszi, możliwy impas [RELACJA Z GÓRSKIEGO KARABACHU]

Fot. Witold Repetowicz
Fot. Witold Repetowicz

W piątym tygodniu wojny Azerbejdżan nie odnotował żadnych znaczących sukcesów, w szczególności zaś nie zdołał zagrozić drodze Goris – Stepanakert oraz nie zajął żadnego z większych miast Arcachu. Co więcej, podjęta próba zajęcia Szuszi, poprzedzona zmasowanym atakiem na to miasto i sąsiedni Stepanakert, zakończyła się dla Azerbejdżanu całkowitą porażką. Nie oznacza to jednak końca tej wojny i nie można wykluczyć, że samotnie stawiająca opór Armia Obrony Arcachu może w końcu ulec przeważającej sile turecko-azerskiego ataku, jeśli nie dojdzie do skutecznego zaangażowania międzynarodowego.

W czwartek 29 października od wczesnego ranka przez cały dzień syreny wyły nad Stepanakertem oraz Szuszi. Intensywny ostrzał rakietowy oraz naloty lotnicze miały miejsce również w dniu poprzednim tj. 28.10. Doprowadziły one do znacznych zniszczeń obiektów cywilnych, w tym m.in. potężnego bloku mieszkaniowego znajdującego się naprzeciw katedry w Szuszi, domu kultury w Szuszi, jednej ze szkół, a także wielu domów mieszkalnych. Ofiar śmiertelnych wśród cywilów nie było tylko dlatego, że większość z nich uciekła do Armenii, a ci którzy zostali chowają się w piwnicach. Cudem uratowała się dwójka małych dzieci (5 i 2 lata), która w czasie nalotu na dom naprzeciwko katedry znajdowała się w środku tej świątyni. Tymczasem wieczorem 29.10 ukazało się dramatycznie brzmiące oświadczenie prezydenta Arcachu Araika Harutiuniana, w którym stwierdził on, że „wróg podszedł na odległość 6 km od Szuszi”, przypominając jednocześnie powiedzenie, że „kto kontroluje Szuszi ten kontroluje Karabach”.

image
Fot. Witold Repetowicz

Znaczenie Szuszi wynika przede wszystkim z jego położenia na wysokim i stromym, trudnym do zdobycia, wzniesieniu górującym nad Stepanakertem, czyli stolicą Arcachu. W latach 1991-1992 to właśnie z kontrolowanego przez Azerów Szuszi prowadzone było bombardowanie Stepanakertu. Ostrzał dokonywany był przy tym z katedry w Szuszi, gdyż Azerowie liczyli, że Ormianie nie będą strzelać do jednej z najważniejszych dla siebie świątyń. 8 maja 1992 r., w śmiałej operacji specjalnej dowodzonej przez byłego dowódcę radzieckich sił specjalnych w Afganistanie gen. Arkadego Ter-Tadewosjana, mimo, że wszystkie czynniki przemawiały na korzyść Azerów (topografia, sprzęt, liczebność) Ormianie zdobyli Szuszę. Stało się to przełomowym punktem wojny o Górski Karabach, gdyż wkrótce potem Ormianie uzyskali też kontrolę nad korytarzem laczinskim czyli jedyną wówczas drogą łączącą Górski Karabach z Armenią.

Trudno się zatem dziwić, że informacja podana przez Harutiuniana wywołała ogromny niepokój. Dopiero kilka godzin później pojawiły się dodatkowe informacje, które uspokoiły nastroje. Okazało się bowiem, że to nie cały front przesunął się 6 km od Szuszi, lecz duże zgrupowanie, którego pojawienie się było poprzedzone aktywnością grup dywersyjnych w rejonie Czanaqczi, na drodze łączącej Szuszi z zajętym przez Azerów Hadrutem. Owe grupy dywersyjne, według Ormian, składają się przy tym nie tyle z azerskich żołnierzy co z tureckich specjalsów wyszkolonych do walk górskich z kurdyjską guerillą tj. Partią Pracujących Kurdystanu (PKK).

Odgłosy wybuchów i dźwięk syren trwał również w nocy aż do 3 nad ranem czasu miejscowego w piątek 30 października. Wtedy doszło do gigantycznej eksplozji, która miała miejsce kilka kilometrów od Szuszi. Rano Ormianie poinformowali o tym, że zniszczyli potężny skład sprzętu wojskowego, który Azerowie zgromadzili w celu rozpoczęcia szturmu Szuszi. Deklaracja ta budziła początkowo wątpliwości, gdyż Ormianie nie dopuścili dziennikarzy na miejsce eksplozji, a informacja o tak dużym skoncentrowaniu sprzętu kontrastowała z wcześniejszymi informacjami o tym, że chodzi wyłącznie o grupę dywersyjną. Niemniej niedopuszczenie dziennikarzy można wytłumaczyć tym, że walki w tym rejonie cały czas trwają, co jest spójne z deklaracjami strony ormiańskiej o likwidowaniu kolejnych grup biorących udział w przygotowaniach do ataku.

Wiarygodność wersji armeńskiej potwierdzają jednak przede wszystkim dwa fakty. Po pierwsze Azerbejdżan wystąpił ze swoją wersją (jakoby to Azerbejdżan zniszczył skład broni Arcachu) z kilkunastogodzinnym opóźnieniem, a wcześniej propaganda tego państwa nie reagowała na informacje podawane przez Ormian. Kluczowe znaczenie ma jednak drugi fakt tj. to, że po eksplozji azerski ostrzał Szuszy i Stepanakertu całkowicie ucichł i przez cały piątek, aż do 7 rano w sobotę, nie dochodziło tu do ataków ze strony Azerbejdżanu. W sobotę o 7 rano samolot azerski zbombardował dwa miejsca w Stepanakercie, w tym rynek, a później słychać było znowu odgłosy wystrzałów (zarówno przychodzących jak i wychodzących) w okolicach Szuszi. Niemniej w samym Stepanakercie przez resztę dnia było spokojnie co mocno kontrastowało z okresem niemal dwóch dób przed ową eksplozją. Absurdalne byłoby przy tym przerwanie ataku przez Azerbejdżan gdyby to rzeczywiście zniszczony został skład broni armeńskiej. W takiej sytuacji strona atakująca próbowałaby zapewne wykorzystać osłabienie obrońców i zadać im ostateczny cios. Tak jednak się nie stało i to potwierdza wersję ormiańską. Nowy ostrzał i naloty na Stepanakert miały miejsce dopiero w sobotę wieczorem ale noc również minęła spokojnie i w niedzielę rano nie słychać było żadnych wystrzałów, aż do godz. 10.00 gdy ponownie rozległy się eksplozje w Stepanakercie.

Warto przy tym dodać, że w piątek wyjątkowa cisza panowała też w Martakercie, gdzie również przez kilka kolejnych dni wcześniej (do czwartku) trwały intensywne naloty, które zniszczyły szereg domów w tym mieście. Ormianie tłumaczą przy tym owe nagłe uspokojenie się sytuacji w Martakercie ich uderzeniem na azerskie miasto Barda, które miało miejsce w środę i w wyniku którego miały zostać zniszczone ważne obiekty wojskowe służące do ostrzału Górskiego Karabachu. Azerbejdżan wprawdzie oskarżył Armenię o to, że celem tego ataku byli cywile ale fakt, że skutecznie (przynajmniej na jakiś czas) wstrzymał on zdolność Azerbejdżanu do ostrzału pozycji obrońców Arcachu sugeruje co innego. Podobnie zresztą było po wcześniejszym ostrzale Gandżi, który przerwał na kilka dni azerski ostrzał Stepanakertu mimo gróźb zemsty ze strony Ilhama Alijewa. Ministerstwo Obrony Arcachu za każdym razem dementowało zresztą by jego celem były obiekty cywilne i publikowało listę „uzasadnionych celów” w tych miastach. Nie wydaje się więc by zasadne było pojawiające się czasem tłumaczenie ostrzału Gandżi czy Bardy „ślepym odwetem” czy „desperacją” Ormian, lecz tym, że Azerbejdżan lokalizuje swoje obiekty wojskowe w środku skupisk zamieszkanych przez cywilów. Azerowie jednostronnie zdefiniowali przy tym strefę wojenną jako ograniczoną do Górskiego Karabachu, podczas gdy nie ma to żadnego uzasadnienia i z perspektywy Arcachu każdy militarny cel w Azerbejdżanie jest w strefie wojny. Faktem jest też to, że w wyniku azerskich ataków na Arcach zginęłyby setki cywilów gdyby nie to, że większość postanowiła opuścić swoje domy. Skoro Azerowie zdecydowali się na rozpoczęcie tej wojny i ją popierają to powinni również być gotowi na takie same wyrzeczenia jakie dotykają Ormian z Arcachu czyli konieczność opuszczenia swoich domów. Wojna nie jest bowiem grą komputerową i świadomość kosztu jaki jest płacony przez społeczeństwa obu stron w warunkach demokratycznego państwa zwykle jest czynnikiem powstrzymującym zapędy prowojenne. Problem z Azerbejdżanem w tym kontekście jest jednak taki, że nie jest to państwo demokratyczne.

Wszystko wskazuje więc na to, że eksplozja pod Szuszi oraz atak na Bardę zmusiły Azerbejdżan do poważnego przegrupowania swoich sił. Dawid Babajan, doradca prezydenta Arcachu ds. zagranicznych, potwierdził to w rozmowie ze mną w piątek popołudniu. „Azerowie próbowali utworzyć przyczółek, gdyż dla nich Szuszi to jedno z głównych celów strategicznych, więc chcą wedrzeć się do tego miasta. I wczoraj w celu utworzenia tego przyczółku sprowadzili tam dużą ilość sprzętu bojowego, w tym systemy rakietowe i artyleryjskie oraz zgromadzili sporą liczbę swoich żołnierzy. Nasza armia wczoraj wieczorem i dziś wcześnie rano zniszczyła ten przyczółek i w ten sposób pierwsza próba ataku została efektywnie zneutralizowana ale myślę, że musimy być gotowi na drugą, trzecią i kolejne takie próby” – podkreślił Babajan dodając, że to walka na śmierć i życie i „będziemy trwać do końca”. Podobnie skomentował też dążenie Azerbejdżanu do przecięcia drogi Goris – Stepanakert.

image
Fot. Witold Repetowicz

 

„Zagrożenie, że Azerbejdżan przetnie tę drogę oczywiście istnieje, już teraz czasem ją bombardują. Ale my będziemy ją bronić, do ostatniej kropli krwi. Nie tylko tą zresztą ale również północną, bo oni chcą odciąć Karabach od świata zewnętrznego, przekształcić go w enklawę, a potem zniszczyć i jest to usiłowanie dokonania ludobójstwa” – stwierdził wyjaśniając jednocześnie, że na drodze północnej (prowadzącej do miasta Wardenis w Armenii przez Kalbadżar) zagrożenie ataku jest większe niemniej znajduje się ona pod pełna kontrolą Arcachu.

Babayan podkreślił również, że Turcja odgrywa bezpośrednią rolę w działaniach zbrojnych przeciwko Arcachowi. „Bombardują nas tureckie samoloty i drony, po stronie Azerbejdżanu walczą tureccy generałowie i Turcja sprowadziła kilka tysięcy bojowników. To jest bezpośrednie zaangażowanie” – stwierdził, dodając, że po stronie ormiańskiej walczy tylko Armia Obrony Arcachu (a nie armia Armenii), a na drugiej linii ormiańscy ochotnicy.

„Azerbejdżan osiągnął operacyjny sukces opanowując równinne tereny na południu Arcachu i przejmując tymczasowo kontrolę nad granicą z Iranem ale dalsze działania bojowe będą się toczyć już na górzystym, zalesionym terenie i one będą miały zupełnie inny charakter.” – powiedział mi z kolej w środę znany karabachski politolog Hraczja Arzumanian. „Przeciwnik opiera się teraz na małych grupach dywersyjnych przeciwko którym działają nasze oddziały specjalne oraz oddziały ochotników, którzy doskonale znają swoje góry. I na dzień dzisiejszy Azerbejdżan zdobył maksimum tego co mógł zdobyć ale nie udało mu się osiągnąć żadnych strategicznych celów. Po miesiącu walk Azerbejdżan zdołał przejąć kontrolę nad 10-15 % terytorium Republiki Górskiego Karabachu, a duch bojowy po naszej stronie nie został złamany. Ponadto armia Armenii nie wzięła dotychczas udziału w walkach więc Armenia ma dostatecznie dużo sil w rezerwie by podjąć inne działania. Niestety wykonanie pierwszej części zadania unicestwienia potencjału ataku turecko-azerskiego okazało się bardziej złożone niż się spodziewaliśmy m.in. ze względu na udział tanich sił najemnych dżihadystów oraz bezpośredni udział tureckich sił zbrojnych. Ale mimo tego przeciwnik nie zdołał osiągnąć strategicznych celów, a działania wojenne weszły w stan impasu” – dodał Arzumanian.

Tymczasem w niedzielę 25.10 USA ogłosiły, że doprowadziły do zawarcia porozumienia między Armenią i Azerbejdżanem w sprawie zawieszenia ognia od poniedziałku 26.10. Tyle, że podobnie jak dwa poprzednie zawieszenia ognia również i to nie weszło w życie i Azerbejdżan kontynuował ataki. Zdaniem Arzumaniana powód jest taki sam jak w przypadku poprzednich dwóch nieudanych zawieszeń broni: Turcja nie chce przerwania działań wojennych i to ona decyduje w tej kwestii, a nie Azerbejdżan. „Wojna o Karabach nie jest konfliktem lokalnym, lecz regionalnym i stopniowo przekształca sie w globalny” – ostrzegł Arzumanian. „Problem w tym, że wciąż panuje niezrozumienie z czym mamy do czynienia, czym jest Turcja i kim jest Erdogan” – podkreślił, dodając, że „XX-wiecznej Turcji już nie ma”. Według karabachskiego eksperta globalny wymiar wojny o Karabach związany jest z tym, że wpisuje się on w szersze plany ekspansjonistyczne Turcji i związane z tym konflikty w innych teatrach działań m.in. Afryce Płn., Bliskim Wschodzie, Morzu Śródziemnym, ale również potencjalnie może wpłynąć na sytuację w Osetii Płd., Abchazji, na Ukrainie czy w Naddniestrzu. Według niego ta globalizacja konfliktu będzie stopniowo rozszerzać również zakres sojuszników Armenii o państwa arabskie, Grecję, a także inne państwa europejskie.

„Jednym z kierunków destabilizacji świata ze strony Turcja jest Europa i powinna ona uświadomić sobie, że pewne procesy nie są przypadkowe, a obraźliwe słowa Erdogana kierowane do prezydenta Francji nie są słowami wariata ale polityka który dobrze wie co robi” – podkreślił Arzumanian, który jednocześnie uznał, że zarówno USA jak i Europa oraz Rosja posiadają narzędzia powstrzymywania Turcji, kwestią otwartą jest ich użycie. „Wojna o Karabach jest nowym typem konfliktu” – podkreślił wyjaśniając, że aktywność na inny teatrze działań może wymuszać negocjacje dotyczące innego

obszaru. „Np. Rosjanie dokonali nalotów na siły protureckie w Idlibie czym skłoniły Turcję do rozmów w sprawie sytuacji na południowym Kaukazie” – stwierdził.

Rosja zatem nie tyle nie może co nie chce skutecznie naciskać na Turcję by walki w Górskim Karabachu zostały zakończone, gdyż nadal usiłuje prowadzić swoją strategię równego oddalenia od obu stron konfliktu i ustawiania się na pozycji niezależnego arbitra. Ponadto Rosja chce zmusić Armenię do akceptacji tzw. planu Ławrowa polegającego na zwrocie Azerbejdżanowi terenów otaczających Górskich Karabach i nie leżących w jego granicach przed 1991 r. a na pozostałe terytorium wprowadzenie rosyjskich „mirotworców”. Ormianie maja świadomość, że taki plan oznacza dla nich klęskę i całkowitą kapitulację. Ponadto wielu widzi w nim rosyjski odwet za prozachodni (choć i tak bardzo ostrożny) zwrot w polityce zagranicznej premiera Armenii Nikola Paszyniana, nawet jeśli w konsekwencji tego odwetu Rosja zapłaci słono tj. ekspansją wpływów tureckich na południowym Kaukazie.

Problem bowiem w tym, że Turcja, wbrew życzeniowemu myśleniu niektórych komentatorów, bynajmniej nie reprezentuje interesów Zachodu w tej wojnie, a także w globalnym konflikcie, w który się ona wpisuje. Wręcz przeciwnie. I dlatego zdaniem Arzumaniana o ile przed wyborami w USA nie można spodziewać się ze strony Stanów Zjednoczonych żadnych zdecydowanych działań w celu powstrzymania Turcji, w tym jej działań dotyczących Górskiego Karabachu, to po wyborach USA będzie musiało sprecyzować swoją nową politykę w stosunku do Turcji.

Tymczasem doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Robert O’Brien stwierdził w sobotę 31.10, że USA przeprowadziły rozmowy z państwami skandynawskimi, które mogłyby wysłać do Górskiego Karabachu siły pokojowe. Wyjaśnił też, że państwa uczestniczące w pracach Grupy Mińskiej OBWE nie powinny brać udziału w takiej wojskowej misji pokojowej (czyli wyklucza to m.in. rosyjskich „mirotworców”). To oczywiście byłoby optymalne rozwiązanie tyle, że prawdopodobnie nie zostało ono z nikim uzgodnione, a to z kolei stawia ogromny znak zapytania nad jego realnością. Chyba, że USA rzeczywiście uruchomią skuteczne narzędzia nacisku na Turcję by się na to zgodziła. Rosja wówczas zostałaby na lodzie. Tyle, że jest to tylko jedna z możliwych wersji rozwoju wydarzeń, a coraz większą aktywność w odniesieniu do konfliktu w Górskim Karabachu wykazuje również Iran. Wiceminister spraw zagranicznych Iranu Abbas Araghczi odwiedził w tym tygodniu zarówno Baku jak i Erewań przedstawiając własny „plan pokojowy”, który jednak jest zdecydowanie niekorzystny dla Ormian, gdyż opiera się na założeniu „integralności terytorialnej Azerbejdżanu”. Iran ma jednak jeden wspólny cel z Turcją i Rosją: nie dopuszczenie do pojawienia się jakichkolwiek wpływów zachodnich, zwłaszcza amerykańskich, na Kaukazie. Po wyborach okaże się co USA z tym zrobią.

Podsumowując aktualny stan działań wojennych w Górskim Karabachu nie sposób pominąć faktu, że rola dronów się radykalnie zmniejszyła. Z jednej strony może to wynikać z przesunięcia się walk w rejony górzyste i zalesione, gdzie użycie dronów jest znacznie mniej skuteczne. Z drugiej strony wiele wskazuje również na to, że strona ormiańska jest w tej chwili znacznie bardziej przygotowana do odpierania ataków dronów niż na początku tej wojny. Wprawdzie Azerowie twierdzą, że 27.10 uderzyli przy pomocy drona na samochód ministra obrony Arcachu Dżalala Harutiuniana ale informacja ta nie jest do końca pewna i nie zmienia faktu, że użycie dronów uległo zdecydowanemu zmniejszeniu.

Impas w ofensywie azerskiej może jednak skłonić Turcję do zintensyfikowania jej zaangażowania, a także stosowania innych metod walki. Od piątku pojawiają się doniesienia o używaniu przez Azerbejdżan białego fosforu w celu wywoływania pożarów lasów, przy czym w piątek rzeczywiście widziałem las płonący przy górskiej drodze ze Stepanakertu do Martakertu, a w sobotę wiele pożarów widocznych było w okolicach Martuni.

Komentarze