- WIADOMOŚCI
- ANALIZA
NATO może odciąć Rosję od Bałtyku. Mowa o kilku godzinach
Estoński minister spraw zagranicznych Margus Tsahkna stwierdził, że w przypadku rosyjskiego ataku na państwo NATO Sojusz mógłby w ciągu kilku godzin zamknąć Rosji wyjście na Bałtyk przez Zatokę Fińską. To nie jest tylko polityczna deklaracja, ale kolejny element scenariusza, w którym Morze Bałtyckie staje się jednym z pierwszych obszarów konfrontacji NATO z Federacją Rosyjską.
W europejskim planowaniu obronnym Morze Bałtyckie coraz częściej jest traktowane nie jako zaplecze, ale jako pole walki. Decydują o tym niewielkie odległości między państwami NATO a Rosją, obecność obwodu królewieckiego, znaczenie militarne Petersburga, bliskość Finlandii i Estonii oraz zagęszczenie infrastruktury krytycznej. W razie wojny Rosja nie musiałaby zaczynać od klasycznego uderzenia lądowego na kraje bałtyckie. Bardziej prawdopodobny byłby scenariusz działań hybrydowych, sabotażu, cyberataków, prób zakłócenia żeglugi, presji na porty, uderzeń rakietowych i działań z wykorzystaniem komponentu morskiego.
Bałtyk jako pierwsze pole starcia
Właśnie dlatego takie wypowiedzi sojuszników są istotne. Estoński minister mówi wprost, że jeśli Rosja zaatakowałaby NATO i zostałby uruchomiony art. 5 (tutaj kraje nordyckie, bałtyckie i Polska zareagują od razu), to Sojusz miałby możliwość zamknięcia wyjścia z Zatoki Fińskiej w ciągu kilku godzin. Oznaczałoby to odcięcie jednej z najważniejszych morskich arterii Rosji. Przez ten kierunek wychodzą jednostki z Petersburga, przez Bałtyk utrzymywane jest połączenie z obwodem królewieckim, a sama trasa ma znaczenie również dla rosyjskiego eksportu surowców. Dla Moskwy jest to pierwszorzędny teatr wojenny i jednocześnie obszar ważny dla gospodarki, logistyki i demonstracji siły.
Trzeba jednak zaznaczyć, że nie chodzi o zapowiedź prewencyjnej blokady. Odnosimy się do sytuacji, w której to Rosja rozpoczyna działania zbrojne przeciwko NATO. To bardzo ważne, ponieważ Moskwa od lat przedstawia Sojusz jako strukturę ofensywną, podczas gdy logika tej deklaracji jest wręcz odwrotna. Jeżeli Rosja uderzy, utraci swobodę działania na Bałtyku. W praktyce NATO mówi Rosji, że wojna nie będzie toczyła się wyłącznie tam, gdzie Kreml wybierze miejsce uderzenia. Co ciekawe, kraje Zachodu – z Francją na czele – właśnie Morze Bałtyckie widzą jako region pierwszego starcia.
Zamknięcie Zatoki Fińskiej miałoby znaczenie większe niż tylko wojskowe. Bałtyk jest dla Rosji jednym z ostatnich wyjść na Zachód. Morze Czarne zostało już w dużej mierze ograniczone przez wojnę przeciwko Ukrainie, w tym działania Kijowa i turecką kontrolę nad cieśninami. Jeżeli w warunkach wojny z NATO Rosja straciłaby również swobodę wyjścia z Petersburga na Bałtyk, to utraciłaby połączenie z obwodem królewieckim (który i tak zostałby zlikwidowany w kilkadziesiąt minut uderzeniami z Polski).
Cała dyskusja wpisuje się w szerszy scenariusz, który od miesięcy pojawia się w europejskich analizach wojskowych. Rosja miałaby rozpocząć konflikt od działań poniżej progu pełnoskalowej wojny, uderzając w infrastrukturę krytyczną, porty, systemy energetyczne, łączność, kable podmorskie, jednostki cywilne i wybrane cele wojskowe właśnie na Morzu Bałtyckim.
Celem byłoby sparaliżowanie reakcji państw bałtyckich i nordyckich, a także stworzenie presji politycznej na kraje Zachodu przed otwartą fazą konfliktu. Dlatego coraz częściej zakłada się, że walka o Bałtyk nie może polegać wyłącznie na obronie własnego wybrzeża. Musi obejmować szybkie ograniczenie rosyjskiej swobody działania na morzu.
Państwa frontowe jako pierwsze uderzenie
W takim scenariuszu państwa frontowe miałyby kluczowe znaczenie. Estonia, Finlandia, Litwa, Łotwa, Polska, Szwecja, Dania i Norwegia musiałyby utrzymać infrastrukturę, porty, logistykę, obronę wybrzeża i swobodę przerzutu wojsk. Wsparcie największych państw europejskich, w tym Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, byłoby niezbędne, ale pierwsze godziny konfliktu zależałyby od państw regionu. To one musiałyby opóźniać rosyjskie działania, zabezpieczać szlaki i utrzymywać zdolność do przyjęcia wsparcia sojuszniczego.
Zakłada się użycie bardzo dużych sił. W wariancie europejskim mowa o około 12 dywizjach, czyli 40–50 brygadach, liczących łącznie około 200 tys. żołnierzy. Do tego potrzebne byłoby co najmniej 1500 czołgów, ponad 3500 bojowych wozów piechoty, około 1000 sztuk artylerii lufowej oraz blisko 400 wyrzutni rakiet. W powietrzu należałoby zaangażować 300–350 samolotów bojowych, samoloty wczesnego ostrzegania, tankowania i rozpoznania oraz kilka tysięcy środków precyzyjnego rażenia średniego zasięgu.
Komponent morski byłby jednym z głównych elementów odpowiedzi. Potrzebne byłyby zespoły okrętów nawodnych, obrona przeciwlotnicza infrastruktury krytycznej, zwalczanie okrętów podwodnych i utrzymanie swobody żeglugi. Rosja mogłaby próbować blokować porty, atakować wybrzeże i spowolnić reakcję. Odpowiedź NATO musiałaby więc obejmować zarówno obronę, jak i ofensywę. NATO znacznie przewyższa Rosję swoją siłą militarną.
Odebranie Rosji decyzji o uderzeniu
Najważniejsze jest jednak to, że estońska deklaracja zmienia sposób patrzenia na Bałtyk. Nie chodzi już tylko o pytanie, jak NATO obroni państwa bałtyckie przed rosyjskim uderzeniem. Coraz ważniejsze staje się pytanie, jak szybko Sojusz będzie w stanie odebrać Rosji możliwość działania na morzu. Jeżeli Moskwa rozpoczęłaby konflikt, zamknięcie Zatoki Fińskiej mogłoby stać się jednym z pierwszych kroków do ograniczenia rosyjskiej floty, eksportu i połączenia z Królewcem.
To również znaczący sygnał polityczny. Państwa frontowe nie chcą czekać biernie na rosyjską eskalację. W ich myśleniu obrona nie polega już tylko na przyjmowaniu uderzenia i oczekiwaniu na wsparcie. Obrona oznacza także natychmiastowe uderzenie w rosyjskie możliwości prowadzenia wojny. Zamknięcie wyjścia na Bałtyk byłoby właśnie takim działaniem, czyli nie symbolicznym, ale wprost militarnym.
Dla Polski ta dyskusja ma bezpośrednie znaczenie. Bałtyk jest jednym z najważniejszych obszarów naszego bezpieczeństwa, a rosyjska aktywność w regionie nie ogranicza się do obwodu królewieckiego. Jeżeli państwa bałtyckie i nordyckie otwarcie mówią o zamknięciu Rosji dostępu do Bałtyku w razie wojny, Warszawa powinna traktować to nie jako retorykę, ale jako element planowania operacyjnego. Najpierw eliminacja obwodu królewieckiego, następnie blokada uderzenia z Białorusi, a także wsparcie dla Bałtów w kontekście Bałtyku.
Rosja może chcieć rozpocząć konfrontację na Bałtyku, ale nie ma gwarancji, że będzie kontrolowała jej przebieg. Po wejściu Finlandii i Szwecji do NATO układ sił w regionie zmienił się znacząco na korzyść Sojuszu. Zatoka Fińska przestała być dla Rosji bezpiecznym korytarzem, a stała się miejscem, które w warunkach wojny może zostać szybko zamknięte przez państwa Sojuszu. To jedna z najważniejszych zmian na północno-wschodniej flance NATO. Rosja musi liczyć się z tym, że spotka się z oporem.

