Geopolityka

Na krawędzi wojny-relacja Defence24.pl z Libanu

  • Fot. Flickr

Na pierwszy rzut oka w Libanie nic nie zapowiada wybuchu wojny domowej a tym bardziej opanowania jakiejś części terytorium tego kaju przez Państwo Islamskie. Jadąc z lotniska w Bejrucie do miasta nie widać ciężkiego sprzętu, panuje spokój. Owszem, uliczki prowadzące do Place d'Etoile obstawione są checkpointami a po Downtown chodzą uzbrojeni w karabiny żołnierze, ale tak było zawsze. W Hamrze życie toczy się normalnie, wieczorami restauracje wypełnione są klientami, a na Corniche ludzie spokojnie spacerują, robią sobie zdjęcia itp. 9 listopada w Bejrucie odbył się nawet maraton i obyło się bez incydentów. Kilka dni wcześniej była Aszura. W tym wypadku obawy były większe o czym świadczyły blokady między dzielnicami szyickimi a resztą miasta (z obawy o atak bombowy na szyitów), ale i w tym przypadku nic poważnego nie miało miejsca. Czy zatem oznacza to, iż nie ma się czym martwić? Niestety nie.

Kryzys polityczny

Trwający w Libanie od miesięcy kryzys polityczny to tylko czubek góry lodowej. Teoretycznie państwo może funkcjonować bez prezydenta i demokratycznej legitymacji parlamentu, w praktyce sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. W kwietniu br. upłynęła kadencja prezydenta, którym zgodnie z międzywyznaniowym podziałem urzędów musi być chrześcijanin-maronita. Nowego prezydenta powinien wybrać parlament, ale mimo 14 tur głosowania do tego nie doszło bo do wyboru potrzebne jest kworum 2/3 głosów. Tymczasem są tu dwa obozy: sunnicki blok 14 marca Saada Haririego oraz szyicki blok 8 marca zdominowany przez Hezbollah i nieco bardziej umiarkowany Amal. Chrześcijanie są natomiast podzieleni między Falangę Gemayela i Siły Libańskie Samira Geagea'y, które popierają Haririego oraz Wolny Ruch Patriotyczny gen. Micheala Aouna (FPM) pozostającego w sojuszu z Hezbollahem. Kandydatem bloku 14 marca jest Geagea, znany ze swojej antysyryjskiej postawy. Jego kontrkandydatem jest Aoun, ale ponieważ Hezbollah i FPM wiedzą, że nie mają większości-blokują kworum.

Siły obu bloków w parlamencie są wyrównane, blok 14 marca dysponuje 58 głosami i tyle samo mają szyici z Aounem. Rolę języczka u wagi odgrywają Druzowie, którzy zresztą też są podzieleni między partię księcia Arslana i partię Walida Jumblatta. Ten pierwszy trzyma z Aounem i popiera Assada. Jumblatt, który uważa, że syryjscy Druzowie powinni opowiedzieć się po stronie rebeliantów, początkowo był w sojuszu z Haririm, ale w 2011 r. przeszedł na stronę Hezbollahu i Aouna, co zaowocowało zmianą rządu. Obecny kierowany jest przez Tammama Salama, sunnitę (bo premierem musi być sunnita), ale zdominowany jest przez blok 8 marca. Salam pełni przy tym funkcję tymczasowego prezydenta. Na tym jednak problemy się nie kończą bo tego parlamentu nie powinno być już od 1,5 roku.

Jego kadencja upłynęła w czerwcu 2013 r. ale wspomniane ciało samoistnie przedłużyło ją sobie o 17 miesięcy. 5 listopada zrobiło to ponownie, tym razem aż do czerwca 2017 r. czyli o pełną kadencję. Za takim ruchem głosował zarówno blok 14 marca jak i Hezbollah, sprzeciwiał się natomiast Aoun, który już tą decyzję zaskarżył. Zwolennicy przedłużenia kadencji twierdzili, że w przypadku zarządzenia wyborów premier powinien podać się do dymisji a z powodu braku prezydenta nikt nie będzie mógł powołać nowego premiera, a ponadto sytuacja bezpieczeństwa w Libanie nie pozwala na przeprowadzenie wyborów. Argumenty te są jednak naciągane. Problem polega na tym, że żadna strona nie chce poddać się weryfikacji wyborczej. Rząd jest słaby a realną władzę nad różnymi fragmentami Libanu mają dominujące tam partie wyznaniowe, co widać po wywieszanych wszędzie plakatach liderów. Wygląda to jak kampania wyborcza, ale w rzeczywistości jest to oznaczenie terytorium, przez pokazanie tego kto tam rządzi. Mamy więc Beriego z Sadrem na terenach Amalu, Assada u Alawitów, Nasrallaha tam gdzie rządzi Hezbollah, Aouna w jego domenie, Haririego na ziemiach sunnickich itp. Poszczególne ugrupowania dysponują też swoimi milicjami, co nie może dziwić w kraju, gdzie prawie każdy mężczyzna ma broń. Nie oznacza to jednak, że armia libańska jest wirtualna. Właściwie to najsilniejszy punkt władzy centralnej, nawet mimo fatalnego, starego uzbrojenia. Szef libańskich sił zbrojnych, którym obecnie jest Jean Kahwaji, mógłby też być kompromisowym kandydatem na prezydenta. Podobne rozwiązanie zastosowano w przypadku obydwu jego poprzedników: Lahouda i Suleimana, którzy na prezydenta zostali wybrani z pozycji szefa armii.

Mógłby, ale tym razem na to się nie zanosi...

Trypolis (Liban), widok na Bab al Tabbaneh. Fot. Witold Repetowicz/Defence24.pl

Bomba garażowa

Znacznie większy problem dla Libanu zamknięty jest w libańskich piwnicach i garażach. To Syryjczycy. W 4-milionowym Libanie zarejestrowanych jest 1,2 mln uchodźców z Syrii. Ilu jest niezarejestrowanych tego nie wiadomo, ale niektórzy opowiadają nawet, że drugie tyle (to oczywiście nie ma pokrycia w rzeczywistości, ale pobudza jeszcze bardziej lęki i generuje napięcia). Uchodźcy nie znajdują się w obozach, bo nie zgodził się na to rząd libański, obawiając się, że zasiedzą się w Libanie tak jak wcześniej Palestyńczycy. A to przecież konflikty między chrześcijańskimi milicjami a palestyńskimi bojówkami doprowadziły do wojny domowej. Palestyńczycy zresztą cały czas siedzą w Libanie, jest ich tu pół miliona i póki co nie angażują się w nowe problemy tego kraju, zwłaszcza w konfrontacje między zwolennikami Assada a rebeliantami syryjskimi, a także w coraz większy problem infiltracji Libanu przez Państwo Islamskie. Jednak to też może się w pewnym momencie zmienić.

Syryjczycy są przez władze libańskie traktowani jak obcokrajowcy czasowo przebywający w Libanie. Muszą zatem mieć wizę, która kosztuje 200 usd i jest ważna pół roku. Początkowo, gdy wydawało się, że wojna w Syrii potrwa parę miesięcy, Libańczycy (przede wszystkim sunnici) udzielali Syryjczykom darmowej gościny. Teraz to wykluczone, co więcej, teraz to niezły biznes. Ceny najmu garażu (w celu przystosowania go na mieszkanie) wzrosły z około 80 usd do ok 200 usd za miesiąc. Oczywiście sami Syryjczycy nie mieliby na to pieniędzy, choć większość uchodźców-mężczyzn pracuje, przeważnie na budowach, często budując kolejne garaże. Sytuacja ta spowodowała bowiem swoisty boom budowlany. Pieniądze natomiast pochodzą w dużej mierze z UNHCR i innych organizacji humanitarnych, które wydają w ten sposób miesięcznie ok 50 mln dolarów. Pieniądze te ostatecznie lądują w kieszeni Libańczyków, głównie sunnitów (bo ci przede wszystkim wynajmują miejsca Syryjczykom), zaspakajają jednak również znaczną część miesięcznych potrzeb Syryjczyków. To z kolei rodzi kolejny problem. W Libanie rośnie bezrobocie, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Tymczasem Syryjczycy jeszcze wcześniej, przed wybuchem walk w Syrii, jeździli do Libanu aby sobie dorabiać. Pracowali za niższe stawki niż Libańczycy, ale też, jak to w przypadku imigrantów, pracowali często w tych zawodach, w których miejscowi nie chcieli. Obecnie jednak tej taniej siły roboczej jest znacznie więcej. Jeden z właścicieli nieruchomości w północnolibańskim dystrykcie Akkar żalił mi się że jego syn nie może znaleźć pracy bo Syryjczyk weźmie dniówkę 7 usd a Libańczyk weźmie 30 usd i dodawał, że to dlatego, że organizacje humanitarne pokrywają szereg kosztów syryjskich uchodźców a Libańczyk musi za wszystko sam płacić. To fakt, UNHCR pokrywa Syryjczykom również 75 % kosztów leczenia. Ale z drugiej strony ów właściciel wynajmował 3 rodzinom swoją piwnicę, z czego miał około 500 dolarów. I to tylko dlatego, że akurat nie był chciwy, są bowiem tacy, którzy potrafią na uchodźcach wyciągnąć z 1500 usd i narzekać, że przez nich nie ma pracy.

Potencjalne zakręcenie kurka pomocy międzynarodowej doprowadziłoby obecnie do niewyobrażalnych konsekwencji, przy czym nie chodzi wyłącznie o Syryjczyków. Większość z nich zostałaby zapewne wyrzucona z zajmowanych przez siebie lokali, bo nie miałaby pieniędzy. Z drugiej strony kilkadziesiąt tysięcy sunnickich gospodarstw domowych zostałoby z pustostanami i kilkuset dolarami miesięcznie mniej w kieszeniach. Syryjczycy zapewne nie daliby się też tak po prostu wyrzucić, podjęliby walkę o swój byt. Ale to nie jedyny problem.

Zachwianie równowagi wyznaniowej

Nikt nie wie jakie są obecnie proporcje poszczególnych wyznań w libańskiej populacji. Wybuch wojny domowej a następnie okupacja syryjska spowodowały masową emigrację i daleko idące zmiany w tej strukturze. Obecnie panuje opinia, że ujawnienie nowych danych mogłoby zburzyć konsensus co do podziału stanowisk między poszczególnymi wyznaniami. Wiadomo jednak, że prawie wszyscy syryjscy imigranci to sunnici. Oznacza to, że sunnici stanowią obecnie de facto przytłaczającą większość osób znajdujących się na terenie Libanu. Faktem jest, że nawet libańscy sunnici nie chcą „mieszać się” z Syryjczykami i nikt nie planuje ich włączać do libańskiego społeczeństwa. Również sami Syryjczycy nie wiążą swojej przyszłości z Libanem, lecz z powrotem do Syrii (lub ucieczką do Europy). Tylko, że większość nie wyobraża sobie tego powrotu dopóty Assad jest u władzy, co więcej ciągle napływają nowi uchodźcy. Oznacza to, że pobyt Syryjczyków w Libanie może okazać się długotrwały a to oznacza wstrząs dla równowagi demograficznej tego kraju.

Na razie nie dochodzi do większych incydentów między uchodźcami a Libańczykami, co jest spowodowane tym, że przebywają oni głównie na terenach sunnickich. Są cztery miejsca ich koncentracji–najmniejszy jest na południu, ok. 150 tys., w rejonie centralnym obejmującym Bejrut jest ich ponad 300 tys., najwięcej jest ich w Dolinie Bekaa (ale w rejonach sunnickich na południowy-wschód od Zahle i w rejonie Arsalu)–400 tys., wreszcie w Trypolisie, dystrykcie Minnieh-Dinieh oraz Akkar–prawie 300 tys. Na przykład w Akkarze, głównie sunnickim, choć z wyspami chrześcijańskimi, stanowią ponad 1/3 populacji (ponad 100 tys. wobec 200 tys. Libańczyków). Ale trzeba też pamiętać, że w Libanie tylko z grubsza można wyznaczyć terytorialne granice międzywyznaniowe, gdyż przeważnie ta mapa przypomina mozaikę. Oznacza to, że nawet na terenach zdominowanych przez sunnitów są miasta i wsie chrześcijańskie czy nawet Alawickie. W tych ostatnich wiszą plakaty Baszara Assada, znienawidzonego przez tych co z Syrii uciekli. We wspomnianym wcześniej Akkarze, wielu chrześcijan wzywa do nie wpuszczania uchodźców na „swój” teren i niesprzedawania ziemi obcym. Na razie obywa się jednak bez przemocy, ale wiele mówiące jest też to, że większość gmin, w których mieszkają uchodźcy, wprowadziła dla nich godzinę policyjną, a na szyickim południu nawet ostrzejsze ograniczenia w poruszaniu się.

Rozwiązanie takie może działać, ale do czasu. Kolejnym bowiem problemem jest to, że ogromna część uchodźców to dzieci, a na 400 tys. syryjskich dzieci w wieku szkolnym tylko 90 tys. chodzi do szkoły. To nie ma wyłącznie znaczenia humanitarnego. Za 5-10 lat, o ile wcześniej nie dojdzie do wybuchu wojny domowej (bardzo prawdopodobne) lub masowego powrotu Syryjczyków do Syrii (mało prawdopodobne) w Libanie będzie pół miliona nastolatków–analfabetów, zamkniętych w garażach lub gnijących pod namiotami, bez żadnych perspektyw. Idealny materiał werbunkowy dla terrorystów lub w najlepszym wypadku gangów. Na domiar złego w niszę wchodzą różne salafickie instytucje z Półwyspu Arabskiego zakładając w Libanie szkoły koraniczne i przyciągając do nich dzieci syryjskie. Często za wysyłanie dzieci do takich szkółek, będących w istocie pralniami mózgów, implementującymi zupełnie inną religijność, bardziej fanatyczną, ich rodziny dostają dodatkową pomoc materialną.

Checkpoint pod cytadelą. Fot. Witold Repetowicz/Defence24.pl

„Sleeping cells”

Konfrontacja może jednak nastąpić znacznie szybciej. Sytuację Libanu komplikują bowiem jeszcze dwa elementy. Po pierwsze Hezbollah bierze aktywny udział w walkach w Syrii po stronie Assada, tocząc między innymi boje z powiązaną z Al-Kaidą Nusrą. Po drugie Nusra i Państwo Islamskie starają się uzyskać poprzez Liban dostęp do morza. Teoretycznie Nusra i IS są ze sobą skłócone, ale ostatnio pojawiły się doniesienia o tym, że zawarły porozumienie. Współpracę tą potwierdza też to, że po sierpniowej konfrontacji z armią libańską w rejonie Arsalu, Nusra wycofała się do Syrii z 27 jeńcami libańskimi (sunnitów zwolniono, pozostawiono jedynie „apostatów” i niewiernych tzn. szyitów, chrześcijan i Druzów) i część z nich znalazła się w rękach IS. Negocjacje w sprawie ich zwolnienia blokowane są przez Hezbollah, który, wg niektórych, daje w ten sposób do zrozumienia, że szyici powinni służyć w Hezbollahu a nie w wojsku (nawiasem mówiąc to większość dowództwa armii to chrześcijanie, ale większość żołnierzy to sunnici; co do szyitów to w Libanie usłyszałem, ze w wojsku można dostać żołd 800 usd a w Hezbollahu 1000 usd–płaci oczywiście Iran). Oficjalnie Hezbollah jest po prostu przeciwny negocjacjom z terrorystami. Zresztą śmierć zakładników może wywołać działania odwetowe w Libanie i da Hezbollahowi kolejny argument, że chrześcijanie powinni trzymać z nim a nie z sunnitami.

Podstawowym źródłem dochodu Państwa Islamskiego jest handel ropą ze złóż na zajętych przez siebie terenach. IS sprzedaje ją za pół ceny, ale i tak ocenia się że ma z tego około 3 mln usd dziennie, za które może werbować ludzi. Dostęp do morza znacznie ułatwiłby IS eksport ropy i zwiększyłby dochody.

Inwazja Państwa Islamskiego na Liban wydaje się być pozornie nierealna, ze względu na to, że Liban od Syrii oddzielają dwa pasma górskie, ponadto Dolina Bekaa uważana jest za twierdzę Hezbollahu. Ale to znów nie do końca prawda. Ostatnio pojawiły się sugestie, że IS, by podnieść morale w swoich szeregach po przegranej w Kobane, uderzy w kierunku Homs i Hamy. Tam zapewnienie wsparcia lotniczego przez USA będzie znacznie trudniejsze bo sunnici syryjscy nie podzielają w tym zakresie entuzjazmu Kurdów, a Homs jest w rękach Assada, którego USA nie będzie wspierał. Natarcie IS na Homs i Hamę może zostać wsparte od północy przez Nusrę, która właśnie konsoliduje swoją kontrolę nad rejonem Idlibu. A z Homs jest ledwie 30 km do libańskiego dystryktu Akkar, gdzie wśród uchodźców jest wielu sympatyków Państwa Islamskiego. Nusra operuje też po syryjskiej stronie w rejonie Arsalu oraz w pobliżu góry Hermon. To ostatnie miejsce jest szczególnie niebezpieczne, bo w pobliżu są farmy Szebaa, czyli fragment libańskiego terytorium wciąż okupowany przez Izrael. Nusra w tym rejonie, ale po syryjskiej stronie, już atakowała żołnierzy UNIFIL, a na pocz. listopada po syryjskiej stronie góry Hermon znów wybuchły walki. Istnieje koncepcja, że islamiści mogą wykorzystać znajdujące się po libańskiej stronie skupiska uchodźców do antyizraelskiej prowokacji, której rezultatem byłby atak izraelski na Liban i odwet Hezbollahu. Zaangażowanie Hezbollahu w wojnę z Izraelem, pozwoliłoby islamistom ponownie spróbować wykorzystać swoje uśpione komórki wewnątrz Libanu do przejęcia kontroli nad częścią jego terytorium i zdobyciem dostępu do morza.

O istnieniu wielu uśpionych komórek IS zarówno wśród uchodźców syryjskich jak i Libańczyków mówią w Libanie wszyscy. W sierpniu jedna z takich komórek ujawniła się w Arsalu, w październiku zaś w Trypolisie. W tym drugim wypadku efektem były 4-dniowe walki, które zaczęły się w dzielnicy Trypolisu Bab al-Tabaneh ale szybko przeniosły się też na dystrykt Minieh–Dinieh. Wojsko co prawda spacyfikowało islamistów, którzy próbowali ogłosić w Trypolisie kalifat, przysięgając wierność Baghdadiemu, ale przywódców nie udało się złapać. Co więcej radykalni duchowni z Trypolisu już zapowiedzieli, że walki zostaną wznowione ze znacznie większą siłą jeśli rząd nie rozprawi się z Hezbollahem. A to jest wykluczone bo Hezbollah współtworzy rząd i obecnie popiera armię, przynajmniej oficjalnie. Ale uśpionych komórek jest znacznie więcej. Dystrykt Akkaru zamieszkuje wiele rodzin wojskowych i byłych wojskowych, sunnitów. Mimo to, tędy właśnie uciekały niedobitki dżihadystów z Trypolisu, a w znajdujących się tuż przy granicy Wadi Haled czy Akkar Atika, pojawiły się napisy popierające IS. Nie sprawiło mi też najmniejszej trudności znalezienie wśród tutejszych uchodźców osób, które uważały, że IS jest demonizowane, a tak naprawdę to dobrzy muzułmanie zaprowadzający porządek na zajętych przez siebie terytoriach. Incydenty polegające na snajperskim ostrzale żołnierzy też zdarzają się regularnie. Uchodźcy utrzymują stały kontakt (głównie przez komunikatory internetowe) z rodziną czy znajomymi w Syrii i nikt nie ma wątpliwości, że przez nieszczelną granicę przechodzą i wracają rebelianci, w tym ci z Nusry i IS.

Puste apartamentowce

Tymczasem również sytuacja gospodarcza w Libanie ulega pogorszeniu. Jej symbolem mogą być puste apartamentowce w centrum Bejrutu, sąsiadujące z nieodbudowanymi wieżowcami, zniszczonymi jeszcze w czasie wojny domowej a więc ponad 25 lat temu. Te nowe, przeważnie należą do szejków z Półwyspu Arabskiego a ceny apartamentu sięgają tam milionów dolarów. To, że nikt ich nie kupuje nie skłania właścicieli do obniżania cen, a tym bardziej do zaoferowania dachu nad głową swoim arabskim braciom w wierze: syryjskim uchodźcom. Ale szejkowie przestali przyjeżdżać się zabawiać do Libanu po tym jak Hezbollah, w odwecie za porwanie irańskich pielgrzymów w Syrii, porwał pilotów Turkish Airlines. Wojna w Syrii przecięła też wiele szlaków handlowych, z których żyli Libańczycy, a także odstraszyła turystów. Spowodowało to wzrost cen i bezrobocia.

Problemem Libanu jest też to, że na politykę wewnętrzną wpływają inne państwa–w szczególności toczące ze sobą proxy war Arabia Saudyjska i Iran. Iran wspiera Hezbollah, przy czym wielu szyitów wcale nie popiera Hezbollahu, ale nie ma alternatywy (z Amalem, związanym z irackim ajatollahem Sistanim, Hezbollah ma podział terytorialny i nie rywalizuje). Haririego z kolei popiera Arabia Saudyjska.

W Libanie przebywałem przez dwa tygodnie na przełomie października i listopada. Ostatniego dnia piłem spokojnie kawę w Starbucksie w Downtown Beirut. Wokół toczyło się normalne życie. Tymczasem w południowych, szyickich dzielnicach Bejrutu meczety obstawione są barykadami w obawie przed atakiem bombowym. Szyicki meczet w Baalbeck wygląda jak twierdza. Gdy wcześniej byłem w Sydonie w pobliżu szyickich meczetów znaleziono dwie bomby. Po dopiciu kawy wsiadłem w taksówkę i pojechałem na lotnisko. Wiózł mnie Ormianin z podwójnym obywatelstwem. Spytałem czy sądzi, że będzie wojna. - Nie sądzę- odpowiedział. - Jestem tego pewien. Ja tu nie zostaję.

Witold Repetowicz
________________________________________________
 

Prawnik, analityk ds. międzynarodowych, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor wielu artykułów dotyczących Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej m.in. publikacji „Międzynarodowa jurysdykcja karna – szansą dla Afryki?”. W 2010 roku prowadził wykłady na Universite Panafricaine de la Paix w Uvirze, prowincja Kivu Sud w Demokratycznej Republice Kongo.

Komentarze (11)

  1. magu

    Nareszcie ktoś sygnalizuje oczywisty kierunek ekspansji IS po zatrzymaniu ataków na kierunku Kobane. Za parę m-cy durnie z CIA będą raportować, że to było kompletne zaskoczenie(kolejne).

  2. wyniszczenko

    Dobry artykuł.

  3. ozzzzz

    Świetny tekst. Oby więcej!

  4. Eldon

    Pamiętam, jak wiele lat temu osoby które bywały w Bejrucie w latach 70tych mówiły, że to takie piękne i nowoczesne miasto. Miasto, w którym żyli ludzie różnych narodowości z dużym ruchem turystycznym i infrastrukturą hotelową. Państwo raczej laickie. Aż ciężko teraz w to uwierzyć, że kiedyś tam tak było. Ale cóź Izrael z Syrią się postarał, żeby libańczykom piekło urządzić i sprowadzić fundamentalistów.

  5. jaric

    Bardzo ciekawy artykuł, oby więcej takich.

  6. Myśliciel

    u nas też będzie wojna, jak wybory ponownie zostaną sfałszowane ...

  7. drom

    Sorry mój błąd jest Trypolis libijski i libański:)

  8. drom

    Ale Trypolis to przecież stolica Libii

  9. kot

    świetny artykuł

  10. ap

    Świetny tekst: pierwszorzędna analiza i doskonałe pióro. Połączenie merytorycznej wiedzy i umiejętności jej przekazania to naprawdę rzadkość.

  11. kol

    Najgorsze jest to, ze ta syryjska mlodziez nie ma przed sobą perspektyw i najprawdopodobniej zostanie zwerbowana przez isis. Liban padnie bo sytuacja gospodarcza jak i polityczna jest katastrofalna i tu nie ma żadnej drogi wyjscia procz planom ambitnych islamistów.

    1. Warus

      Jeśli ci którzy stworzyli ISIS przestaną ją finansować zbroić i dawać poparcie polityczne oraz wezmą się za jej likwidację, a nie będą udawać,że są przeciw to problem szybko sam zniknie.