Geopolityka

Jak Szwecja znalazła się na krawędzi wojny atomowej [ANALIZA]

Szwedzcy żołnierze pilnujący z brzegu sowiecki okręt podwodny „S-363”. Fot. Marinemuseum/Digitalmuseum/CC BY SA 4.0.
Szwedzcy żołnierze pilnujący z brzegu sowiecki okręt podwodny „S-363”. Fot. Marinemuseum/Digitalmuseum/CC BY SA 4.0.

Minęła czterdziesta rocznica wejścia na skały na szwedzkich wodach terytorialnych radzieckiego okrętu podwodnego „S-363”. Incydent ten mógł wywołać poważny konflikt międzynarodowy z użyciem broni jądrowej włącznie i był dowodem na permanentne penetrowanie wybrzeży Szwecji przez marynarkę wojenną Związku Radzieckiego.

Kiedy 27 października 1981 roku o godz. 19.57 na skały Zatoki Gåsefjärden koło Karlskrony wszedł sowiecki okręt podwodny „S-363” mało kto zdawał sobie sprawę, że północna Europa stanęła na skraju wojny, w której może zostać użyta również broń atomowa. Na szczęście rozsądne działanie władz szwedzkich, jak również wola współpracy ze strony Sowietów zażegnały konflikt pomimo, że kilkakrotnie sytuacja zaczynała się wymykać spod kontroli.

Szwedzi musieli być naprawdę zaskoczeni, gdy blisko ich brzegów na skałach Gåsefjärden dostrzegli wynurzony, przechylony okręt podwodny. Początkowo w Szwecji nikt nie wiedział, z jaką jednostką mają do czynienia, dlatego określono ją jako „U 137” i taka nazwa jest często wykorzystywana w materiałach historycznych. Rozpoznano natomiast, że na szwedzkich wodach terytorialnych bezprawnie znajduje się radziecki okręt podwodny projektu 613 (według NATO typu Whiskey).

Była to jednostka o wyporności podwodnej 1347 ton z napędem diesel-elektrycznym. Teoretycznie nie było więc groźby skażenia akwenu po ewentualnym uszkodzeniu reaktora atomowego. Jak się jednak później okazało, na pokładzie „S-363” były prawdopodobnie torpedy z głowicami jądrowymi o mocy porównywalnej z bombą zrzuconą na Nagasaki w 1945 roku. Co gorsza Rosjanie otrzymali rozkaz, by przy siłowej próbie zajęcia ich okrętu przez Szwedów wysadzić okręt, przy okazji niszcząc wszystko w promieniu kilku kilometrów.

Napięcia nie łagodziła sytuacja międzynarodowa w regionie związana ze strajkami związku zawodowego „Solidarność” w Polsce oraz wielkimi manewrami „Zapad-1981” w których wzięło udział ponad 100 tysięcy sowieckich żołnierzy. Szwedzi uważnie obserwowali te wydarzenia odnotowując wyraźne zwiększenie aktywności sowieckiego lotnictwa i marynarki wojennej.

Nie prowokacja ale „operacja szpiegowska”

Nie wiadomo co było przyczyną wejścia okręt podwodny „S-363” na skały Gåsefjärden. Przypuszcza się, że już od dawna sowieckie jednostki wielokrotnie penetrowały szwedzkie wybrzeże, próbując w gąszczu wysp i płycizn znaleźć bezpieczne przejścia, znane na co dzień jedynie szwedzkiej marynarce wojennej. Winę zrzucono później na sowieckiego oficera nawigacyjnego, jednak przyczyną kolizji ze skałą mogła być równie dobrze awaria jednego ze znaków nawigacyjnych na torze wodnym, którą Szwedzi zauważyli kilka dni przed wypadkiem.

Jego braku nie dostrzegł natomiast dowodzący rosyjskim okrętem komandor Anatolij Guszczyn, co ostatecznie mogło doprowadzić do zejścia ze szlaku. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że Rosjanin musiał działać bardzo ostrożnie, płynąc kilka kilometrów od szwedzkich stanowisk baterii nadbrzeżnych (m.in. w Torumskär).

Po wydarzeniach z 1981 roku Szwedom udało się zresztą odtworzyć ruch okrętu podwodnego „S-363” (m.in. poprzez analizę ruchu radiowego). Okazało się, że sowiecka jednostka brała udział w ćwiczeniach „Zapad-81”, następnie wróciła do swojej macierzystej bazy w krajach bałtyckich, gdzie wydano jej rozkaz udania się wzdłuż wybrzeża Polski, po drodze zabierając amunicję jądrową. Ostatecznie Rosjanie pobrali zapasy w NRD by rozpocząć patrolowanie północnego Bałtyku na wschód od Bornholmu.

image
Fot. Marinemuseum/Digitalmuseum/CC BY SA 4.0.

Zadanie zmieniło się 24 października 1981 roku, gdy Szwedzi przechwycili dwie sowieckie depesze sygnałowe dla dowódcy „S-363”. Szwedzkie służby analizy nie przyznały, że odszyfrowały te informacje. Obecnie wiadomo, że rozpoczęła się wtedy wielka operacja szpiegowska, której celem było zebranie danych o najnowszej torpedzie zwalczania okrętów podwodnych typu 42, którą opracowano w Szwecji dla własnych sił ZOP. Rosjanie prawdopodobnie dowiedzieli się, że w okolicach Karlskrony 27 października miały się rozpocząć testy tego systemu uzbrojenia z udziałem dwóch ciężkich helikopterów Typu 4 (dwuwirnikowe) z 13. dywizjonu śmigłowców oraz okrętu podwodnego HSwMS „Neptun” typu Näcken/A14 (o wyporności podwodnej 1150 ton).

Chcąc zdobyć dane na temat tej nowej torpedy, a nie znając miejsca testów, sowiecka marynarka wojenna zorganizowała zadaniową grupę okrętową, w której działały prawdopodobnie trzy średnie okręty podwodne i co najmniej jeden miniaturowy okręt podwodny. Wszystkie te jednostki nie mogły płynąć cały czas w zanurzeniu ze względu na skomplikowaną, szwedzką linię brzegową, usianą wyspami, zatokami i podwodnymi skałami. Dlatego działano w nocy, często się wynurzając, uruchamiając silniki diesla i zapalając światła nawigacyjne, tak by z brzegu uznano, że ma się do czynienia z jednostką rybacką.

Należy również pamiętać, że ówczesne systemy radarowe były analogowe i nie zapewniały automatycznego śledzenia wykrytych obiektów nawodnych. Dodatkowo radarów brzegowych było niewiele i nie zapewniały one nadzoru wewnątrz archipelagu Karlskrona. Były to też stacje radiolokacyjne nieodporne na zakłócenia aktywne, o czym już niedługo przypomnieli Szwedom Sowieci. „S-636” płynął więc skrycie do godziny 19.57 dnia 27 października 1981 roku, ,a więc do momentu, gdy wszedł na skalną mieliznę niedaleko baterii Torumsskär.

Ponad 14 godzin na podniesienie alarmu

Na początku sowiecka załoga próbowała samodzielnie ściągnąć swój okręt ze skał. Najpierw próbowano cofania na silnikach elektrycznych, uruchamiając jedną, a później obie śruby. Gdy to się nie udało, o godzinie 20.35 włączono silniki diesla, nie tylko zwiększając moc, ale przede wszystkim doładowując akumulatory przed spodziewaną ucieczką w zanurzeniu. Operacja zakończyła się fiaskiem i Sowieci zrozumieli, że Szwedzi już niedługo wykryją ich obecność.

O godzinie 21.00 sowiecki okręt wysłał więc meldunek sytuacyjny ze swoją pozycją, co ciekawe popełniając błąd w odległości wynoszący około 3,5 kilometra. Automatycznie przerwana została również operacja szpiegowska, a znajdujący się w pobliżu sowiecki, miniaturowy okręt podwodny odpłynął na południe, gdzie został podjęty z wody przez asekurujący go okręt rozpoznawczy „Muna”. Meldunek radiowy w pobliżu własnych granic nie wywołał jednak alarmu w szwedzkich służbach nasłuchu radiowego.

image
Moment przesłuchania dowódcy sowieckiego okrętu podwodnego na szwedzkim okręcie patrolowym. Fot. Marinemuseum/Digitalmuseum/CC BY SA 4.0.

Stojący na skałach „S-363” został dostrzeżony bardzo szybko przez miejscowego rybaka o godzinie 22.00, jednak informację o tym przekazano do bazy morskiej w Karlskronie dopiero następnego dnia - 28 października o godzinie 09.54. O godzinie 11.12 szwedzka łódź patrolowa „Smyge” potwierdziła, że sowiecki okręt podwodny typu Whiskey utknął na wojskowym akwenie ochronnym w pobliżu zdalnie aktywowanego pola minowego. Osiemnaście minut później o całej sytuacji wiedział już dowódca szwedzkich sił zbrojnych oraz sztab obrony regionu.

Szwedzi blefują i wygrywają pierwsze starcie

Tak naprawdę Szwedzi nie wiedzieli, co teraz mają robić z nieznanym okrętem. Początkowo nie dowierzano w przekazywane z Karlskrony informacje, a później zastanawiano się jak zareagować na sowieckie, jawne naruszenie prawa morskiego. Co gorsza bardzo szybko pojawiła się informacja o zbliżającym się do zatoki Gåsefjärden sowieckim zespole „ratunkowym”, w skład którego wchodziły: niszczyciel rakietowy „Obrazcowyj” projektu 61 (według NATO typu Kashin), niszczyciel projektu 56 (według NATO typu Kotlin), dwie korwety rakietowe projektu 1234 typu „Owod” (według NATO typu Nanuchka), dwie fregaty projektu 50 typu „Gornostaj” (według NATO typu „Riga”) oraz nieznana ilość holowników.

Sytuacja zaczynała być napięta, ponieważ na niektórych sowieckich jednostkach miały się znajdować pododdziały piechoty morskiej i wojsk specjalnych Floty Bałtyckiej. Obecnie już ustalono, że zadaniem tej ekspedycji było wejście na pokład „S-363”, ściągnięcie go ze skał i odholowanie na wody międzynarodowe. Wtedy jednak tego nie wiedziano, uznając, że te tak szybko i doraźnie zorganizowane przez Flotę Bałtycką siły, mają zastraszyć Szwedów i nawet siłowo zająć część ich wysp.

Szwedzki rząd postanowił za wszelką cenę bronić integralności terytorialnej swego kraju i podniósł gotowość bojową artyleryjskich baterii nadbrzeżnych, których armaty nakazano wycelować w kierunku nadpływających, sowieckich okrętów (około godziny 19.00 28 października). Jak się jednak okazało nie było to wcale takie proste. Cięcia finansowe wyłączyły bowiem z gotowości większość elementów szwedzkich baterii nadbrzeżnych i dopiero teraz zaczęto je szybko uruchamiać. Oczywiście nie można było ogłosić mobilizacji, by nie zaostrzać sytuacji. Zaczęto więc improwizować obsadzając istniejące, starsze elementy baterii personelem ściąganym z całej Szwecji.

image
Fot. Marinemuseum/Digitalmuseum/CC BY SA 4.0.

Wykorzystano również fakt że na leżącym kilkadziesiąt kilometrów dalej poligonie ogniowym Torhamna był testowany zupełnie nowy element obronnego systemu nadbrzeżnego, mobilna bateria z dalmierzem laserowym (wtedy była to zupełna nowość), systemem telewizyjnym i nowej generacji radarem wskazywania celów – odpornym na zakłócenia stawiane przez przeciwnika. Szwedzi najszybciej jak mogli przerzucili tą jednostkę w okolice Tjurkö i pomimo, że same armaty nie były rozstawione i nie rozciągnięto linii łączności, to nakazano włączyć radarowy system kierowania ogniem.

Udało im się to zrobić dokładnie na 15 minut przed wejściem sowieckich okrętów na szwedzkie wody terytorialne, dając Sowietom złudzenie, że system obronny jest o wiele bardzie rozbudowany niż w rzeczywistości. Kiedy dystans do granicy szwedzkich wód terytorialnych wynosił już tylko 700 m, szwedzki dowódca obrony rejonu zrobił coś, czego formalnie nie wolno mu było uczynić. Nakazał bowiem, by radar zaczął pracować na częstotliwościach zarezerwowanych na czas wojny.

Blef się powiódł, ponieważ dowodzący sowiecką operacją na niszczycielu „Obrazcowyj” admirał Alieksiej Kalinin, znajdując się zaledwie 400 m do granicy szwedzkich wód terytorialnych, wysłał meldunek do dowództwa Floty Bałtyckiej, że Szwedzi są gotowi do otwarcia ognia z prośbą o instrukcje. Odpowiedź była krótka: „Nic nie rób” i 30 sekund po przełączeniu szwedzkiego radaru na częstotliwości bojowe sowieckie okręty zwolniły, a później się zatrzymały (około godziny 21.00 28 października 1981 roku). Dało to Szwedom kilka bezcennych godzin na przygotowanie się do obrony. I szwedzkie siły zbrojne tego czasu nie zmarnowały.

II starcie rosyjskiego niedźwiedzia ze szwedzkim jeżem

Sowieci stracili efekt zaskoczenia, ale nie zrezygnowali. O godzinie 2.30 w dniu 29 października anulowano rozkaz wstrzymania działań i o 3.00 miał się rozpocząć tak naprawdę atak zbrojny na szwedzkie terytorium. W międzyczasie Szwedom udało się jednak całkowicie uruchomić nową baterię ciężkiej artylerii w Tjurkö. Dodatkowo zgromadzili siły lądowe na sąsiednich wyspach, podciągnęli swoje okręty oraz postawili w stan gotowości bojowej własne lotnictwo. I Rosjanie zaczęli zdawać sobie sprawę, że siłowe zajęcie wysp może się nie udać.

W uspokojeniu sytuacji nie pomogła informacja o wykryciu przez szwedzki śmigłowiec ZOP innego sowieckiego okrętu podwodnego w okolicach Utklippan, ma wodach terytorialnych Szwecji. Potwierdzili to później rybacy, którzy wskazali, że była to taka sama jednostka jak „S-363”. Dodatkowo Rosjanie skierowali w kierunku swojego unieruchomionego okrętu podwodnego holownik oceaniczny, na którego spotkanie już na szwedzkich wodach terytorialnych popłynął działający w pobliżu okręt podwodny HSwMS „Neptun”. Szwedzi zablokowali też wejście do zatoki Gåsefjärden wysyłając tam stary, ale za to duży lodołamacz „Thule” o wyporności 2200 ton.

Obie strony stanęły naprzeciwko siebie teoretycznie gotowe do konfrontacji. Jednak to Szwedzi bardziej zdawali sobie sprawę, w jak niebezpiecznej sytuacji się znaleźli. Jeszcze 29 października, na miejsce, gdzie stał na skałach „S-363”, przybyło dwóch specjalistów z agencji badań obronnych FOA (Försvarets forskningsanstalt). Pływając skrycie na jednym z kutrów szwedzkiej straży przybrzeżnej wokół sowieckiego okrętu, swoimi miernikami zbadali poziom radioaktywności i stwierdzili obecność Uranu 238 na wysokości prawoburtowej, górnej wyrzutni torpedowej.

image
Fot. Marinemuseum/Digitalmuseum/CC BY SA 4.0.

Mogło to oznaczać, że część sowieckich torped jest uzbrojona w głowice atomowe, co zresztą po wielu latach potwierdził były oficer polityczny okrętu Wasilij Biesiedin. Przyznał on również, że załoga miała zdetonować te ładunki jądrowe, gdyby Szwedzi podjęli próbę siłowego opanowania okrętu. Na pokładzie „S-363” mieli się również znajdować sowieccy nurkowie bojowi ze Specnazu – prawdopodobnie z zadaniem przechwycenia nowej, szwedzkiej torpedy, gdyby taka okazja się pojawiła. Szwedzi stanęli więc przed groźbą wywołania konfliktu atomowego tuż przy swoim wybrzeżu.

III starcie - dyplomatyczne

Na szczęście dla wszystkich na „prężeniu muskułów” się skończyło. W piątek 30 października 1981 r. do akcji wkroczyli bowiem politycy – i to najwyższych szczebli. W wyniku dochodzenia prowadzonego na miejscu potwierdzono obecność broni atomowej na pokładzie „S-363” o czym powiadomiono oficjalnie rząd 3 listopada 1981 roku. Co więcej, ówczesny premier Szwecji Thorbjörn Fälldin poinformował o tym fakcie opinię publiczną na specjalnej konferencji prasowej zorganizowanej 5 listopada 1981 roku. Prawdopodobnie było to również wyjaśnienie, dlaczego zgodzono się pomóc sowieckiemu okrętowi podwodnemu w opuszczeniu szwedzkich wód terytorialnych, bez żadnych konsekwencji.

To ustępstwo było efektem woli współpracy władz sowieckich, które zgodziły się wziąć udział w dochodzeniu. Na jednym ze szwedzkich okrętów został nawet przesłuchany dowódca „S-363”, któremu na ten czas zagwarantowano nietykalność przy obecności sowieckich dyplomatów. Szwedzi mieli też możliwość zapoznania się z dziennikiem okrętowym oraz zapisami z przyrządów nawigacyjnych (które jak się okazało nie były dokładne).

W czasie nieobecności dowódcy na pokładzie okrętu podwodnego doszło jednak do najbardziej niebezpiecznego momentu w czasie całego zdarzenia. Nastąpiło bowiem załamanie pogody i załoga „S-363” wysłała sygnał o niebezpieczeństwie. Szwedzi obawiali się, że sowieckie dowództwo może wysłać okręty na pomoc, a nie mieli dokładnego obrazu sytuacji nawodnej. Sztorm utrudnił bowiem bardzo mocno obserwację szwedzkim posterunkom obserwacyjnym, których radary były dodatkowo zakłócane aktywnie przez znajdujące się niedaleko, sowieckie okręty nawodne.

Nie można się więc dziwić, że w Szwecji wszczęto alarm, gdy w tych złych warunkach nagle dostrzeżono dwie niezidentyfikowane jednostki pływające, przekraczające granicę wód terytorialnych na wysokości Karlskrony. Powiadomiony o tym premier Szwecji Thorbjörn Fälldin wydał wtedy sławny rozkaz „Utrzymać granicę” („Håll gränsen”). Ogłoszono alarm bojowy w jednostkach brzegowych (artylerii nadbrzeżnej oraz stacjach minowych) i wysłano w powietrze samolot rozpoznawczy oraz samoloty szturmowe z nowej generacji rakietami przeciwokrętowymi. Napięcie trwało około pół godziny do czasu, aż samoloty nie wyjaśniły, że do Szwecji nie zbliżają się sowieckie okręty bojowe, ale dwa niemieckie statki handlowe z ładunkiem zboża.

Kryzys zażegnano ostatecznie 6 listopada 1981 roku, gdy z pomocą szwedzkiego holownika okręt podwodny „S-363” został ściągnięty ze skał, odholowany na wody międzynarodowe i przejęty tam przez okręty ratownicze sowieckiej Floty Bałtyckiej.

Reklama
Reklama

Komentarze