Reklama
  • ANALIZA
  • KOMENTARZ
  • WIADOMOŚCI

Coraz głośniej o rozwodzie Europy i USA. Co to oznacza dla Polski? [ANALIZA]

Jesteśmy na etapie, kiedy trzeba się poważnie zastanowić, w którą stronę płynie Trans-Atlantyk? Pytanie brzmi efektownie, choć już na starcie wiadomo, że coś tu zgrzyta. Bo jeśli trzymać się choćby odrobiny marynarskiej precyzji, to żaden poważny statek nie „płynie”, tylko idzie. Problem w tym, że relacje między Europą a Stanami Zjednoczonymi coraz częściej przypominają jednostkę, która nie tyle idzie kursem, co dryfuje między deklaracjami a rzeczywistością bez wyraźnie wyznaczonego kierunku.

Flagi Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych powiewające na tle błękitnego nieba.
Autor. @axelbueckert/Envato

Nie chodzi tu bynajmniej o literacki, gombrowiczowski Trans-Atlantyk, choć momentami aż chciałoby się uznać obecną sytuację za kolejną groteskę. Jedna strona z powagą mówi o „wspólnocie wartości”, druga z jeszcze większą powagą sprawdza, co dokładnie kryje się za tym hasłem, najlepiej w dolarach, sprzęcie i realnych decyzjach. Kiedy natomiast przychodzi do działania, okazuje się, że „solidarność sojusznicza” jest pojęciem na tyle pojemnym, że każdy mieści w nim coś innego.

Mamy tu sytuację, w której wzajemny cynizm się kończy, bo zaczyna się twarda rzeczywistość. Konflikt na Bliskim Wschodzie eskaluje, lecą rakiety, płoną instalacje, napięcie w rejonie Cieśniny Ormuz odbija się na globalnym bezpieczeństwie i cenach ropy, a przede wszystkim - giną ludzie. I w tym całym zamieszaniu Trans-Atlantyk, zamiast iść pewnym kursem, sprawia wrażenie, jakby jego załoga wciąż dyskutowała, dokąd właściwie chce dopłynąć.

Jak to wszystko odczytywać?

Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, gdzie kończy się transatlantycka retoryka, a zaczyna rzeczywistość, to ostatnie tygodnie dostarczyły aż nadto przykładów. Relacje między UE a USA właśnie przeszły z poziomu deklaratywnej jedności do etapu, w którym można tę jedność realnie przetestować. Jak to zwykle bywa, test wypadł znacznie gorzej niż zapowiedzi.

Obecna sytuacja przestała być abstrakcyjną debatą o bezpieczeństwie. Od uderzenia na Iran mamy do czynienia nie z incydentami, ale z regularnym konfliktem. To nie jest już temat na konferencję prasową z apelem o spokój i pokój. To sytuacja, która wymaga decyzji. A decyzje te nie są już tak „wspólne”, jak lubimy w to wierzyć.

Problem zaczyna się w momencie, gdy tempo działania jednej strony zderza się z brakiem poczucia współudziału po drugiej. Amerykanie, zgodnie ze swoim strategicznym DNA, działają zdecydowanie i z założeniem, że sojusznicy przynajmniej politycznie ustawią się w szeregu.

Europa patrzy na to chłodniej. Skoro decyzja zapadła poza nią, to trudno oczekiwać automatycznej gotowości do ponoszenia jej konsekwencji. Brak konsultacji oznacza brak współodpowiedzialności, a brak współodpowiedzialności oznacza może - delikatnie mówiąc - ograniczoną motywację do działania.

Reklama

W efekcie mamy sytuację, w której jedna strona mówi o globalnym zagrożeniu i oczekuje solidarności, a druga odpowiada zestawem dobrze znanych narzędzi, czyli dyplomacją, odwoływaniem się do prawa międzynarodowego i wyraźną niechęcią do angażowania się militarnie. Tak więc nie jest to twarda odmowa, a raczej europejska specjalność polegająca na jednoczesnym nieodmawianiu i nieuczestniczeniu. W praktyce oznacza to dystans, który jest wystarczająco duży, by nie brać udziału, ale na tyle miękki, by nie powiedzieć tego wprost.

Z perspektywy Waszyngtonu wygląda to jak brak solidarności w kluczowym momencie. Z punktu widzenia Brukseli natomiast, jak próba ograniczenia skutków decyzji podjętej gdzie indziej. Trudno wspierać operację, której się nie współtworzyło, zwłaszcza gdy jej konsekwencje, np. energetyczne, gospodarcze i bezpieczeństwa - mogą uderzyć przede wszystkim w Europę. W tej optyce „wspólnota” zaczyna przypominać konstrukcję, która działa świetnie na poziomie deklaracji, ale traci spójność w zetknięciu z realnym ryzykiem.

Całą sytuację można streścić w sposób mniej dyplomatyczny, ale znacznie bliższy rzeczywistości. Ameryka zaczyna konflikt i oczekuje wsparcia, zakładając, że zagrożenie ma charakter globalny. Europa odpowiada, że globalność nie oznacza automatycznie równego zaangażowania wszystkich stron. Waszyngton mówi o solidarności w działaniu, Bruksela oferuje odpowiedzialność w słowach i dużą ostrożność w czynach. Jedna strona chce szybkich decyzji i wsparcia, druga chce wpływu na decyzje, zanim zacznie odpowiadać za ich skutki i… nerwowo patrzy na ceny gazu.

Sedno problemu

I tu dochodzimy do sedna problemu, które wykracza poza bieżący konflikt. To nie jest tylko kwestia braku wsparcia w jednym konkretnym przypadku. To różnica w podejściu do bezpieczeństwa, użycia siły i samej natury sojuszu. Dla Stanów Zjednoczonych siła militarna pozostaje jednym z podstawowych narzędzi polityki. Dla Europy jest raczej ostatecznością, obarczoną wysokim ryzykiem destabilizacji i kosztów, które trzeba będzie ponieść lokalnie. Do tego dochodzi zasadnicza różnica w postrzeganiu zagrożeń. To, co dla Waszyngtonu jest testem wiarygodności globalnej, dla Europy niekoniecznie ma charakter egzystencjalny, przynajmniej nie w takim stopniu jak konflikty w jej bezpośrednim sąsiedztwie.

W rezultacie powstaje napięcie wpisane w samą konstrukcję relacji transatlantyckich. Sojusz funkcjonuje sprawnie tak długo, jak długo nie wymaga podejmowania wspólnego ryzyka na dużą skalę. W momencie, gdy pojawia się realna wojna, różnice interesów, percepcji i stylu działania wychodzą na pierwszy plan. Partnerstwo nie znika, ale zaczyna działać na warunkach, które każda ze stron definiuje samodzielnie.

Prowadzi to do dość niewygodnego wniosku. Transatlantycka jedność istnieje, ale przede wszystkim w deklaracjach. W praktyce przypomina raczej współpracę warunkową, w której solidarność kończy się tam, gdzie zaczyna się realne zaangażowanie militarne i ponoszone są jego konsekwencje. Czy sojusz działa jedynie dobrze, dopóki nie trzeba wspólnie iść na wojnę?

Reklama

Czy rozwód USA z Europą jest możliwy?

Co nadal łączy obie strony? W dużej mierze przyzwyczajenie, splecione interesy oraz świadomość, że świat poza tym układem jest jeszcze mniej stabilny. Jednocześnie narasta katalog czynników odpychających. W Stanach Zjednoczonych coraz częściej pojawia się podejście traktujące sojusze w sposób warunkowy - jako układ oparty na wkładzie i wymiernych korzyściach. W Europie rośnie natomiast zniecierpliwienie takim modelem relacji oraz przekonanie o konieczności większej samodzielności. Koncepcja „strategicznej autonomii” oznacza w praktyce budowanie własnych zdolności obronnych, technologicznych i regulacyjnych – niejako przygotowanie się na bardziej niezależne funkcjonowanie.

Choć całkowity „rozwód” można sobie wyobrazić, w praktyce pozostaje on skrajnym rozwiązaniem. Znacznie bardziej prawdopodobna jest stopniowa erozja więzi, przypominająca raczej długotrwałą separację niż nagłe zerwanie.

Pełne rozstanie miałoby konsekwencje wykraczające daleko poza relacje dwustronne. Oznaczałoby głęboką przebudowę ładu międzynarodowego. Kluczowe instytucje bezpieczeństwa, na czele z NATO, uległyby osłabieniu lub redefinicji. W relacjach gospodarczych pojawiłyby się ostre napięcia, a dotychczasowa koordynacja wobec największych wyzwań - takich jak polityka wobec Chin czy Rosji - przestałaby funkcjonować w obecnej formie. W efekcie rozpadłby się wspólny system sankcji, norm i standardów kojarzony dziś z Zachodem.

Reklama

Istnieją jednak wyraźne siły, które mogą pogłębiać dystans między partnerami. Po stronie amerykańskiej kluczowe znaczenie ma dynamika polityki wewnętrznej. Utrwalenie tendencji izolacjonistycznych lub podejścia czysto transakcyjnego mogłoby prowadzić do ograniczenia zaangażowania USA w Europie. Z kolei Europa konsekwentnie rozwija zdolność do działania na własną rękę -  zarówno w obszarze bezpieczeństwa, jak i w polityce przemysłowej czy technologicznej - co naturalnie redukuje skalę zależności od Stanów Zjednoczonych.

Źródłem napięć pozostają także odmienne strategie wobec Chin. Waszyngton skłania się ku bardziej konfrontacyjnemu podejściu, podczas gdy europejskie stolice próbują łączyć współpracę gospodarczą z ograniczaniem ryzyk. Tego typu różnice mogą z czasem prowadzić do coraz wyraźniejszego rozchodzenia się priorytetów. Równolegle rosnące znaczenie polityki przemysłowej i regulacji technologicznych sprawia, że relacje gospodarcze coraz częściej przybierają charakter rywalizacji, a nie wyłącznie współpracy.

Dodatkowym polem sporów są kwestie związane z Bliskim Wschodem, w tym polityka wobec Iranu. Różnice w podejściu - od preferowania presji i działań siłowych po stawianie na dyplomację - prowadzą do napięć interpretacyjnych i wzajemnych zarzutów o brak solidarności. Każda ze stron inaczej ocenia swoje działania, co utrudnia budowanie wspólnej narracji i strategii.

Scenariusze rozwodu, czyli coraz bardziej osobno

Rozbieżności interesów i podejść prowadzą do stopniowej dywergencji, jednak pełne rozdzielenie napotyka istotne bariery. W obszarze bezpieczeństwa Europa wciąż nie dysponuje kompletem zdolności odstraszania i potrzebowałaby czasu, aby je rozwinąć. Z perspektywy USA brak europejskiego zaplecza oznaczałby utratę ważnego filaru legitymizacji i wsparcia dla działań globalnych. Silne powiązania gospodarcze - obejmujące inwestycje, łańcuchy dostaw i rynki finansowe - dodatkowo zwiększają koszty ewentualnego rozstania. Co istotne, żadna ze stron nie ma pełnowartościowej alternatywy dla obecnego partnera.

Najbardziej realistyczny wariant to ewolucja w kierunku bardziej zdystansowanego partnerstwa. NATO najpewniej przetrwa, ale będzie funkcjonować w warunkach większych napięć dotyczących podziału obciążeń. Można spodziewać się częstszych sporów handlowych oraz bardziej selektywnej współpracy - na przykład bliższej w odniesieniu do Rosji, lecz mniej spójnej wobec Chin. Europa będzie rozwijać autonomię, nie zrywając jednak więzi transatlantyckich.

Możliwy jest również model pośredni, który można określić jako funkcjonalną separację. W takim układzie Stany Zjednoczone koncentrowałyby się głównie na regionie Azji, natomiast Europa przejmowałaby większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Współpraca trwałaby nadal, ale miałaby bardziej ograniczony i warunkowy charakter.

Reklama

Do faktycznego „rozwodu” mogłoby dojść jedynie w wyniku silnego wstrząsu politycznego -takiego jak wycofanie USA z NATO, poważna wojna handlowa czy zasadniczy konflikt strategiczny, np. wokół Chin. Bez takiego impulsu bardziej prawdopodobna jest adaptacja relacji niż ich zerwanie.

Choć formalne rozdzielenie USA i Europy nie jest niemożliwe, to pozostaje mało realne z punktu widzenia strukturalnych uwarunkowań. Znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz stopniowego osłabienia więzi, wzrostu europejskiej autonomii oraz bardziej warunkowego podejścia po stronie amerykańskiej. Nie oznacza to końca relacji transatlantyckich, lecz ich przekształcenie w układ mniej deklaratywny, a bardziej oparty na konkretnych interesach.

Jakie implikacje dla naszego kraju?

Potencjalne osłabienie relacji między UE i USA miałoby dla Polski znaczenie wręcz egzystencjalne. Polska znajduje się bowiem w szczególnej sytuacji. Jest jednocześnie jednym z największych beneficjentów silnych więzi transatlantyckich i jednym z państw najbardziej narażonych na skutki ich osłabienia.

W wymiarze bezpieczeństwa zmiana byłaby odczuwalna najsilniej. System obrony Europy nadal opiera się na NATO (na 27 krajów UE - 23 to członkowie NATO i odwrotnie na 32 kraje NATO - 23 kraje to członkowie UE). W ramach NATO kluczową rolę odgrywa potencjał amerykański. Dla Polski każde osłabienie zaangażowania USA, automatycznie zwiększałoby poziom niepewności strategicznej. Nie chodzi wyłącznie o obecność wojskową, lecz o wiarygodność całego mechanizmu odstraszania. W takim scenariuszu musielibyśmy jeszcze szybciej przejść do modelu opartego na maksymalnym wzmacnianiu własnych zdolności obronnych (co już teraz intensywnie robimy), zakładając, że wsparcie sojusznicze może być mniej pewne lub opóźnione.

Najtrudniejszym wyzwaniem byłby jednak podstawowy dla nas dylemat strategiczny. Polska jest głęboko zakorzeniona zarówno w strukturach bezpieczeństwa transatlantyckiego, jak i w integracji europejskiej. W sytuacji rozchodzenia się interesów Europy i USA mogłaby zostać zmuszona do balansowania między tymi dwoma biegunami. Wyraźne opowiedzenie się po jednej stronie oznaczałoby koszty. Byłoby to albo osłabienie pozycji w Unii Europejskiej, albo ograniczenie gwarancji bezpieczeństwa. Dlatego kluczowe staje się utrzymanie zdolności do funkcjonowania jako państwo łączące oba światy, a nie wybierające między nimi.

Szansa w kryzysie?

Taka sytuacja tworzy dla Polski pewną szansę. Jeśli relacje transatlantyckie stają się bardziej selektywne, Stany Zjednoczone będą skłonne opierać się na wybranych, najbardziej wiarygodnych partnerach europejskich. Musi się to jednak wiązać nie tylko z większą obecnością wojskową, ale i dostępem do technologii i większym znaczeniem politycznym. Czy to wszystko się nam udaje? Np. skoro inwestujemy miliardy w uzbrojenie za granicą, to czy kupujemy realne zdolności obronne czy jedynie prawo do ich ograniczonego używania, bez dostępu do technologii, kodów źródłowych i możliwości samodzielnego serwisowania?

Polska już umocniła swoją pozycję jako kluczowy sojusznik USA na wschodniej flance NATO. Taka rola niesie pewne ryzyko. Może powodować napięcia z częścią państw Europy Zachodniej oraz większą ekspozycję na presję ze strony przeciwników. 

Osłabienie więzi transatlantyckich to zatem nie tylko problem. To też potencjalny awans (chociaż nie automatyczny) dla Polski. W świecie, w którym Europa musi coraz częściej liczyć na siebie, rola państw frontowych jest nie do przecenienia. Polska jako duże państwo na wschodniej flance, z rosnącym potencjałem militarnym, już teraz trafiła do pierwszej ligi europejskiej polityki bezpieczeństwa.

Reklama

Oczywiście nie wystarczy pokazywać wielkich inwestycji w wojsko. Równie ważna jest wzmożona aktywność polityczna i zdolność do budowania koalicji. Jednakże podstawą jest ekonomia. Mocna gospodarka, z międzynarodowymi powiązaniami (bo czysto narodowy przemysł to dziś ciekawostka), odstrasza potencjalnego agresora lepiej niż wszystkie manewry razem wzięte. Przy okazji daje sojusznikom mocny powód, aby swoich interesów w Polsce bronić.

Niestety często zapominamy o gospodarce w kontekście globalnych napięć. Ewentualne spory Europa - USA mogą oznaczać fragmentację rynków, wojny technologiczne i różne standardy. Polska, powiązana zarówno z UE, jak i Ameryką, będzie musiała ostrożnie balansować, by nie wybrać jednej strony kosztem drugiej. Kluczowe byłoby utrzymanie dostępu do obu przestrzeni gospodarczych bez konieczności jednoznacznego wyboru.

W tym kontekście współpraca regionalna staje się newralgiczna. Nie chodzi tylko o sąsiadów. Finlandia, Szwecja i inni „północno-wschodni sojusznicy” myślą podobnie o zagrożeniach. W świecie słabszych więzi transatlantyckich to właśnie takie regionalne formaty mogą zastąpić część ciężaru NATO i UE. Polska nie może być tylko ich biernym uczestnikiem. Musi współtworzyć architekturę bezpieczeństwa w regionie, jeśli chce naprawdę liczyć się w grze.

Ostatecznie największym zagrożeniem dla Polski nie byłby nawet sam „rozwód” UE i USA, lecz jego chaotyczny, nieuporządkowany przebieg. Niepewność co do zasad współpracy, brak jasnych gwarancji i rozproszenie odpowiedzialności zwiększałyby ryzyko błędnych kalkulacji strategicznych. W takim środowisku rośnie znaczenie państw, które potrafią działać proaktywnie i budować stabilność wokół siebie.

W świecie mniej stabilnych relacji transatlantyckich Polska może stać się albo peryferyjnym państwem frontowym, albo jednym z centralnych filarów nowej architektury bezpieczeństwa w Europie.

Wspólnota wartości czy rozbieżność interesów?

Czy ten obraz rzeczywiście jest tak oczywisty, jak się wydaje? Sojusz amerykańsko - europejski trwa, tyle że najlepiej funkcjonuje wtedy, gdy nikt nie musi naprawdę sprawdzać, co jest wart. W momentach próby Stany Zjednoczone działają szybko i zdecydowanie, Europa zaś przypomina, że oprócz wartości ma też rachunek kosztów i własne granice zaangażowania. Jedni widzą w tym brak lojalności, drudzy - resztki rozsądku. Konflikt USA - Iran dobrze to obnaża. Ameryka to szybkie decyzje, twarda linia i presja na sojuszników. UE z kolei to chłodna kalkulacja kosztów, obawy przed eskalacją na Bliskim Wschodzie i pytanie, czy to na pewno „nasza wojna”. Jaki jest tego efekt? Zamiast solidarnego frontu, mamy dyplomatyczne apele o deeskalację i bardzo umiarkowane wsparcie, o ile w ogóle. Europa nie widzi tego konfliktu jako „egzystencjalnego dla Europy” (jak np. sytuacji w Ukrainie).

W praktyce oznacza to tyle, że relacja transatlantycka coraz mniej przypomina bezwarunkowy sojusz, a coraz bardziej fakultatywny układ. USA nie chcą być „oddziałem ekspedycyjnym” Europy, a Europa nie zamierza nim być dla USA. Problem w tym, że świat niekoniecznie zamierza się do tego dostosować.

Nie da się jednocześnie oczekiwać amerykańskiej determinacji i europejskiej powściągliwości jako stałego modelu działania. Tak samo nie da się prowadzić interwencji w pojedynkę, licząc na cudzą legitymizację, ani budować stabilności wyłącznie deklaracjami i apelem o łagodzenie napięcia.

Jeśli więc Zachód chce pozostać czymś więcej niż „formatem konsultacyjnym”, będzie musiał w końcu odpowiedzieć sobie na niewygodne pytanie: czy jest jeszcze wspólnotą bezpieczeństwa, czy już tylko klubem, który spotyka się, by zgodnie stwierdzić, że sytuacja jest skomplikowana.

Reklama
WIDEO: Offset czy „offset”? Miliony na Jelcza, miliardy na Apache | Defence24 Week #153
Reklama