Reklama
Reklama
  • Analiza

Chińskie drony kontra Starlinki – starcie dwóch technologii

Chińczycy ujawnili wyniki analiz wskazujących na możliwość zakłócenia systemu Starlink za pomocą roju składającego się z tysięcy dronów walki elektronicznej – nie jest to proste.

Pakiet 60 satelitów Stralink przed wysłaniem na orbitę
Pakiet 60 satelitów Stralink przed wysłaniem na orbitę
Autor. SpaceX

W chińskim czasopiśmie „Systems Engineering and Electronics” opublikowano 5 listopada 2025 roku wyniki symulacyjnych badań chińskich naukowców Uniwersytetu Zhejiang i Pekińskiego Instytutu Technologii (BIT) na temat możliwości zablokowania systemu Starlink na Tajwanie przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą. Materiał „Badania symulacyjne działania rozproszonych jammerów przeciwko systemom transmisji danych pochodzących z megakonstelacji” jest o tyle ciekawy, że tego rodzaju opracowania zasadniczo są niejawne, mogąc wskazać przeciwnikowi potencjalne formy ataku.

Starlink jest trudny do zakłócenia

Chińczycy podeszli jednak do całej sprawy otwarcie, być może chcąc wysłać sygnał, że system Starlink nie jest już dla nich czymś nieosiągalnym i potrafią go wyłączyć. Trzeba przy tym uczciwie przyznać, że naukowcy chińscy wcale nie uznali całego problemu za łatwy. Za utrudnienie uznali np. „czasoprzestrzenną niepewność” wynikającą z faktu, że „płaszczyzny orbitalne satelitów Starlink nie są stałe, trajektorie ruchu konstelacji są bardzo złożone, a liczba satelitów wchodzących w obszar widzialny stale się zmienia”.

Reklama

Przy zakłócaniu standardowych systemów łączności satelitarnej tego rodzaju niepewności nie było, ponieważ systemy te opierają się najczęściej na kilku dużych satelitach geostacjonarnych umieszczonych nad równikiem. Wojskowe jammery mają więc za zadanie „jedynie” przebić mocą ich sygnał nadajnikami znajdującymi się na ziemi. W przypadku takiej megakonstelacji jak Starlink składającej się obecnie (według danych z maja 2025 roku) z 7600 małych satelitów umieszczonych na niskich orbitach LEO (low Earth orbit), jest to już jednak o wiele trudniejsze.

Wygląd satelity Stralink już po umieszczeniu na orbicie
Wygląd satelity Stralink już po umieszczeniu na orbicie
Autor. SpaceX

Na niebie stworzono bowiem rozszerzającą się coraz bardziej sieć mesh. Jeżeli więc nawet Chińczykom uda się zakłócić jeden sygnał, to odbiornik naziemny Starlink automatycznie, w ciągu kilku sekund przełącza się na inny. Takich dostępnych sygnałów będzie zresztą z miesiąca na miesiąc coraz więcej. Już obecnie satelity Starlink stanowią 65% aktywnych satelitów Ziemi. Zgodnie z obecnymi planami tych satelitów ma być zresztą jeszcze więcej, bo 12000, a później być może aż 34400. Sprzyja temu także sama konstrukcja fazowanej anteny odbiorczej terminala naziemnego, która może być sterowana programowo, adaptując się do warunków w czasie rzeczywistym (w tym ze zmianą częstotliwości).

Z problemem skutecznego zakłócania systemu Starlink zetknęli się jako pierwsi Rosjanie i „polegli”, mogąc to robić tylko na ograniczonym obszarze i to też z użyciem bardzo silnych nadajników naziemnych. Nie powiodły się także próby zakłócania samych satelitów, chociaż według Amerykanów próbowano do tego wykorzystywać lądowe kompleksy walki radioelektronicznej Tobol. Ich liczba okazała się bowiem zbyt mała, jak na rozszerzającą się megakonstelację Starlink.

Powietrzna tarcza elektromagnetyczna – chińskim sposobem na Starlinka

Wiedząc o tych uwarunkowaniach, Chińczycy zaproponowali, by do zablokowania zakłóceniami systemu Starlink na tak rozległym obszarze jak Tajwan zastosować tzw. rozproszoną strategię zakłócania (distributed jamming strategy). Wymaga to jednak rozmieszczenia na niebie bardzo wielu jammerów, których działanie byłoby dodatkowo ze sobą zsynchronizowane. Chińczycy zaproponowali, by do przenoszenia tak dużej liczby nadajników zakłóceń wykorzystać drony oraz balony, tworząc w ten sposób na niebie swoistą tarczę elektromagnetyczną.

Według chińskich szacunków, w przypadku Tajwanu takich dronów może być potrzeba nawet dwa tysiące. Taką liczbę uzyskano wykorzystując dane o rzeczywistym ruchu satelitów Starlink nad wschodnimi Chinami w ciągu 12 godzin. Stworzono w ten sposób model siły sygnału satelitarnego pochodzącego „z nieba” oraz wzorzec odbiornika typowego, naziemnego terminala satelitarnego.

Dzięki temu można było zacząć analizować efekt ataku sygnałami zakłócającymi na taki terminal z wielu jammerów, pod różnymi kątami i z różną mocą. Później stworzono wirtualną sieć nadajników zakłóceń, które byłyby rozmieszczone na wysokości 20 km w odstępach od 5 do 9 km. I znowu sprawdzano skuteczność ich działania, stosując szumowe sygnały zakłócające różnej mocy oraz dwa rodzaje anten: o szerokiej wiązce (która obejmuje większy obszar, ale rozprasza na nim sygnał zakłócający, zmniejszając w danym miejscu na ziemi jego skuteczną moc) i o wąskiej wiązce (która wymaga dokładniejszego nakierowania na obiekt zakłócany, ale pozwala skupić na nim większą moc sygnału zakłócającego).

Reklama

Efekt symulacji był swego rodzaju pochwałą dla systemu Starlink. Okazało się bowiem, że bardzo trudno jest doprowadzić do sytuacji, w której pracujące terminale tego systemu „utraciłyby” użyteczny sygnał. Przy znajdujących się wysoko nadajnikach zakłóceń z antenami szerokowiązkowymi, jest to jak na razie praktycznie niemożliwe. Przy jammerach z systemami antenowymi wąskowiązkowymi jest to już jednak możliwe. Obliczono, że po zastosowaniu nadajników zakłóceń o mocy około 400 W (26 dBW) i ich rozstawieniu co 7 km, istnieje możliwość „stłumienia” odbiorników Starlink (a więc doprowadzenia do sytuacji, gdy sygnał zakłócający będzie „silniejszy” niż sygnał użyteczny) na obszarze około 38,5 km².

Technicznie możliwe, fizycznie niewykonalne

Z prostych obliczeń wynika więc, że dla objęcia takim skutecznym atakiem elektronicznym całego Tajwanu o powierzchni około 36 000 km², potrzeba by było zawiesić nad tym państwem co najmniej 935 skoordynowanych „węzłów zakłócających”. Jest to jednak liczba czysto teoretyczna, ponieważ sami Chińczycy zauważyli, że nie obejmuje ona sytuacji awaryjnych, w których jakiś z nadajników by nie zadziałał, np. z powodu awarii lub zestrzelenia platformy go przenoszącej. Dodatkowo Tajwan nie jest płaską powierzchnią i trzeba także wziąć pod uwagę przeszkody terenowe (w tym budynki), które tworząc „cienie” dla sygnałów zakłócających.

Transport na orbitę jednocześnie 60 satelitów Starlink. Zdjęcie z 24 maja 2019 roku
Transport na orbitę jednocześnie 60 satelitów Starlink. Zdjęcie z 24 maja 2019 roku
Autor. SpaceX

Jest jeszcze problem samego nadajnika zakłóceń, który przy mocy 400 W i długiej pracy wymaga bardzo silnego źródła zasilania, a ze względu na ciężar i rozmiary wymaga również dużej platformy do przenoszenia. Dlatego Chińczycy wzięli również pod uwagę mniejszy nadajnik o dwukrotnie mniejszej mocy 200 W (23 dBW), który byłby rozstawiany „na niebie” co 5 km. Wtedy jednak okazało się, że do pokrycia skutecznymi zakłóceniami całego Tajwanu potrzeba by było nie mniej niż 2000 dronów, i to też bez potrzebnej w działaniach operacyjnych redundancji.

Tymczasem stworzenie takiej konstelacji dronów na wysokości 20 km jest bardzo trudne, nawet przy masowej, chińskiej produkcji. Wystarczy tylko przypomnieć, że amerykańskie drony Reaper mogą działać operacyjnie na pułapie nie większym niż 7500 m. Oczywiście na maksymalnej wysokości 20 km mogą działać drony Global Hawk. Jednak każdy z takich bezzałogowych samolotów ma wielkość samolotu pasażerskiego i kosztuje obecnie ponad 130 milionów dolarów.

Co Chińczycy naprawdę szykują na Starlinka?

Można więc zakładać, że Chińczycy opublikowali wyniki swoich badań tylko dlatego, że zrezygnowali z takiego sposobu działania i znaleźli już inne rozwiązanie. Być może nie porzucili przy tym idei tworzenia sieci dronów tworzących tarczę elektromagnetyczną, lecz postanowili wykorzystać mniejsze bezzałogowce, dodatkowo latające na o wiele niższych wysokościach. Wtedy można oczywiście zakłócić mniejszy obszar, ale koszt takiej operacji wielokrotnie maleje i co najważniejsze: można ją zrealizować dostępnymi obecnie rozwiązaniami.

Jest więc bardzo prawdopodobne, że Chińczycy przygotowują się do działania tworząc przed swoimi wojskami tzw. „mobilną kopułę ciszy” w której przeciwnik nie byłby w stanie wykorzystywać swoich urządzeń elektronicznych. Bo na celowniku chińskiej armii nie są na pewno tylko terminale Starlink, ale również systemy radiowe i radiolokacyjne.

Część rakiety chroniąca zestaw satelitów SpaceX Starlink, zwana osłoną, oddziela się od rakiety Falcon 9
Część rakiety chroniąca zestaw satelitów SpaceX Starlink, zwana osłoną, oddziela się od rakiety Falcon 9
Autor. SpaceX

Bardzo wielu obserwatorów zwraca przy tym uwagę na to, że o ile na Zachodzie obecnie to coraz częściej rozwiązania cywilne są adaptowane przez wojsko, to w Chinach nadal działa się po staremu. Jeżeli więc na niebie Chińczycy robią pokazy ponad 10 tysięcy dronów, to oznacza, że chińska armia już taką technologię sprawdziła i zaadaptowała do swoich potrzeb – jednak z o wiele większym rozmachem. Dlatego zakłócenie działania systemów elektronicznych za pomocą tysięcy współdziałających ze sobą bezzałogowych statków powietrznych jest scenariuszem jak najbardziej prawdopodobnym.

Tymczasem państwa zachodnie całkowicie przespały sprawę i żadne z nich, w tym Stany Zjednoczone, nie wprowadziły skutecznego systemu przeciwdziałania, który byłby skuteczny przeciwko atakom roju dronów. I Chińczycy o tym doskonale wiedzą.

Dodatkowo wielką niewiadomą jest sam Elon Musk, założyciel SpaceX, który samodzielnie i bez zakłóceń może sam wyłączyć Starlinka. Tą „mocą” już się zresztą chwalił, wskazując: „Mój system Starlink jest podstawą ukraińskiej armii. Jeśli go wyłączę, cały front upadnie”. Tymczasem żaden system bezpieczeństwa nie powinien być zależny od woli jednego człowieka. I dlatego tak ważne jest, by powstało alternatywne rozwiązanie dla Starlinka, nad którym można by było sprawować jakąś kontrolę.

Reklama
WIDEO: Rywal dla Abramsa i Leoparda 2? Turecki czołg Altay
Reklama
Reklama