Geopolityka

Państwo Islamskie: strategiczna klęska, koniec jeszcze daleki

Po niemal dwumiesięcznej bitwie, zdominowane przez Kurdów, Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF) bliskie są całkowitego zmiażdżenia oporu Państwa Islamskiego w Manbidż. Będzie to oznaczało strategiczne zwycięstwo, ale „kalifat” daleki jest od całkowitej klęski. Mimo ogromnych sukcesów armii irackiej w ostatnim czasie, sceptycznie należy podchodzić do zapowiedzi rychłego rozpoczęcia decydującej fazy operacji wyzwolenia Mosulu. Terroryści są coraz słabsi, ale walka z nimi może wciąż napotkać na istotne przeszkody.

Bitwa o Manbidż to od czasu oblężenia Kobane najważniejsze starcie z Państwem Islamskim w Syrii i jedna z najistotniejszych operacji w całej wojnie przeciw tej organizacji. Jej znaczenie wynika z kilku kwestii. Po pierwsze chodzi o ścisłą współpracę militarną SDF, w tym kurdyjskiego YPG/YPJ, z USA, a także Francją i Wielką Brytanią. Po drugie Manbidż to jedno z największych miast kontrolowanych przez Państwo Islamskie. W Syrii większa jest tylko Rakka. SDF nie miało wcześniej doświadczenia w szturmie miasta o takich rozmiarach. W Kobane, które i tak jest mniejsze od Manbidż, YPG się broniło a nie atakowało i Państwo Islamskie nigdy nie kontrolowało całego miasta. Operacja Manbidż zaczęła się 31 maja, natomiast bitwa o miasto – 10 czerwca (tego dnia miasto zostało całkowicie otoczone). Obecnie bitwa jest już przesądzona, 90 % miasta znajduje się w rękach SDF i całkowite opanowanie Manbidż to kwestia dni. Nie jest to jednak koniec tej ofensywy. Manbidż dla Państwa Islamskiego to niezwykle dotkliwa klęska sama w sobie, ale dla SDF głównym celem jest tzw. połączenie kantonów czyli kontynuowanie ofensywy na zachód w kierunku Efrin.

Kurdowie nigdy nie ukrywali, że priorytetem dla nich nie jest szturm tzw. stolicy Państwa Islamskiego czyli Rakki, lecz połączenie kurdyjskiego kantonu Efrin, znajdującego się w płn.-zach. krańcu syryjskiej prowincji Aleppo z resztą terenów znajdujących się pod ich kontrolą. Dla Państwa  Islamskiego z kolei oznaczać to będzie utratę dostępu do granicy tureckiej i przez to całkowite odcięcie od świata zewnętrznego (poza Syrią i Irakiem). To z kolei będzie miało dla terrorystów katastrofalne konsekwencje logistyczne, w tym dla uzupełnianiu braków ludzkich i uzbrojenia, a także finansowe (możliwości przemytu ropy). Obecnie najdalej wysunięte na zachód pozycje sił SDF uczestniczących w ofensywie Manbidż znajdują się około 70 km od miasta Tel Rifaat, kontrolowanego przez siły SDF kantonu Kobane. Zważywszy na to, że teren ten jest w dużej mierze etnicznie kurdyjski, to ofensywa SDF powinna trwać najwyżej parę tygodni. Niestety pojawiają się na jej drodze problemy innego rodzaju.

W północnej części prowincji Aleppo, poza SDF i Państwem Islamskim, walczy też armia rządowa (SAA), wspierana przez Rosję, Iran i libański Hezbollah, a także zdominowane przez dżihadystów siły rebelianckie. Dwie ofensywy SAA przeciwko Państwu Islamskiemu zakończyły się w lipcu widowiskową kompromitacją. Chodzi tu o próbę przebicia się z Palmyry do Deir Ezzor oraz ofensywę w kierunku Tabqah, czyli strategicznej tamy na Eufracie, znajdującej się niedaleko Rakki. Obie te operacje załamały się gdyż SAA parła szybko do przodu, wysuwając czoło głęboko na terytorium wroga wzdłuż głównej drogi i nie zabezpieczając terenu wokół. Po tych porażkach SAA skoncentrowała się na próbie pełnego opanowania miasta Aleppo. Dla Assada może mieć to znaczenie egzystencjalne z uwagi na postępujące zbliżenie rosyjsko-tureckie. Jest wielce prawdopodobne, że Erdogan i Putin uzgodnią wspólną strategię w Syrii i kwestią otwartą jest to, czy turecko-rosyjską inwestyturę otrzyma Assad czy rebeliancki rząd rezydujący w Gaziantep.

Bitwa o miasto Aleppo może o tym przesądzić. Zważywszy na to ile wolt w polityce międzynarodowej Erdogan już dokonał i na to, że przed 2011 r. utrzymywał bardzo dobre relacje z Assadem to ponowne zbliżenie nie jest wcale wykluczone. Z całą pewnością naciskać na to będzie Iran, z którym relacje są dla Turcji z wielu powodów bardzo ważne. Wariant ten nie jest jednak przesądzony, gdyż Putin może uznać, że utrzymywanie kroplówki nad Assadem za drogo go kosztuje, a rząd z Gaziantep może zaoferować podobną lojalność. W obu jednak wypadkach ten rosyjsko-turecki alians oraz zarówno Assad ze wspierającym go Iranem, jak i rebelianci-dżihadyści, będą przeciwdziałać za wszelką cenę (w tym za cenę wzmocnienia się Państwa Islamskiego) wzmocnieniu Kurdów, w tym w szczególności połączeniu kantonów.

Turcja nie ukrywa, że to Kurdowie są dla niej wrogiem numer 1 w Syrii i każdy kto z nimi walczy może liczyć na wsparcie lub co najmniej życzliwą neutralność Turcji. Dla Rosji jej wyrazy wsparcia dla syryjskich Kurdów były tylko grą toczoną z Turcją po zestrzeleniu Su-24. Teraz, po kolejnym zwrocie w relacjach rosyjsko-tureckich, kluczowe znaczenie ma uniemożliwienie USA założenia baz wojskowych w Rożawie (terenach kontrolowanych przez SDF). Dla Turcji to jest również zagrożenie, gdyż USA miałyby alternatywę wobec bazy w Incirlik. Już od dawna pojawiają się doniesienia o budowie dwóch amerykańskich baz w Rożawie – w Rmeilan oraz 30 km na południe od Kobane. W żywotnym interesie Turcji i Rosji jest zatem doprowadzenie do zerwania sojuszu kurdyjsko-amerykańskiego i wyłączenia Kurdów z gry. Można się zatem spodziewać, że Turcja wzmoże naciski na USA by nie wsparły one dalszej ofensywy Kurdów przeciw Państwu Islamskiemu, zwłaszcza jeśli będzie ona kontynuowana w prowincji Aleppo.

mapa Syria
Fot. Gurnotron/Spesh531/Wikimedia Commons/CC BY SA 4.0/[https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0/]

Dekonstrukcja tureckiej armii po nieudanym puczu jednak mocno ogranicza militarne możliwości Turcji nawet jeśli chodzi o walkę z Kurdami w Turcji, a co dopiero w Syrii. Otwarcie przyznają to Kurdowie z YPG/YPJ i również to może mieć znaczenie dla ich planów. Chodzi o to, że z punktu widzenia taktycznego korzystne dla SDF byłoby opanowanie również pasa przygranicznego między Dżarabulus a Al Ra'i w płn Aleppo, by zabezpieczyć się przed uderzeniem ze strony Państwa Islamskiego, które mogłoby potencjalnie zostać po cichu wsparte przez Turcję. Nie opanowanie tego niewielkiego obszaru pozostawiałoby na północy enklawę Państwa Islamskiego, odciętą od reszty jego terytorium ale mającą dostęp do granicy z Turcją co stanowiłoby poważne, potencjalne zagrożenie. Turcja jednak jednoznacznie sugerowała, że nie pozwoli SDF podejść pod Dżarabulus.

W północnym Aleppo znajduje się jeszcze jedno duże miasto – Al Bab. Choć jest ono mniejsze od Manbidż to walka o nie mogłaby wydłużyć kampanię SDF o kilka tygodni co dałoby czas Turcji, Rosji, a także Assadowi, którego armia znajduje się w odległości kilkunastu kilometrów od tego miasta, do opracowania strategii przeciwko SDF. Wiele więc wskazuje na to, że SDF nie będzie zdobywał tego miasta. Wreszcie pozostaje jeszcze jeden problem – między tzw. enklawą Azaz w północnym Aleppo (opanowaną przez protureckich rebeliantów) a korytarzem łączącym kurdyjskie kantony znajduje się niewielkie miasteczko Dabiq. Można się spodziewać sporej koncentracji sił terrorystów w tym miejscu, gdyż zgodnie z eschatologią Państwa Islamskiego to w tym miejscu ma nastąpić ostateczne starcie niewiernych z siłami „kalifatu”. Utrata tego miejsca byłaby więc ogromnym ciosem propagandowym. SDF może jednak zrezygnować z prób opanowania Dabiq, gdyż nie jest to konieczne ani dla odcięcia Państwa Islamskiego od granicy ani dla połączenia kantonów.

Operacje w rejonie Rakki nie zostaną rozpoczęte przed rozstrzygnięciem sytuacji w północnym Aleppo. Kurdowie w ogóle nie garną się do bitwy o to miasto, gdyż nie tylko że jest ono czysto arabskie ale w dodatku nastroje tamtejszych mieszkańców są znacznie bardziej antykurdyjskie niż wśród plemion arabskich w rejonie Manbidż czy w Hasace. Tymczasem walki o „stolicę kalifatu” potrwałyby co najmniej 2-3 miesiące. Wydaje się oczywiste, że Kurdowie zażądają „zapłaty” za zdobycie Rakki tj. politycznego uznania autonomii Rożawy i większego wsparcia jeżeli chodzi o broń. Tymczasem już obecny poziom współpracy USA-SDF rodzi kategoryczny sprzeciw Turcji, która twierdzi, że YPG to „terroryści gorsi od Państwa Islamskiego”. USA będzie musiało zatem wybierać i albo ulec szantażowi Turcji, co zagwarantuje, iż Państwo Islamskie ocaleje w Rakce, albo zacieśnić współpracę z Kurdami co da szansę, iż Rakka zostanie zdobyta na początku 2017 r. Póki co nie widać po stronie USA gotowości do tej drugiej opcji, zwłaszcza że Departament Obrony wymyślił sobie fikcyjny podmiot pod nazwą „Syrian Arab Coalition”, któremu przypisuje operację w Manbidż, aby ukryć rolę Kurdów.

Poza tymi terenami Państwo Islamskie kontroluje jeszcze dolinę Eufratu od Rakki po granicę z Irakiem (z tym że większość Deir Ezzor stanowi enklawę pod kontrolą SAA), a także pewne peryferyjne obszary na zachód od Eufratu. Obecność Państwa Islamskiego na tych terenach pozostanie jednak problemem Assada i jego sojuszników, a z punktu widzenia sojuszu SDF-USA będzie bez znaczenia.

Zupełnie inna i tylko pozornie mniej skomplikowana jest sytuacja w Iraku. Po opanowaniu w tym roku przez irackie siły rządowe kolejno Ramadi, Al Hit i Faludży, Państwo Islamskie utraciło kontrolę nad niemal całą prowincją Anbar. Jedynym większym miastem pozostającym pod kontrolą terrorystów jest przygraniczne Al Qaim, którego opanowanie nie jest priorytetem. Jednak trwałość tych sukcesów zależy od politycznej atmosfery w Iraku. Ewentualny powrót Nouriego al-Maliki do władzy, który jest odpowiedzialny za alienację sunnickich plemion po pokonaniu Al Kaidy w Anbarze w 2010 r. przez tzw. Sunnickie Przebudzenie, może spowodować swoiste deja vu: alienację sunnickich sił w Anbarze, które teraz przyczyniły się do pokonania terrorystów i w konsekwencji wznowienie walk, a nawet odrodzenie się Państwa Islamskiego.

Władze irackie za priorytetowy kierunek dalszych operacji uznają wyzwolenie Mosulu. Dla Państwa Islamskiego miasto to ma kluczowe znaczenie, większe nawet niż Rakka. To ono jest prawdziwą „stolicą kalifatu”. Mosul jest wielokrotnie większy od Rakki, a Państwo Islamskie od wielu miesięcy przygotowywało jego obronę. Bitwa o to miasto, gdy już się rozpocznie, potrwa zatem kilka miesięcy. Problem polega na tym, że sam początek operacji może nie nastąpić zbyt szybko, mimo iż zależy na tym zarówno Bagdadowi jak i USA, a także Iranowi.

Obama dąży do osiągnięcia sukcesu w Iraku przed końcem swej kadencji. Problem polega na tym, że podobny pośpiech w 2010 r. doprowadził do katastrofy. Wówczas Obama uznał, że utrzymanie Malikiego na stanowisku premiera zapewni stabilność Irakowi co pozwoli na sprawne wycofanie się sił USA z tego kraju. Tymczasem skłonności dyktatorskie Malikiego doprowadziły do pojawienia się Państwa Islamskiego. Teraz Obama dążąc do jak najszybszego rozpoczęcia operacji mosulskiej ignoruje problem sporu kurdyjsko-irackiego o Kirkuk i inne tereny sporne. Taka taktyka może doprowadzić do tego, iż zaraz po wyzwoleniu Mosulu dojdzie do walk między proirańskimi milicjami szyickimi a kurdyjską Peszmergą. To z kolei może umożliwić Państwu Islamskiemu odrodzenie się w Iraku nawet po utracie Mosulu.

Rozpoczęcie bitwy o Mosul przed rozwiązaniem problemów na linii Region Kurdystanu – Bagdad byłoby nierozsądne. Ponadto dochodzą również inne problemy – szyickie milicje nie chcą udziału w operacji sił USA i zapowiadają, że będą uznawać Amerykanów za wrogów. Kurdowie nie chcą natomiast dopuścić do walk milicji szyickich, zwłaszcza tych związanych z Iranem. Ponadto na drodze do Mosulu w rękach Państwa Islamskiego pozostaje jeszcze dystrykt Hawidża w prowincji Kirkuk oraz dystrykt Shirqat w prowincji Salahaddin. Po zdobyciu bazy Qayarrah (na południe od Mosulu na zach. brzegu Tygrysu) teoretycznie armia iracka nie musi walczyć o te tereny by rozpocząć bitwę mosulską jednak może to potencjalnie umożliwić potężne uderzenie na tyły sił irackich. Tymczasem szumne zapowiedzi szybkiego opanowania Shirqat i miasta Qayarah spełzły na niczym. Nie opanowanie tych terenów powoduje że nie ma połączenia między bazami sił rządowych po obu stronach rzeki (baza Qayarrah i baza Makhmour). Wszystko zatem wskazuje na to, iż zapowiedzi rządu irackiego dot. szybkiego opanowania Mosulu są hurraoptymistyczne, a sama bitwa może się nawet nie rozpocząć w tym roku. Podobnie jak w przypadku Manbidż, za taki początek należałoby uznać zamknięcie pierścienia wokół miasta.

W wariancie optymistycznym likwidacja Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku może nastąpić w połowie 2017 r. To czy do tego dojdzie zależeć będzie jednak przede wszystkim od postawy USA wobec nacisków Turcji w sprawie sojuszu amerykańsko-kurdyjskiego w Syrii oraz od rozwiązania problemów między rządem irackim a autonomią Kurdów w Iraku. Ponadto klęski Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku niewątpliwie doprowadzą do natężenia aktywności terrorystycznej w Europie. „Kalifat” będzie też szukał nowej siedziby. Wariantem B miała być Syrta w Libii ale sytuacja tamtejszego „wilajetu” uległa ostatnio drastycznemu pogorszeniu. Alternatywą może być wilajet afgański, gdzie ostatnio Państwo Islamskie zintensyfikowało swą aktywność ale peryferyjność Afganistanu oraz konkurencja Talibów nie czyni tej opcji preferowaną. Państwo Islamskie może zatem w 2017 r. zintensyfikować swoje działania a Europie na tyle by spróbować zbudować wilajat europejski, być może na Bałkanach. Niewykluczone jednak, iż korzystając z rosnącego chaosu związanego z kryzysem migracyjnym oraz możliwą konfrontacją skrajnej prawicy, skrajnej lewicy, różnych grup migrantów (np. nacjonalistów tureckich i PKK) oraz salafitów, będzie też dążyć do opanowania, przynajmniej czasowego, ograniczonego terytorium w innych częściach Europy. Na korzyść terrorystów działać będzie to, że trudno będzie sobie wyobrazić walkę z nimi w Europie takimi metodami jakie są stosowane w Syrii i Iraku. Im szybciej Państwo Islamskie zostanie jednak trwale unieszkodliwione w Syrii i Iraku, tym mniejsze będzie miało możliwości skutecznego wdrożenia planu B, zwłaszcza w Europie.

Czytaj też: Dania zbombardowała nieformalną stolicę ISIS

Witold Repetowicz

 

Komentarze