- WIADOMOŚCI
- OPINIA
Trump jak Juliusz Cezar, Aleksander Wielki i Bonaparte
Prezydent USA uważa się za lidera formatu najwybitniejszych wojskowych w historii - ujawnia wysokiej rangi urzędnik Białego Domu i współpracownik Donalda Trumpa na łamach „The Atlantic”. Chce zmiany świata, tak jak oni tego dokonali. Co nas czeka?
Autor. www.whitehouse.gov
Ostatnie dni rejestracji na Defence24 Days 2026. Zapisz się już dzisiaj!
Źródło amerykańskiego pisma uważa, że Donald Trump nabrał przekonania na temat swojej dziejowej misji, czytając notatkę cytującą filozofa Georga Hegla, gdzie stwierdzono, iż „dzięki samej sile woli” Aleksander Macedoński, Gajusz Juliusz Cezar i Napoleon Bonaparte osiągnęli swoje cele. Może to być, rzecz jasna, czarny pijar wymierzony w Trumpa. Nie ulega jednak wątpliwości, że polityczne poglądy Trumpa można zdefiniować jako cezaryzm - doktrynę polityczną, która łączyła odległych epokami od siebie Juliusza Cezara i Napoleona Bonaparte. Jedni nazwą to megalomanią amerykańskiego prezydenta, inni oczernianiem, a kolejni zapytają co z tego może wynikać i przeanalizują konflikty zbrojne za kadencji Trumpa. Bezsprzecznie, Trump próbuje zapisać się w historii świata. Jeżeli urzędnik donoszący „The Atlantic” nie kłamie, warto także spojrzeć na Bliski Wschód.
Ale po kolei. Cezaryzm to doktryna polityczna, w której rządy, jednostki, czyli jedynowładztwo, pochodzą z zasług przywódcy i poparcia ludowych mas. Ten mariaż wojskowej dyktatury z demokracją wziął swoją nazwę od Gajusza Juliusza Cezara, ale w historii świata nie był odosobniony. Napoleon Bonaparte rozpisał przecież referendum (1804 r.), w którym zagłosowano na niego by stał się Cesarzem Francuzów. W przedwojennej Polsce, cały ustrój oparto na autorytecie jednej osoby – Józefa Piłsudskiego. W pewnym sensie nasz Piłsudski, też był cezarystą. Marszałek Piłsudski jest w Polsce otoczony estymą, tak jak gen. Charles de Gaulle we Francji – kolejny cezarysta.
Nie mówimy, więc w tym przypadku o znienawidzonych przez masy ustrojach totalitarnych, choć nikt nie ma wątpliwości, że nie byli to demokraci, a zwolennicy autokracji. Wciąż trwa spór o to, na ile zawinili w historii, ale w opinii publicznej jest powszechna zgoda, że ich zasługi przeważają nad politycznymi błędami. Uznano ich cel za słuszny, a ten – jak to się mówi – uświęcił środki. Zapewne tak siebie postrzega urzędujący amerykański prezydent.
Amerykański Cezar?
Jeżeli spojrzymy na Donalda Trumpa przez pryzmat tego jakim szacunkiem darzy rządy silnej ręki w innych państwach, publicznie gardząc słabszymi „malowanymi” przywódcami, jak porwał on masy tworząc własny blok polityczny (MAGA) i pójść za tym musiała Partia Republikańska, z jaką lekkością wydał rozkaz do porwania komunistycznego dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro, i z jaką niecierpliwością starał się najpierw zdobyć Pokojową Nagrodę Nobla, by nagle zapragnąć pokonać 90-miliony Iran, zobaczymy że Trump jest takim amerykańskim cezarystą. Pragnie silnej władzy w oparciu o swoje zasługi, które mają go zapisać w podręcznikach historii. USA to nie Europa, więc taki cezaryzm jest ograniczony silnym kordonem legislacji, a państwo amerykańskie ufundowano na wolności jednostki, która ma mieć więcej praw nawet, niż obywatel, którego wybrano na prezydenta tego państwa.
Zresztą, Donald Trump był przecież oskarżany o to samo co jego idole – jeżeli „The Atlantic” ma dobre źródła – czyli uderzenie w centrum ustroju. W przypadku Gajusza Juliusza Cezara było to przekroczenie rzeki Rubikon i wkroczenie do Rzymu w 49 r. p.n.e., Napoleon Bonaparte miał swój tzw. przewrót 18 brumaire’a (9 listopada 1799 r), a z oskarżeń wobec Trumpa wynika, iż jego „rubikonem” i „brumaire’m” byłby atak na Kapitol z 6 stycznia 2021 roku, gdy jego wyborcy nie zaakceptowali wyników liczenia głosów w wyborach prezydenckich. Tutaj górę nad jednostką wziął amerykański ustrój – historycznie Juliusz Cezar i Napoleon Bonaparte, jako wybijający się wojskowi, ale wpływający na wielkie wody w polityce, nie spodziewali się, iż dostaną finalnie taką władzę. W przypadku Trumpa było na odwrót – wybijanie szyb w amerykańskim parlamencie, i robienie sobie tam głupich zdjęć, nic nie zmieniło w sprawie wyniku wyborów.
Paradoksalnie, USA miało prezydenta który by pasował dokonaniami do „amerykańskiego Napoleona”. Ale nie jest to Donald Trump. Był to gen. Dwight Eisenhower, który połączył najwyższe stanowiska wojskowe i polityczne w kraju, wygrywając wielką wojnę – umówmy się, zwycięskie dowodzenie frontem europejskim w II wojnie światowej uznajmy za wielkie dokonanie. Tyle, że Eisenhower nie był cezarystą, a jego przeciwieństwem. „Ike” nie był niecierpliwym wojskowym i politykiem, który dążył do szybkiego rozstrzygnięcia spraw. Był tytanem pracy, sztabowcem i to – kolejny paradoks – z antywojennymi poglądami. Jeszcze jako prezydent-elekt udał się na koreański front, gdzie jadł z jednego gara ze swoimi żołnierzami. Poleciał wówczas do płonącej Korei, by tę wojnę zakończyć, bo wygrał wybory właśnie takim hasłem. A im był starszy, tym większym pacyfistą się stawał. Choć i Trump, i Eisenhower to prezydenci z Partii Republikańskiej, to różni ich wszystko.
To co łączyło Aleksandra Macedońskiego, Gajusza Juliusza Cezara oraz Napoleona Bonaparte to niezwykła wojskowa intuicja, nieszablonowe myślenie, praktycznie wykorzystywane doświadczenie, które wyciągnęli z wojen, ale zarazem ryzykanctwo, niecierpliwość, dążenie do rozstrzygnięć wojskowych i politycznych w jednej walnej bitwie. W tym czuli się najlepiej, gdy ich wybitny zmysł taktyczny oraz charyzma połączona z profesjonalizmem i odwagą oddziałów, z brawurą oficerów, doprowadzała do przełamania wojennej sytuacji i kapitulacji całego wrogiego państwa – czasem w jednej bitwie, a czasem w serii bitew.
Ale to oni szukali rozstrzygnięcia, gdy wróg – wraz z rosnącą sławą Aleksandra, Juliusza czy Napoleona – drżał na samą myśl o tej bitwie, przegrywając ją jeszcze przed stanięciem na polu bitwy. Kto wie, być może Donald Trump jako wojskowy byłby do nich podobny, ponieważ posiada faktycznie tę ostatnią cechę – to przyniosło mu spektakularny sukces w Wenezueli, ale i wizerunkową porażkę w Iranie. Trump także jest ryzykantem i jest niecierpliwy, ale nie jest wojskowym i nie ma wojennego doświadczenia (które miał np. śp. John Mccain).
Jakim byłby oficerem w Wietnamie, nigdy się już nie dowiemy bo uniknął służby. A żołnierze uwielbiają tych dowódców, którzy dzielą z nimi zarówno te dobre, jak i złe chwile, w polu. To łączyło Aleksandra Macedońskiego, Gajusza Juliusza Cezara i Napoleona Bonaparte. Aby ludzie maszerowali za wodzem z Grecji do Indii, z Galii na swój dom – w Rzymie, czy spod Paryża pod Moskwę, dowódca musi marznąć w zimę razem z żołnierzami. Trump, jako dziedzic fortuny, śledzący losy wojen z willi na Florydzie, nawet przy swoim ogromnym doświadczeniu w biznesowych negocjacjach, rozumieniu globalnej ekonomii i talentach politycznych, nie jest typem polowego przywódcy.
Austerlitz Trumpa
Choć Donald Trump wybory wygrywał z hasłem, by zakończyć „bezsensowne, niekończące się” wojny z udziałem USA, to w kilku uczestniczył podczas swoich prezydentur, dziedzicząc je po poprzednikach, a kilka rozpoczął sam. Aleksander Wielki miał swoją bitwę pod Gaugamelą (331 p.n.e.), która rozstrzygnęła upadek perskiego imperium (notabene, odbyła się pod dzisiejszą stolicą irackiego Kurdystanu – Irbilem), Juliusz Cezar swoją Alezję (w 52 r. p.n.e.), gdzie dosłownie zgniótł Galów, potwierdził swój wojskowy geniusz i zbudował imię do tego stopnia, że zapragnął władzy, a Napoleon Bonaparte pod Austerlitz (1805 r.) w bitwie trzech cesarzy pokazał swój taktyczny kunszt, rozbijając militarnie antyfrancuską koalicję. Czy Donald Trump miał swoją Gaugamelę, Alezję czy Austerlitz?
Przy wszystkich różnicach – zarówno personalnych jak i dziejowych – Donald Trump na swoje konto (rzecz jasna bez osobistego udziału w polu) może zapisać dwie zwycięskie wojny, gdzie przy dużym prawdopodobieństwie, to właśnie jego prywatny pogląd na wojnę, upór, ryzykanctwo i przebojowość doprowadziła do rozstrzygnięcia, które można traktować jako zwycięstwo.
Pierwszym, acz zapomnianym, frontem który warto wymienić jest wojna z tzw. Państwem Islamskim. Pierwsza kadencja Trumpa przypadła na lata 2017-2021. Trump odziedziczył po Baracku Obamie militarno-polityczną katastrofę na Bliskim Wschodzie i Afryce. Od 2011 roku trwała wojna domowa w Syrii, która na fali popieranej przez Obamę tzw. Wiosny Arabskiej, zamieniła się w rzeź (pół miliona zabitych Syryjczyków) i na domiar złego zamiast opozycji demokratycznej, w krajach regionu ulicę przejmowali dżihadyści.
Mosul – drugie największe miasto w Iraku – padło przez ofensywę mniej niż 2 tysięcy dżihadystów, przyszłych budowniczych tzw. Państwa Islamskiego – zbrodniczego tworu który pojawił się na części terytorium Syrii oraz Iraku. Miasta miało bronić 30 tysięcy irackich żołnierzy i funkcjonariuszy – tych, których Amerykanie latami szkolili, by zabezpieczyli kraj. Problem w tym, że uciekli. To klęska i Bagdadu i Waszyngtonu. Zmiana administracji w USA na trumpistowską faktycznie dała impuls do przełomu w wojnie przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu. Donald Trump powiedział wprost, że kończy z programem dozbrajania oddziałów syryjskiej opozycji pod parasolem Wolnej Armii Syrii (WAS).
Za pretekst uznano film z dekapitacji nastolatka, który Trump miał obejrzeć, a co miało być dziełem oddziału Nour al-Din al-Zenki. Problem był szerszy – Amerykanie bali się, że oddziały które szkolą i finansują, z ich bronią, przejdą na stronę dżihadystycznych formacji. Do tego nie odnosili wojskowych i politycznych sukcesów w kraju – po prostu przegrywając wojnę. Co zrobił Trump? Postawił na Kurdów z Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF) dając im wsparcie lotnicze i logistyczne, a stawiając przed nimi jeden cel – pokonanie tzw. Państwa Islamskiego, co z kurdyjskiej strony frontu nastąpiło w październiku 2017 roku, gdy padła Rakka – nieformalna stolica ISIS. Wcześniej, bo w lipcu 2017 roku odbito iracki Mosul.
Aby tego dokonać amerykańska administracja musiała pogodzić etniczne antagonizmy w irackich i kurdyjskich szeregach (wspólna ofensywa), oraz państwa regionu (interesy Turcji). Przy tym Trump wojnę prowadził tak, że Amerykanie sądzili, że w żadnej wojnie nie uczestniczą, a amerykańskich żołnierzy widziałem tam na własne oczy. Terytorialna wojna z tzw. Państwem Islamskim de facto zakończyła się w 2019 roku. W tym roku Trump wydał także rozkaz do zabicia samozwańczego kalifa – Abu Bakra al-Baghdadiego, który „zginął jak pies” – jak sam stwierdził amerykański polityk. Dobicie terytorialne i strukturalne ISIS idzie na konto Trumpa.
Po latach wahadła, gdzie administracja Obamy balansowała bez wyraźnego celu, między zwiększaniem zaangażowania, a jego zmniejszaniem, na Bliskim Wschodzie, fatalnej koncepcji „Wiosny Arabskiej” i nieustannym poszukiwaniem Osamy bin Ladena, okazało się że z relatywnie małym zaangażowaniem militarnym (w porównaniu do poprzednich) da się wygrać wojnę na Bliskim Wschodzie. To, że potem sam Trump zmarnotrawił ten kapitał, naciskając Kurdów z SDF zemści się na nim w 2026 roku, bo zabraknie mu siły lądowej w Iranie. Gdzie jeszcze zwyciężył Trump?
Oczywistym wydaje się także operacja militarna przeciwko Wenezueli z początku 2026 roku. Warto wspomnieć o „Absolute Resolve”, ponieważ była to ryzykancka interwencja militarna, która doprowadziła do szybkiego przełomu – porwano dyktatora Nicolasa Maduro, obnażając słabość reżimu wenezuelskiego i siłę militarną USA. Co ciekawe, wojskowi urzędnicy są skłonni do zachowawczości, więc wiele wskazuje na to, że był to autorski pomysł Trumpa, by dać zielone światło dla tak spektakularnej operacji. Na pewno – przy wielu głosach przeciw. Na wojnie nic nie jest pewne, więc nawet jeśli CIA miała informacje, że reżim nie będzie bronił Maduro, to nigdy nie można było wykluczyć powtórki z bitwy w somalijskim Mogadiszu (1993 r.) i spadającego Black Hawka.
I gdy wydawało się, że za kilka miesięcy podobny spektakularny sukces Donald Trump będzie miał na Kubie, rozpoczęła się „Epicka Furia” na irańskim niebie. I w tym przypadku miało dojść do szybkiego przełomu, ale nie doszło. I to co w Wenezueli było atutem Donalda Trumpa – niecierpliwość i ryzykanctwo, tak na Bliskim Wschodzie okazało się zgubą i poczuciem opinii publicznej, że Trump wepchnął USA do niepotrzebnej wojny bez wyjścia.
Jeżeli „The Atlantic” stawia właściwą tezę i Trump chce kroczyć szlakiem Aleksandra, Juliusza i Napoleona, to oznacza więcej działań zbrojnych. Cezaryzm potrzebuje poparcia mas, a Trump te masy stracił, bo Amerykanie nie popierają wojny, więc – choć nikt z nas nie ma szklanej kuli – Trump będzie dążył do rozstrzygnięcia. Tym ma być, z pewnością, blokada blokady Cieśniny Ormuz. Iran nie ma zdolność do magazynowania niewysłanej ropy naftowej, więc obecnie ryzykuje upadkiem swojej gospodarki.
Trump nie powiedział ostatniego słowa, bo będzie chciał odzyskać to społeczne poparcie, a do tego jest potrzebny choćby pozór zwycięstwa. Nie jest wykluczona inna akcja, np. na Kubie. Przy czym pamiętajmy, że działania te nie są sprzeczne z założeniami Pentagonu, bo dotyczą amerykańskiej granicy (doktryna „Donroe”) albo strategicznych surowców. Trump ma więc czym przekonywać swoją administrację do takich działań. A głupotę od odwagi różni na koniec rezultat działań.




WIDEO: Trumpolog: blokada Ormuzu się nie uda | Premier Tusk w Korei Płd | Defence24Week #156