- OPINIA
- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
Przeszłość, która nie zniknie
Autor. Wikimedia Commons
Rocznica krwawej niedzieli to dzień trudny nie tylko dla każdego, kto śledzi zarówno wydarzenia na wschodzie, jak i relacje polsko-ukraińskie. To też data pokazująca, że wbrew pewnym narracjom historia cały czas jest żywa, polityka historyczna nie jest tylko sloganem, a niezabliźnione rany będą rzutować na współczesne relacje. Nie inaczej jest z dzisiejszym dniem, jak i ludobójstwem dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach, ale też Żydach i samych Ukraińcach.
Krwawa niedziela
11 lipca 1943 roku na Wołyniu rozpoczęła się jedna z najczarniejszych kart w dziejach stosunków polsko-ukraińskich. To nie był wybuch spontanicznej nienawiści, nie była to „wojna domowa” ani „obustronna walka”. To było zaplanowane ludobójstwo – operacja mająca na celu całkowite usunięcie polskiej ludności z terenów, które ukraińscy nacjonaliści uznali za „swoje”.
„Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. (…) Przy odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat. (…) Tej walki nie możemy przegrać i za każdą cenę trzeba osłabić polskie siły. Leśne wsie oraz wioski położone obok leśnych masywów powinny zniknąć z powierzchni ziemi” – tak brzmiał rozkaz Dmytro Klaczkiwskiego (znanego też jako Kłym Sawur) z 24 czerwca 1943 roku.
W ciągu kilku dni oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii zaatakowały setki polskich wsi. Mordowano mężczyzn, kobiety, dzieci, starców. Nie oszczędzano nikogo. Metody były okrutne: siekiery, piły, widły, łańcuchy, bagnety, gwoździe wbijane w czaszki, wydłubywanie oczu, odcinanie języków, przybijanie języków dzieci do stołów, ściąganie skóry, palenie żywcem w stodołach. To wydarzenia i metody, których nie da się po prostu wymazać, a o których pisał chociażby Stanisław Srokowski – ocalały z tych wydarzeń.
Szacunki polskich historyków mówią o ponad 100 tysiącach zamordowanych Polaków (w tym także Żydów i Ukraińców, którzy odmówili udziału w czystkach). Sprawców było – w zależności od źródeł – od 30 do 45 tysięcy. Na Wołyniu i w Galicji Wschodniej mieszkało wówczas około 5 milionów Ukraińców. To nie był „każdy Ukrainiec z siekierą”. To była zbrodnia konkretnej organizacji – frakcji banderowskiej OUN i podporządkowanej jej UPA.
Radykalizm wziął górę
Warto też przypomnieć, że pierwotna Sicze Poleska Tarasa Boroweća (nazywana też Ukraińską Powstańczą Armią) nie zakładała czystek etnicznych wobec Polaków. To frakcja banderowska, która zawłaszczyła nazwę i radykalizowała przekaz, wprowadziła ideologię eliminacji. Stepan Bandera od 1941 roku siedział w Sachsenhausen, więc nie brał bezpośredniego udziału w mordach. Za organizację odpowiadali Roman Szuchewycz i Dmytro Klaczkiwski. Ale Bandera był ojcem ideologii, która tę zbrodnię umożliwiła – ideologii nacjonalizmu wykluczającego, w której Polak nie miał prawa istnieć na „ukraińskiej ziemi”. Strona ukraińska do dziś relatywizuje ten mord, określając go jako „straszne wydarzenia”, „walka obustronna”, „partyzantka komunistyczna”. Usprawiedliwia to też przedwojenną polityką Polski wobec mniejszości ukraińskiej czy rzekomą współpracą Polaków z Niemcami i Sowietami.
Czy strona polska też była bez winy? Oczywiście, że nie, i to także należy mówić otwarcie. Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie odpowiadały odwetami. Najgłośniejsza z nich to zbrodnia w Sahryniu (9–10 marca 1944). Wspierane przez miejscową ludność oddziały AK i BCh zamordowały setki ukraińskich cywilów – według IPN od 150 do 300 osób, według prof. Igora Hałagidy co najmniej 606 znanych z nazwiska w samym Sahryniu i okolicach, a w całym powiecie hrubieszowskim nawet ponad 1200 ofiar. Te zbrodnie też były haniebne i trzeba o nich pamiętać. Ale skala była nieporównywalna i nie może stanowić żadnego znacznika równości między jednymi a drugimi.
Nie ma przyszłości bez prawdy o przeszłości
Dzisiaj, w 2026 roku, te wydarzenia nie są tylko historią. Są żywą raną w relacjach polsko-ukraińskich, szczególnie w kontekście trwającej od 2022 roku rosyjskiej agresji na Ukrainę. Polska udzieliła Ukrainie bezprecedensowego wsparcia – militarnego, humanitarnego, politycznego. Setki tysięcy Ukraińców znalazły schronienie w Polsce.
Zobacz też

A jednak historia nie daje się wymazać. W ostatnich miesiącach napięcia wyraźnie wzrosły. Decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej nazwy „Bohaterów UPA”, gloryfikacja Stepana Bandery i Romana Szuchewycza w oficjalnej ukraińskiej narracji, opór wobec ekshumacji ofiar – wszystko to budzi w Polsce uzasadniony sprzeciw.
Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy, stwierdził niedawno, że punkt kulminacyjny napięć nadejdzie wkrótce i nie ma w tym tajemnicy – 11 lipca, czyli dziś, przypada rocznica „tragedii wołyńskiej”, a strona polska przygotowuje działania, które doprowadzą do eskalacji. Porównał przy tym polskie „ultimatum” do rosyjskiego. W jednym miał rację: konflikt o historię jest nieunikniony, jeśli Ukraina będzie brnąć w narrację czczącą sprawców ludobójstwa.
Polskie społeczeństwo – niezależnie od opcji politycznych – nie zaakceptuje relatywizacji Wołynia. Pamięć o setkach tysięcy zamordowanych rodaków, o bestialstwie, o tym, że całe wsie przestały istnieć, jest zbyt silna. Polska nie może i nie powinna uzależniać pomocy dla walczącej Ukrainy od historycznych rozliczeń – to byłoby cyniczne wobec ludzi ginących dziś na froncie. Ale nie może też budować strategicznego partnerstwa na kłamstwie lub półprawdach o przeszłości.
Prawdziwe porozumienie polsko-ukraińskie jest możliwe tylko na fundamencie prawdy. Ukraińcy mają prawo do swojej walki o niepodległość, do czczenia własnych bohaterów. Nie mają prawa gloryfikować ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo na Polakach i innych nacjach. Polacy mają prawo – i obowiązek – domagać się ekshumacji, godnego pochówku ofiar i jasnego nazwania zbrodni po imieniu. Bez tego rana będzie się jątrzyć, a stosunki pozostaną transakcyjne, pełne nieufności, a każde spięcie na linii historycznej będzie skutecznie wykorzystywane przez aktorów zewnętrznych.
Sam Kijów powinien również przejść pewną refleksję przez pryzmat ostatnich dni. Kwestia OUN-UPA i czczenia jego liderów nie została przemilczana, czy zaakceptowana przez inne państwa zachodnie. Wręcz przeciwnie, a głosy oburzenia pojawiły się od Izraela, przez Stany Zjednoczone po członków Unii Europejskiej i sam Parlament Europejski. To już nie jest problem wyłącznie „polskiej interpretacji historii”. To kwestia fundamentalna dla tego, czy Ukraina jest w stanie rozliczyć się ze swoją historią.
Wołyń to nie jest „polski problem” ani „ukraiński problem”. To wspólny problem dwóch narodów, które nadal wiele dzieli, ale też wiele łączy. Wspólna historia Kresów, wspólna walka z Rosją oraz dalsze możliwości współpracy na wielu obszarach. Ale przyszłość nie może być budowana na selektywnej amnezji. 11 lipca nie jest dniem zemsty. Jest dniem pamięci. Dniem prawdy i dniem pytania, czy jesteśmy w stanie spojrzeć sobie w oczy – Polacy i Ukraińcy – bez kłamstwa i bez relatywizacji.




