Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • POLECANE
  • KOMENTARZ

„Operacja polska”: 111 tys. zamordowanych przez Rosjan, których prawie się nie pamięta

Zwłoki ofiar mordu w Winnicy ekshumowane przez okupanta niemieckiego w 1943
Zwłoki ofiar mordu w Winnicy ekshumowane przez okupanta niemieckiego w 1943 roku.
Autor. Ukrainian Publication of the Ukrainian American Youth Association, Inc. New York. 1951/Wikipedia

O Wołyniu spieramy się z Ukrainą niemal bez przerwy. Katyń pozostaje jednym z fundamentów polskiej pamięci historycznej. Tymczasem jedna z największych zbrodni popełnionych na Polakach w XX wieku wciąż funkcjonuje na marginesie świadomości społecznej.

W latach 1937–1938 NKWD skazało na śmierć ponad 111 tys. ludzi w ramach „operacji polskiej” – akcji wymierzonej przede wszystkim w polską ludność Związku Sowieckiego. Ginęli dlatego, że byli Polakami albo za Polaków ich uznano. Zbrodnia była liczebnie około pięciu razy większa od Katynia i mieści się w tym samym rzędzie wielkości co mordy OUN-UPA na polskiej ludności Kresów. A jednak nie ma porównywalnego miejsca w narodowej pamięci. To historyczna luka, która jest dziś szczególnie wygodna dla Rosji: Moskwa z upodobaniem przypomina Polakom zbrodnie ukraińskich nacjonalistów, jednocześnie coraz bardziej marginalizując pamięć o ofiarach własnego sowieckiego aparatu terroru. Wołyń jest prawdą. Ale prawdą jest również 111 tysięcy ludzi rozstrzelanych przez NKWD. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś chce, żebyśmy pamiętali tylko o pierwszych.

Reklama

Zginęli, bo byli Polakami

11 sierpnia 1937 roku ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRS Nikołaj Jeżow podpisał rozkaz operacyjny NKWD nr 00485. Formalnie miał on służyć likwidacji rzekomych polskich siatek szpiegowsko-dywersyjnych i struktur Polskiej Organizacji Wojskowej. W praktyce „POW” stała się konstrukcją pozwalającą uznać ogromną część polskiej społeczności w Związku Sowieckim za potencjalną piątą kolumnę.

Jak podaje portal „Operacja polska” oraz materiały Instytutu Pamięci Narodowej, w ramach operacji represjonowano według najczęściej przyjmowanych danych 139 835 osób, a 111 091 skazano na śmierć. Centrum Mieroszewskiego, które prowadzi badania nad dokumentacją zbrodni, wskazuje dziś na ponad 144 tys. represjonowanych, przy czym ponad 111 tys. zamordowanych pozostaje bezpiecznym minimum. Zdecydowaną większość ofiar stanowili Polacy, choć represje dotknęły również osoby innych narodowości podejrzewane o związki z Polską. Z tej racji antypolski i narodowościowy charakter zbrodni nie budzi jednak poważnych wątpliwości. Polacy byli represjonowani niewspółmiernie częściej niż przeciętny obywatel ZSRS, a operacja była najbardziej krwawą spośród stalinowskich operacji narodowościowych. Sejm w uchwale z 2009 roku mówił o ludobójstwie, a Senat w 2017 roku określił ją jako akcję eksterminacyjną wymierzoną w Polaków. Adam Lityński w analizie opublikowanej w „Studia Iuridica Lublinensia” wskazywał na ludobójczy charakter tej operacji.

Mechanizm represji pokazuje, że nie chodziło wyłącznie o likwidację pojedynczych ludzi. Cztery dni po rozkazie 00485 Jeżow wydał rozkaz nr 00486 dotyczący rodzin skazanych „zdrajców ojczyzny”. Represje obejmowały żony, dzieci i innych członków rodzin. Kobiety aresztowano lub deportowano, dzieci odbierano rodzicom, część trafiała do sowieckich domów dziecka. Konfiskowano majątek, rodziny wysyłano do Kazachstanu i na Syberię.

Było to uderzenie nie tylko w jednostkę, ale w zdolność całej polskiej społeczności do biologicznego, kulturowego i rodzinnego trwania. Mężczyzna znikał nocą, kobieta mogła zostać deportowana, dzieci traciły rodzinę i język. Wieś pozbawiona znacznej części dorosłych mężczyzn przestawała funkcjonować jako wspólnota.

Katyń znamy. O pięciokrotnie większej zbrodni często nie wiemy nic

Zbrodnia katyńska pochłonęła blisko 22 tys. polskich jeńców wojennych i więźniów. Jest jednym z najważniejszych symboli polskiego doświadczenia XX wieku. Mamy cmentarze katyńskie, Muzeum Katyńskie, Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. Słowo „Katyń” rozumie praktycznie każdy Polak.

Tymczasem w „operacji polskiej” NKWD skazano na śmierć ponad 111 tys. osób – około pięciu razy więcej. Centrum Mieroszewskiego w materiale „Zapomniana zbrodnia. Operacja polska NKWD” zwraca uwagę właśnie na ten paradoks: mimo ogromnej skali zbrodni „operacja polska” pozostaje znacznie mniej obecna w świadomości społecznej niż Katyń. IPN określał ją jako jedno z najbardziej nieobecnych w polskiej pamięci ludobójstw XX wieku, a portal Dzieje.pl pisał o „narodzie ukaranym” za samo polskie pochodzenie.

Nie wynika to z mniejszej skali. Przeciwnie. Kluczem jest to, kim były ofiary i gdzie pozostały ich rodziny.

Po traktacie ryskim z 1921 roku poza wschodnią granicą II Rzeczypospolitej pozostało około 1,3–1,5 mln Polaków. Mieszkali przede wszystkim na sowieckiej Ukrainie i Białorusi, ale również w Rosji, na Syberii, Kaukazie i w Kazachstanie. To właśnie ta społeczność znalazła się później na celowniku stalinowskiego aparatu represji.

W przypadku Katynia rodziny oficerów w ogromnej części mieszkały w Polsce. Po wojnie mogły przekazywać pamięć dzieciom i wnukom, nawet jeżeli w PRL robiły to prywatnie i pod presją cenzury. Podobny mechanizm działał po rzezi wołyńskiej: setki tysięcy Polaków wypędzonych lub przesiedlonych z dawnych Kresów znalazły się po wojnie w granicach Polski. Przywozili ze sobą pamięć zamordowanych sąsiadów, spalonych wsi i rodzinnych grobów.

W przypadku „operacji polskiej” było inaczej. Zbrodni dokonano na społeczności znajdującej się już poza granicami Polski, a rodziny ofiar rozbito i rozrzucono wewnątrz Związku Sowieckiego. Część dzieci utraciła język, część kontakt z krewnymi, innych deportowano tysiące kilometrów dalej. Potomkowie części ofiar oczywiście mieszkają dziś w Polsce, ale ich społecznej obecności nie można porównywać z rodzinami katyńskimi czy kresowymi.

Transmisja pamięci została więc przerwana u źródła. W powojennej Polsce nie pojawiła się równie liczna społeczność, która mogłaby przez dziesięciolecia mówić:to był mój ojciec, mój dziadek, moja wieś.

Reklama

Zbrodnia bez jednego miejsca

Katyń ma jeszcze jedną przewagę w pamięci zbiorowej: jedno słowo stało się jednocześnie nazwą miejsca, zbrodni i symbolu.

„Operacja polska” została przeprowadzona na ogromnym obszarze Związku Sowieckiego. Ludzi rozstrzeliwano m.in. w Bykowni, Kuropatach, Butowie, Lewaszowie, Winnicy i Charkowie oraz w dziesiątkach mniej znanych miejsc. Zwłoki wrzucano do anonimowych dołów. Rodzinom często nie przekazywano prawdziwej informacji o wykonaniu wyroku ani miejscu pochówku.

Nie ma więc jednego lasu, jednego cmentarza czy jednego obrazu, który mógłby skupić pamięć całego narodu. Są tysiące nazwisk i setki miejsc.

Centrum Mieroszewskiego prowadzi bazę „Ofiary antypolskiego terroru w Związku Sowieckim 1934–1938”, zawierającą dziesiątki tysięcy nazwisk. Niemal dziewięćdziesiąt lat po zbrodni Polska nadal rekonstruuje listę własnych zamordowanych.

Wołyń i „operacja polska": podobna skala, zupełnie inna pamięć

Porównywanie ludobójstw wyłącznie przez liczbę zabitych byłoby błędem. Każda zbrodnia miała inny kontekst, sprawców i mechanizm. Liczb nie można jednak ignorować.

W przypadku ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Polakach najczęściej mówi się o ponad 150 tys. ofiar na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i innych obszarach. To ten sam rząd wielkości co „operacja polska” NKWD.

Różnica w społecznej rozpoznawalności jest jednak ogromna. Wołyń stał się przedmiotem sporów między państwami, debat o ekshumacjach, pomnikach, odpowiedzialności OUN-UPA i stosunku współczesnej Ukrainy do Bandery czy Szuchewycza. Jest stale obecny w Sejmie, mediach, kampaniach politycznych i internecie.

„Operacja polska” pozostaje w znacznie większym stopniu domeną historyków, IPN, Centrum Mieroszewskiego i rodzin szukających informacji o swoich bliskich.

To jedna z największych dysproporcji polskiej polityki pamięci.

Milczenie zaczęło się przed wojną

Nie wszystko można tłumaczyć PRL-em. Polacy pozostawieni po traktacie ryskim w ZSRS już w II Rzeczypospolitej znajdowali się na peryferiach zainteresowania opinii publicznej. Informacje z państwa sowieckiego docierały z trudem, a skala terroru pozostawała nieznana.

Po wojnie temat został praktycznie zamknięty. Polska znalazła się w sowieckiej strefie wpływów i nie mogła budować oficjalnej narracji o masowej zbrodni NKWD dokonanej na Polakach. Wielki Terror był przedstawiany najwyżej jako „błędy i wypaczenia”, nie jako element systemu komunistycznego.

Dopiero rozpad ZSRS i dostęp do archiwów pozwoliły stopniowo odtwarzać skalę operacji. Ogromną rolę odegrali rosyjski Memoriał, polscy historycy, IPN i badacze z Ukrainy oraz Białorusi. Powstały publikacje, wystawy, materiały edukacyjne, portal poświęcony „operacji polskiej” i bazy nazwisk.

Problem w tym, że pamięci zbiorowej nie tworzy sama uchwała parlamentu ani portal internetowy. Pamięć potrzebuje rodzin, miejsc, rytuałów i symboli. W tym przypadku większość z nich została wcześniej fizycznie zniszczona lub rozproszona.

Rosja chętnie mówi Polakom o UPA. Znacznie mniej chętnie o NKWD

W tym miejscu historia łączy się ze współczesną rosyjską wojną informacyjną.

Trzeba wyraźnie zaznaczyć: pamięć o Wołyniu nie jest rosyjską propagandą. Zbrodnie OUN-UPA są faktem historycznym. Polska ma pełne prawo domagać się ekshumacji, identyfikacji i godnego pochówku ofiar, a gloryfikowanie sprawców wymaga krytyki.

Rosja wykorzystuje jednak tę autentyczną ranę do własnych celów politycznych.

Rosyjskie instytucje państwowe, w tym FSB i media podporządkowane państwu, regularnie nagłaśniają dokumenty i materiały dotyczące zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Polakach. Przekaz jest politycznie użyteczny: ma podważać wiarygodność Ukrainy, wzmacniać historyczną nieufność Polaków i osłabiać polsko-ukraińskie relacje.

Najbardziej wymowny jest jednak kontrast. Gdy rosyjskie państwo eksponuje zbrodnie UPA, w samej Rosji przestrzeń dla pamięci o zbrodniach sowieckiego aparatu bezpieczeństwa jest ograniczana. Memoriał, organizacja fundamentalna dla dokumentowania Wielkiego Terroru i „operacji polskiej”, został zlikwidowany, a następnie uznany przez rosyjskie władze za strukturę „ekstremistyczną”; decyzję tę krytykowała m.in. Amnesty International.

W Lewaszowie pod Petersburgiem znajdował się pomnik„Pamięci Polaków – ofiar masowych represji rozstrzelanych w latach 1937–1938”. Został usunięty.

Ten kontrast mówi więcej niż deklaracje. Rosyjskie państwo przypomina Polakom o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów, a równocześnie ogranicza pamięć o Polakach zamordowanych przez własny aparat bezpieczeństwa.

Czy Kreml mówi o Wołyniu, żeby przykryć „operację polską”?

Nie ma publicznie znanego dokumentu Kremla czy FSB nakazującego wprost: nagłaśniajcie Wołyń, aby Polacy mniej pamiętali o „operacji polskiej”. Takiej zależności nie można przedstawiać jako udowodnionego faktu. Można jednak obserwować logikę i efekt rosyjskiej polityki pamięci.

Wołyń jest dla Moskwy tematem niezwykle wygodnym, bo jednocześnie uderza w Ukrainę i w polsko-ukraińskie relacje. „Operacja polska” jest dla rosyjskiej polityki historycznej tematem niewygodnym, ponieważ prowadzi bezpośrednio do NKWD, Wielkiego Terroru i stalinowskiego aparatu państwowego.

Dlatego można mówić o mechanizmie selektywnego eksponowania historii. Polak ma pamiętać o zbrodniach dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów, natomiast zdecydowanie rzadziej ma być konfrontowany z faktem, że kilka lat przed Katyniem państwo sowieckie przeprowadziło masową, narodowościową operację represyjną skierowaną przeciw Polakom.

Najskuteczniejsza propaganda nie zawsze polega na kłamstwie. Często polega na wyborze prawdziwych faktów i ułożeniu ich tak, aby odbiorca widział tylko jedną część historii.

Reklama

Brakujący rozdział polskiej pamięci

W polskiej pamięci XX wieku istnieją symbole powszechnie rozpoznawalne. Auschwitz oznacza niemieckie ludobójstwo. Katyń – sowiecki mord na polskich elitach. Wołyń – ludobójczą czystkę dokonaną przez ukraińskich nacjonalistów. Sybir – deportacje i represje.

Brakuje jednego równie mocnego słowa: „operacja polska”.

Nie jako konkurencji dla Katynia czy Wołynia. Pamięć nie jest grą o sumie zerowej. Prawda o mordach UPA nie staje się mniej ważna dlatego, że przypomina się zbrodnie NKWD. Katyń nie traci znaczenia dlatego, że kilka lat wcześniej sowiecki aparat bezpieczeństwa zamordował wielokrotnie więcej ludzi w ramach innej operacji.

Chodzi o przywrócenie proporcji

W latach 1937–1938 aparat Związku Sowieckiego przeprowadził operację, której ofiarą można było zostać dlatego, że miało się polskie nazwisko, polskie pochodzenie, związki z polską kulturą albo po prostu zostało się uznanym za element podejrzanej narodowościowo społeczności. Ponad 111 tys. osób skazano na śmierć, dziesiątki tysięcy kolejnych poddano represjom, rodziny rozbito, dzieci odbierano, a miejsca egzekucji ukrywano.

To częściowo tłumaczy, dlaczego pamięć o tej zbrodni nie wróciła po wojnie do Polski razem z ocalałymi.

W Katyniu zamordowano ludzi, których rodziny czekały w Warszawie, Krakowie, Lublinie czy Poznaniu. Z Wołynia ocaleni trafiali po wojnie do Wrocławia, Opola, Gdańska czy Olsztyna i przez dziesięciolecia opowiadali dzieciom, skąd przyjechali.

Po „operacji polskiej” wielu tych, którzy mogliby opowiadać, pozostało pod władzą państwa, które zamordowało ich bliskich – w sowieckiej Ukrainie, Białorusi, Rosji, Kazachstanie i na Syberii.

Dlatego zbrodnia o skali porównywalnej z najważniejszymi polskimi tragediami XX wieku mogła przez dziesięciolecia pozostać niemal niewidoczna.

I właśnie dlatego dziś warto o niej mówić szczególnie głośno. Nie po to, aby relatywizować Wołyń, który był okrutnym ludobójstwem, lecz aby nie pozwalać nikomu – także Rosji – wybierać za Polaków, które polskie ofiary zasługują na pamięć, a które mają pozostać w anonimowych dołach NKWD. To, że jednych mordowano siekierami i widłami, a drugim strzelano w tył głowy, nie ma znaczenia.

Reklama

Wybrane okazje dla Ciebie

Reklama
Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować