Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WYWIADY

Kulisy starań o obecność USA w Polsce. Szatkowski ujawnia [WYWIAD]

„Choć bezpieczeństwo Polski powinno opierać się przede wszystkim na naszych własnych zdolnościach – do czego jestem mocno przywiązany i co odzwierciedlały prace nad Strategicznym Przeglądem Obronnym – to obecność USA ma kolosalne znaczenie strategiczne” – powiedział w rozmowie z Defence24 Tomasz Szatkowski, były ambasador RP przy kwaterze głównej NATO.

Tomasz Szatkowski
Tomasz Szatkowski podczas konferencji Defence24 Days 2026
Autor. Defence24.pl

Co wiemy na temat obecności wojsk USA w Polsce? Czy Pentagon zdecydował się na najprostszy ruch? Czy polskie władze mogły zachować się lepiej? Czy sytuacja jest jeszcze do naprawienia? Odpowiedzi na te i inne pytania przeczytamy w rozmowie red. Michała Górskiego z Tomaszem Szatkowskim, byłym ambasadorem RP przy kwaterze głównej NATO.

Michał Górski (Defence24.pl): Panie Ambasadorze, jak z Pańskiej perspektywy wygląda dzisiejsza sytuacja związana z obecnością wojskową Stanów Zjednoczonych w naszym regionie?

Tomasz Szatkowski, były ambasador RP przy Kwaterze Głównej NATO: Obecne priorytety Waszyngtonu są jasne – na pierwszym miejscu znajduje się Pacyfik, a ostatnio doszło do tego bezpieczeństwo półkuli zachodniej. Było to zresztą komunikowane w amerykańskich strategiach obronnych. Drugą sprawą jest fakt, że z punktu widzenia Pentagonu najłatwiej i najszybciej redukuje się rotacje wojsk. Na to wszystko nakłada się jednak kluczowy aspekt polityczny: chęć przekazania sygnału, że nagradzani są ci sojusznicy, którzy postępują zgodnie z oczekiwaniami, czyli wydają realne środki na obronność i budują własne zdolności.

W tym kontekście pojawia się pytanie o mechanizm „karania” innych – czego wyrazem były komunikaty o uszczupleniu sił USA w Niemczech o 5 tysięcy żołnierzy. Co ciekawe, decyzja o skasowaniu rotacji na wschodnią flankę bywa sprzeczna z logiką nagradzania prymusów. Polska jest przecież głównym hubem dla tych rotacji.

W tym miejscu uwypukla się napięcie pomiędzy tym, czego oczekuje szczebel polityczny w USA, a tym, do czego dąży szczebel wojskowy. Wojskowi często kierują się sprawnością logistyczną oraz własnym komfortem. Widzimy to chociażby w wypowiedziach generała Bena Hodgesa, który ze względu na mentalne związki z Niemcami bronił dotychczasowej obecności sił USA w tym kraju, gdzie całe pokolenia żołnierzy funkcjonowały wraz z rodzinami. Z drugiej strony szczebel polityczny ma oczekiwania strategiczne i chce, aby wojska były pozycjonowane bliżej zagrożenia w celu podnoszenia gotowości. Amerykańscy wojskowi najchętniej widzą swoje oddziały blisko zagrożenia, ale nie na samej linii frontu – traktują je raczej jako drugi rzut, który ma reagować dopiero w razie konkretnego wydarzenia. Dochodzi do tego wspomniany argument polityczny, czyli wyróżnianie bądź niewyróżnianie krajów ze względu na linię pozawojskową.

Czego zatem zabrakło z naszej strony?

Jako człowiek, który prowadził rozmowy ze stroną amerykańską w sprawie wzmocnienia wschodniej flanki NATO w Polsce od końca 2015 roku aż do lat 2023–2024, wiem, że kluczem jest ciągły dialog i koordynacja przekazu na różnych szczeblach. Wynika to z faktu, że w USA stykamy się z różnymi grupami interesów. Do dyspozycji mamy kanały wojskowe, administracyjne oraz dialog z Kongresem. Te bardzo dobre relacje z Kongresem sami często wykorzystywaliśmy, a wiem, że tego zabrakło po polskiej stronie w ostatnich latach.

Choć bezpieczeństwo Polski powinno opierać się przede wszystkim na naszych własnych zdolnościach – do czego jestem mocno przywiązany i co odzwierciedlały prace nad Strategicznym Przeglądem Obronnym – to obecność amerykańska ma kolosalne znaczenie strategiczne. Przekłada się ona chociażby na klimat dla biznesu i ogólne postrzeganie naszego kraju. O to trzeba zabiegać niezwykle aktywnie.

Reklama

Jak więc wyglądała sytuacja, gdy przygotowywano się do ustanowienia trwałej obecności wojsk USA w Polsce?

W samym tylko 2018 roku, jako wiceminister odpowiedzialny między innymi za kontakty międzynarodowe, byłem w Waszyngtonie dziesięć razy. Rozmawialiśmy ze wszystkimi kluczowymi ośrodkami: Białym Domem, Departamentem Stanu, Departamentem Obrony i jego agendami, Kongresem, think tankami oraz przemysłem i różnego rodzaju lobby. Sam ówczesny minister obrony Mariusz Błaszczak bywał tam trzy lub cztery razy w ciągu roku, co w koordynacji z działaniami Prezydenta Andrzeja Dudy otworzyło drogę do intensywnych negocjacji.

Dziś sytuacja wygląda inaczej i docierają do nas bardzo niespójne sygnały. Z jednej strony mamy Prezydenta Karola Nawrockiego, który jest bardzo dobrze odbierany w Białym Domu, i który uzyskał w ten sposób bardzo ważne deklaracje Prezydenta Trumpa odnośnie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. Z drugiej strony mamy premiera Donalda Tuska, który co chwilę wysyła komunikaty sugerujące, że nie warto polegać na Stanach Zjednoczonych. Premier nie ma tam zbudowanych relacji, co w Waszyngtonie – również w Pentagonie – jest postrzegane jako element niechętny. Znam to z pytań, które zadawano mi w USA.

Kosiniak Kamysz Hegseth
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz i sekretarz wojny USA Pete Hegseth
Autor. SA Spencer Hopkins/US DoD

W rządzie jest też i wicepremier, minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz. Być może stara się dbać o pozytywny klimat w relacjach z Amerykanami, ale jest tylko junior partnerem w tej koalicji, i jego deklaracje nie przekładają się na intensywne działania. Nawet w samym MON panuje w tym względzie inercja, jeśli porównamy obecne działania do czasów ministrów Macierewicza i Błaszczaka. Do tego istniały także specjalne międzyresortowe zespoły, których zadaniem było udrożnienie wszelkich kwestii pozostających poza kompetencjami MON, a które mogły się przełożyć na ułatwienie obecności sojuszniczej w naszym kraju. Gdybyśmy w przeszłości poprzestawali na samych deklaracjach, to nic z tej obecności by nie wyszło. To wymaga stałego procesu i ciężkiej pracy.

A jak w takim razie wygląda to ze strony Pałacu Prezydenckiego? Czy tu nie powinno być większej aktywności?

Z moich informacji wynika, że po deklaracjach z końca lata ubiegłego roku, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego chciało koordynować dalsze działania, jednak ze strony MON popłynął sygnał, że to wyłączna sprawa resortu obrony. MON ma oczywiście wszelkie instrumenty, by to robić. Rzeczywiście, Prezydent może otworzyć drzwi, wykonanie jednak konkretnej pracy, aby te intencje wdrożyć w życie, leży po stronie rządowej. Rozmawiałem z amerykańskimi uczestnikami tego procesu i wiem, że zabrakło tzw. follow-upu, czyli wdrożenia ustaleń. Resort obrony zastrzegł sprawę dla siebie, ale implementacji nie było. Poprzestano na rutynowych kontaktach, co oznacza oddanie spraw wewnętrznej dynamice w Pentagonie.

W efekcie amerykańscy wojskowi przeprowadzili to tak, jak im było najwygodniej. Sprawę oddano inercji, a czynnikiem sprzyjającym takiemu wygodnemu dla wojskowych rozwiązaniu były wypowiedzi premiera Tuska. W przeszłości wykorzystywaliśmy presję polityczną Białego Domu czy Kongresu, by równoważyć zachowawcze tendencje w Pentagonie. Udawało nam się proaktywnie wpływać na procesy decyzyjne w Departamencie Obrony. Teraz tej presji zabrakło. W efekcie musimy reagować na negatywne, już podjęte decyzje.

Co w takim razie możemy zrobić w tym momencie?

Dzisiaj znaleźliśmy się w trudnym położeniu, bo Pentagon wykonał najłatwiejszy dla siebie ruch, czyli skasował rotację. Żeby teraz to odwrócić i wyrównać straty, musielibyśmy zacząć aktywnie zabiegać o przeniesienie do Polski brygady stacjonującej w Niemczech. To znacznie trudniejsze zadanie. Wojska rotacyjne operowały bez rodzin i całego zaplecza logistycznego. Nasza dotychczasowa bierność zmusza nas teraz do wejścia na kurs kolizyjny z Niemcami, ponieważ musielibyśmy lobbować za przeniesieniem do nas ich stałego elementu (tzw. second card).

Taka stała obecność wymagałaby dodatkowo kilku lat przygotowań infrastrukturalnych. Aby ten proces powiódł się, potrzebny jest potężny motor napędowy – nie tylko w MON, gdzie dotąd nie widziałem wystarczającej energii, ale wewnątrz całego rządu. Czy premier Donald Tusk zmusi ministrów środowiska i innych resortów do natychmiastowych inwestycji i skracania procedur, by przyspieszyć przyjęcie wojsk USA? Szczerze mówiąc, nie sądzę. Myślę, że skończy się raczej na próbach tłumaczenia w kraju, że to wina Amerykanów i dowód na to, że nie można na nich polegać.

Reklama

Reasumując, można stwierdzić, że strona polska uznała relacje z USA za tak dobre, że nie wymagają one już dalszych starań, przez co sprawa została po prostu przespana?

Myślę, że nie. To znaczy nie sądzę, aby na poziomie całego rządu – od prezydenta po premiera – istniała jednolita świadomość, że to jest kluczowa kwestia polityczna. Moim zdaniem zabrakło tam właśnie tej świadomości. Uznano po prostu, że „Amerykanie są”, więc prawdopodobnie liczono, że nic złego się nie wydarzy. Rzeczywistość okazała się jednak inna.

Zapytam szerzej, wychodząc poza polskie podwórko. Czy zapowiedź wycofania 5 tysięcy żołnierzy z Niemiec oraz skasowanie rotacji w Polsce mogą być sygnałem głębszego trendu? Wiemy, jakie są priorytety amerykańskich strategii obronnych, ale czy nie jest to przypadkiem forma jakiegoś porozumienia Donalda Trumpa z Władimirem Putinem, na mocy którego Amerykanie odpuszczają wschodnią flankę? Czy to zbyt daleko idące wnioski?

Pewne ruchy i otwartość na poszukiwanie nowegomodus vivendi z Rosją były widoczne raczej w pierwszych miesiącach administracji Joe Bidena. Padło wtedy wiele ostrych słów pod adresem Putina, ale decyzje polityczne szły w inną stronę. Zaczęło się od bardzo szybkiej decyzji o przedłużeniu traktatu New START, który administracja Trumpa długo blokowała. Ekipa Trumpa nie była zresztą tak przywiązana do starego konceptu zarządzania relacjami z Rosją przez NATO. To administracja demokratyczna myślała bardziej kategoriami dawnego układu sił mocarstw i patrzyła na wschodnią flankę z góry.

Warto przypomnieć sytuację z czerwca 2021 roku. Państwa wschodniej flanki, w tym kraje bałtyckie, musiały wtedy wysyłać bardzo dramatyczne sygnały, ponieważ Amerykanie zaangażowali się w rozmowy z Rosją całkowicie bez naszego udziału. Odpuścili wówczas sprawę pierwszego kryzysu wokół koncentracji wojsk przy Ukrainie oraz poszli na kompromis w sprawie Nord Stream 2. To był symboliczny, polityczny sygnał przyzwalający na swego rodzaju „koncert mocarstw” kosztem Europy Wschodniej.

Z tego typu myśleniem w obecnej administracji Trumpa jeszcze się nie spotkałem. Oczywiście takie idee mogą się narodzić w jej części określanej jako realistyczna – choćby wokół wiceprezydenta JD Vance’a – ale do tej pory się nie pojawiły. Nie mamy dziś twardych przesłanek, by twierdzić, że wschodnia flanka zostanie odpuszczona. Ta administracja jest gotowa do rozmów z Rosją, ale z pozycji siły i odstraszania. Takie jest moje doświadczenie.

Czołgiści z 1. Brygady Pancernej w Fort Benning.
Polscy czołgiści z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej, w trakcie zawodów The Sullivan Cup w Fort Benning, Georgia, USA.
Autor. 1. Warszawska Brygada Pancerna/https://x.com/1WBPanc/status/2047533410218860966

Jest jeszcze kwestia techniczna związana z 1. Dywizją Kawalerii. Czy rezygnacja z tej rotacji właśnie teraz to wynik naturalnego zbiegu okoliczności, czy jednak proces ten został przyspieszony politycznie?

Nie jestem w stanie jednoznacznie tego rozsądzić. Podejrzewam, że amerykańscy wojskowi, widząc nacisk polityczny na redukcję stanów osobowych w Europie, postanowili rozegrać to po swojemu – w sposób, który najbardziej im odpowiada. Zamiast realizować trudne politycznie plany „karania” Niemiec poprzez uciążliwe przenoszenie jednostek wraz z rodzinami do Polski lub z powrotem na kontynent amerykański, uznali, że najwygodniej i najtaniej będzie po prostu skasować rotację w Polsce. To optymalne rozwiązanie dla biurokracji wojskowej. Z drugiej strony mamy przecież dużą redukcję liczby brygad pancernych Gwardii Narodowej USA, która pozostawia swój ciężki sprzęt na miejscu w Europie.

Czy rezygnacja z rotacji oznacza automatycznie, że Amerykanie zabiorą część swojego sprzętu? Jak to wygląda od strony logistycznej? Chodzi mi m.in. o transportery Stryker i komponent pancerny.

Sprawa Strykerów i ciężkiego sprzętu pancernego to dwie różne kwestie. Szczerze mówiąc, nie do końca rozumiem obecny ruch ze Strykerami. 2. Pułk Kawalerii (stacjonujący w Niemczech) nie pojawiał się dotychczas na liście jednostek wyznaczonych do przekształcenia w tzw. Mobile Brigade Combat Teams. Można było zakładać, że platforma Stryker – modernizowana przecież w ostatnich latach – pozostanie ich głównym uzbrojeniem. Nie wiem więc, skąd dokładnie wziął się ten pomysł. Czy rzeczywiście planowane jest przekształcenie 2. Pułku Kawalerii w jeszcze lżejszą jednostkę, czy chodzi o relokację innych zestawów Stryker? Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Reklama

Jeśli zaś chodzi o sprzęt pancerny, to każda z rotujących się dotychczas brygad przywoziła do Polski swój własny park sprzętu. Czym innym są amerykańskie magazyny uzbrojenia rozmieszczone w Europie (APS), gdzie zdeponowany jest sprzęt dla co najmniej jednej ciężkiej brygady. Obawiam się jednak, że przy tym ruchu możemy stać się ofiarą naszych własnych, potężnych planów modernizacyjnych. Rozbudowujemy przecież bardzo intensywnie polskie wojska pancerne.

Amerykanie mogli to skalkulować i uznać, że z perspektywy globalnej oraz w ramach planowania NATO nie ma już konieczności utrzymywania tutaj kolejnej ciężkiej brygady USA. Swoją drogą, wpisuje się to w amerykańską koncepcję wchodzenia do konfliktu „z tylnego rzędu”. Amerykanie chcą dostarczać kluczowe, zaawansowane zdolności wspierające (tzw.enablers) – takie jak lotnictwo, rozpoznanie, dowodzenie czy wybraną logistykę – ale w mniejszym stopniu chcą zapewniać samą masę wojsk na pierwszej linii.

Na koniec zapytam o wizytę wiceministrów Cezarego Tomczyka i Pawła Zalewskiego w Waszyngtonie. Co strona rządowa może tam ugrać? I jaka w tej sytuacji powinna być rola prezydenta Karola Nawrockiego?

Najlepiej by było, gdyby ten wylot nie musiał odbywać się w formule nagłego gaszenia pożaru, ale był elementem działań koordynowanych z BBN jeszcze w zeszłym roku, gdy pojawiały się pierwsze niepokojące sygnały. Dzisiaj to jest po prostu misja ratunkowa. Musimy pamiętać, że realizuje ją rząd, którego wcześniejsze sygnały polityczne były w Waszyngtonie odbierane jako dystansowanie się od Stanów Zjednoczonych i tamtejszej administracji. Życzę ministrom powodzenia, ale to działanie mocno spóźnione i podjęte w bardzo trudnym momencie.

Co może zrobić w tej sytuacji prezydent? Przede wszystkim powinien zostać poinformowany o tym, co dokładnie dzieje się w tym procesie i w jakim miejscu się znajdujemy. Konieczne jest realne współdziałanie. Skoro wcześniej rząd położył blokadę na inicjatywy Biura Bezpieczeństwa Narodowego, to teraz BBN musi zostać pilnie włączone w ten proces. Wtedy będzie można wykorzystać osobiste kontakty prezydenta w Waszyngtonie i Białym Domu, aby uświadomić Amerykanom, że decyzje Pentagonu nie wpisują się w szerszy interes polityczny. Wówczas Prezydent mógłby użyczyć swojej wagi politycznej oraz relacji, by osłonić ten proces.

Dziękuję za rozmowę.

Tomasz Szatkowski jest sekretarzem generalnym Grupy EKR (Europejskich Konserwatystów i Reformatorów) w Parlamencie Europejskim. W latach 2019-2024 był ambasadorem RP przy Kwaterze Głównej NATO, a w okresie 2015-2019 - wiceministrem obrony narodowej. Odpowiadał m.in. za przygotowanie Strategicznego Przeglądu Obronnego z lat 2016-2017 oraz koncepcji zwiększenia obecności sił USA w Polsce, na bazie której została w 2020 roku podpisana umowa EDCA o rozszerzonej współpracy obronnej

Reklama
WIDEO: Trumpolog: blokada Ormuzu się nie uda | Premier Tusk w Korei Płd | Defence24Week #156
Reklama