Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • ANALIZA

Czy NATO zdąży uratować kraje bałtyckie? Rosja chce odciąć pomoc

Amerykański okręt desantowy USS Kearsarge (LHD 3) wchodzi na Bałtyk pod mostem nad Cieśniną Sund
Autor. US Navy

Rosja nie musi pokonać NATO na polu bitwy – wystarczy, że rozbije Sojusz od środka. Potencjalna agresja mogłaby rozpocząć się na Morzu Bałtyckim, od uderzeń na porty, infrastrukturę krytyczną i szlaki transportowe. Zanim zachodnie kolumny dotrą na front, los krajów bałtyckich może być już przesądzony. Największym problemem NATO pozostaje jednak polityka: czy w razie realnego ataku wszystkie kraje członkowskie od razu ruszyłyby z pomocą bez żadnego wahania?

Reklama

To, czy i kiedy się to stanie, zależy od trzech ściśle powiązanych ze sobą procesów: przebiegu wojny w Ukrainie, wewnętrznej spójności NATO oraz zmian na scenie politycznej Zachodu. Kluczowym czynnikiem powstrzymującym Moskwę jest na tym etapie determinacja sojuszników w dozbrajaniu Kijowa. Ogłoszenie pakietu masowego wsparcia militarnego fundamentalnie zmienia kalkulację Federacji Rosyjskiej. Moskwa staje w obliczu scenariusza, którego obawiała się najbardziej: trwałej rywalizacji z silną militarnie Ukrainą, która zyskuje argumenty do atakowania Rosji na jej własnym terytorium.

Kreml doskonale wie, że NATO nie trzeba pokonać na polu bitwy, wystarczy je rozbić od środka. Dlatego decyzja o agresji będzie poprzedzona próbami sparaliżowania struktur Sojuszu. Narastające fale sabotażu i prowokacje w powietrzu to nic innego jak test na pęknięcie NATO. W momencie, gdy Zachód powinien odpowiedzieć twardym, jednolitym manifestem politycznym, na fasadzie jedności mogą pojawić się głębokie rysy.

Przykłady państw takich jak Słowacja pokazują, że w godzinie próby część stolic może wybrać strategię chowania głowy w piasek. Te podziały są bezpośrednio napędzane przez wybory i politykę na Zachodzie. Rosja obserwuje nastroje i widzi, że poparcie dla Ukrainy słabnie, a niektóre kraje chcą wracać do rozmów z Moskwą, co objawia się zyskiwaniem siły przez skrajną prawicę we Francji czy zapowiedzią udziału Putina w szczycie G20.

Reklama

Po co Putin miałby ryzykować bezpośrednie starcie z najpotężniejszym sojuszem militarnym świata, skoro może paraliżować go od środka? Kreml będzie kontynuował strategię wojny hybrydowej: od prowokacji w przestrzeni powietrznej i morskiej, przez presję migracyjną, aż po cyberataki i operacje dezinformacyjne. Celem tych działań nie jest podbój terytorialny, lecz permanentna destabilizacja, testowanie spójności politycznej Sojuszu oraz badanie granic elastyczności procedur reagowania kryzysowego NATO.

Białoruś i Obwód Królewiecki

Najwyraźniejszym sygnałem byłyby duże ruchy wojsk i zwożenie ciężkiego sprzętu na terytorium Białorusi. Widzieliśmy już ten schemat wcześniej, kiedy Rosja przygotowywała atak na Ukrainę – najpierw gromadziła ludzi, ściągała czołgi i dopiero potem uderzała. Jeśli zacznie robić to samo, będzie to dla nas jednoznaczny dowód na nadchodzące niebezpieczeństwo.

Drugim bardzo ważnym miejscem jest Obwód Królewiecki. Do tej pory sytuacja wyglądała tak, że Rosja zabierała stamtąd sprzęt i wysyłała go na wojnę w Ukrainie. Jeśli jednak to się zmieni i Rosjanie zaczną z powrotem masowo dozbrajać ten rejon, będzie to wyraźny sygnał ostrzegawczy. Dodatkowym znakiem będą regularne ćwiczenia wojskowe w Królewcu, których nie widzieliśmy od lat. Zamiast rozbrajać tę enklawę, Rosja zaczęłaby tworzyć tam realne i bezpośrednie zagrożenie. Zwiększony ruch w Obwodzie Królewieckim to dla Rosji idealna okazja, żeby szpiegować i sprawdzać obronę Polski oraz Litwy.

Reklama

Bałtyk staje się kotłem

Bałtyk staje się dziś geopolitycznym kotłem, w którym ścierają się dwie zupełnie różne wizje bezpieczeństwa. Z jednej strony mamy zaniepokojone i domagające się twardego kursu państwa bałtyckie, z drugiej – tradycyjnie ostrożniejsze kraje, jak Finlandia i Szwecja, ale do czasu. Są dwa miejsca, których naruszenie natychmiast postawi Helsinki i Sztokholm w stan najwyższej gotowości, czyli fińska granica oraz kluczowa szwedzka wyspa Gotlandia.

Jeśli Rosja zacznie gromadzić tam swoje siły, sprawa stanie się jasna. Kreml nie będzie już tylko straszyć – przystąpi do blokowania i zabezpieczania morskich szlaków transportowych. A to kluczowy, pierwszy krok do tego, by sprawnie i bezpiecznie przerzucić armię w strefę potencjalnego konfliktu.

Wszyscy skupiają się na możliwym ataku na Przesmyk Suwalski, ale zapominają o ogromnym problemie z zaopatrzeniem. Żeby utrzymać taki teren, Rosja musiałaby stworzyć bezpieczną drogę dla paliwa i amunicji od Białorusi aż po Morze Bałtyckie. Widzieliśmy już pod Kijowem, jak rosyjskie czołgi stanęły w wielkich korkach, bo zabrakło im benzyny. Przesmyk Suwalski byłby logistycznym piekłem. W Ukrainie świetnie sprawdziły się drony, które niszczyły rosyjski transport na drogach. Tu też rosyjskie ciężarówki z paliwem byłyby dla nich niezwykle łatwym celem.

Reklama

Kluczowym, choć często pomijanym zagrożeniem jest region Morza Czarnego. Potencjalna agresja wobec Mołdawii lub Rumunii zmusiłaby do działania Turcję, której lojalność wobec NATO w warunkach kryzysu pozostaje dla Zachodu niewiadomą. Sytuację pogarsza fakt, że Rosja korzysta z szerokiego wsparcia osi azjatyckiej: projektów zbrojeniowych z Chinami, współpracy militarnej z Iranem oraz pomocy państw Azji Centralnej, które dostarczają Kremlowi podzespoły elektroniczne niezbędne do produkcji rakiet.

Gdy nad naszymi głowami, w polskiej przestrzeni powietrznej, przelatują rosyjskie transportowce kursujące między Moskwą a Algierią, nikt nie powinien mieć złudzeń – machina logistyczna Kremla działa na pełnych obrotach. Rosja gromadzi siły, uzupełnia zaopatrzenie i testuje czujność NATO tuż przed drzwiami państw bałtyckich. Dlatego właśnie Litwa, Łotwa i Estonia są dziś papierkiem lakmusowym naszej obrony. Jeśli kraje bałtyckie nie utrzymają żelaznej dyscypliny i jako pierwsze nie podniosą alarmu w obliczu powietrznych prowokacji, obudzimy się z rosyjską armią gotową do skoku.

Rosyjska flota może sparaliżować Morze Bałtyckie

Zachód chętnie punktuje słabości rosyjskiego lotnictwa i braki w artylerii, ale w jednym miejscu popełnia groźny błąd: lekceważy rosyjską flotę. Rosyjska marynarka wojenna to wciąż potężna pięść, z którą trzeba się liczyć. Oczywiście, spora część tych okrętów to technologiczne skanseny. Jednak mylenie przestarzałego sprzętu z brakiem siły ognia to pułapka. Rosja na morzu wciąż ma czym kąsać, zwłaszcza pod wodą, i jest w stanie skutecznie sparaliżować kluczowe szlaki żeglugowe.

Reklama

Cały czas inwestuje też ogromne pieniądze w lodołamacze, przez co na dalekiej północy i w Arktyce jest dzisiaj niesamowicie silna. Ta dominacja przekłada się też na jej plany wobec Morza Bałtyckiego. Zachodni eksperci podkreślają, że jeśli Rosja zdecyduje się na atak, to zacznie właśnie na Bałtyku, żeby stworzyć sobie tam bezpieczną przestrzeń i odepchnąć siły NATO.

Ich plan opierałby się na szybkim ostrzelaniu wybrzeża Finlandii oraz Szwecji i zajęciu mniejszych szwedzkich wysp. Jednocześnie Rosjanie zaatakowaliby wybrzeża Litwy, Łotwy i Estonii, a także prowadzili działania w stronę Islandii, żeby zablokować pomoc z Zachodu. Moskwa użyłaby Morza Bałtyckiego do natychmiastowego zniszczenia infrastruktury nadmorskiej w krajach, które miałyby sobie nawzajem pomagać. Atakując porty i infrastrukturę krytyczną, Rosjanie zneutralizowaliby obronę wybrzeża.

Zniszczenie portów oznaczałoby całkowitą blokadę: do zagrożonych państw nie dopłynęłaby ani żywność, ani – co najważniejsze – transporty z bronią i amunicją od sojuszników. W ten sposób Rosja automatycznie odcięłaby od strony morza całe państwa bałtyckie, a także Finlandię i Szwecję, zostawiając je bez kluczowego wsparcia. Zrównanie z ziemią bałtyckich portów to dla Putina podwójna wygrana – nie tylko odcina ofiary od pomocy, ale tworzy wokół Rosji potężną tarczę. Neutralizując wybrzeże, Kreml zabezpiecza się przed odwetem: nadlatującymi rakietami dalekiego zasięgu czy kontratakiem alianckich flot.

Reklama

W tym momencie plan NATO o morskiej odsieczy pęka jak bańka mydlana. Zachód zostaje zmuszony do zrobienia czegoś, czego boi się najbardziej – przerzucenia setek tysięcy żołnierzy i ton ciężkiego sprzętu drogą lądową. A transport czołgów i amunicji z baz w Niemczech, we Francji czy we Włoszech przez zakorkowaną i podatną na sabotaż Europę to kwestia długich tygodni, jeśli nie miesięcy. Na tym właśnie polega bałtycka pułapka Kremla: zanim zachodnie kolumny dotrą na front, los krajów bałtyckich może być już przesądzony.

Rosyjska flota cieni

Zachód patrzy na rosyjską „flotę cieni” jak na pływający skansen – zardzewiałe tankowce kupione od fikcyjnych afrykańskich firm, które ledwo trzymają się na wodzie. To błąd, bo te statki nie mają wozić ropy – mają szpiegować. Kreml wypuszcza je na Bałtyk jak przynętę. Każdy taki podejrzany okręt pojawiający się na naszych wodach to gigantyczny test dla NATO.

Rosjanie sprawdzają, jak reagują nasze radary, jak szybko podrywają się jednostki brzegowe i jakie procedury uruchamiają państwa natowskie. W ten sposób na pozór „bezużyteczny wrak” pod egzotyczną banderą staje się cyfrowym szpiegiem. Zbiera bezcenną wiedzę o naszych systemach, którą Rosja wykorzysta w pierwszej godzinie realnego, ofensywnego uderzenia.

Reklama

NATO ma lepszy sprzęt. Problemem pozostaje polityka

Choć Rosja skutecznie podpatruje i testuje procedury Sojuszu, to obrona NATO na lądzie i morzu działa już na pełnych obrotach. Sytuację militarną mocno zmieniło wstąpienie Szwecji i Finlandii do Sojuszu, a bliska współpraca wojskowa między Polską a Szwecją stanowi dziś kluczowy fundament bezpieczeństwa w całym regionie Morza Bałtyckiego.

W Europie dochodzi do sytuacji, które jeszcze niedawno były nie do pomyślenia: francuscy żołnierze stacjonują już przy granicy z Finlandią, a francuski lotniskowiec pojawił się w szwedzkim porcie, co jest jasnym sygnałem odstraszającym dla Kremla. Choć NATO na samym morzu musi jeszcze wzmocnić swoje siły, nadrabia ten dystans działaniami na lądzie oraz dużymi polskimi inwestycjami w unowocześnienie floty okrętów podwodnych.

Jako NATO mamy lepszy sprzęt i większe możliwości. Największym problemem pozostaje jednak polityka: czy w razie realnego ataku wszystkie kraje członkowskie od razu ruszyłyby nam z pomocą bez żadnego wahania? Właśnie dlatego państwa takie jak Polska, Finlandia czy Estonia nie chcą tylko jednorazowych zapewnień. Potrzebujemy regularnych, jasnych sygnałów politycznych ze strony całego NATO, które będą stale udowadniać naszą absolutną jedność i gotowość do wspólnej obrony.

Reklama

Estonia i Finlandia przygotowują się na wojnę

Tylko 2 proc. niestawiennictwa – dokładnie taki odsetek poborowych w Estonii unika dziś powołania do wojska. W kraju, gdzie służba wojskowa jest obowiązkowa, te liczby to absolutny fenomen i dowód na unikalną w skali Europy odporność społeczną. W obliczu realnego zagrożenia estońskie społeczeństwo nie panikuje – z żelazną dyscypliną integruje się z machiną obronną państwa. Dla nich pobór to fundamentalny element odstraszania wroga. Estończycy wybrali pełną gotowość, zamieniając zwykły obowiązek prawny w narodowy konsensus wokół obrony własnego domu.

Finlandia przygotowuje rozszerzenie uprawnień swojego wywiadu wojskowego. Nowe przepisy mają umożliwić służbom nie tylko zwiększenie zakresu działań poza granicami kraju, ale także podejmowanie działań ofensywnych wobec przeciwnika. Helsinki wzmacniają instrumenty państwowe dokładnie tam, gdzie ryzyko rywalizacji z Moskwą jest obecnie największe. Estonia i Finlandia budują wspólnie system tzw. obrony totalnej, w której w razie godziny „W” do walki staje nie tylko armia, ale całe społeczeństwo. To nowoczesna tarcza oparta na potężnej obronie cywilnej, bezpiecznych schronach i przede wszystkim na niezłomnym narodowym konsensusie wokół obrony własnego domu.

Fiński i estoński model obrony zakłada, że w czasie kryzysu cała infrastruktura państwa służy armii. Finlandia posiada m.in. specjalne, aktualizowane rejestry pojazdów ciężarowych, traktorów i maszyn rolniczych należących do prywatnych firm i rolników. W razie wybuchu wojny ten sprzęt zostaje natychmiast zmobilizowany do budowy umocnień ziemnych i wsparcia logistycznego na froncie.

Reklama

Estonia zaadaptowała sprawdzony fiński model i wdrożyła tzw. Wyższe Kursy Obrony Państwowej – regularne szkolenia, w których biorą udział politycy, prezesi największych banków i mediów, lekarze oraz dyrektorzy szkół. Cel? W godzinie „W” kluczowi decydenci cywilni mają bezbłędnie wiedzieć, jak współpracować z wojskiem, co całkowicie uodparnia państwo na paraliż decyzyjny i chaos.

Rosja działa już na naszym terytorium

Putin nie musi szturmować naszych granic, jego ludzie już tu są, schowani za fasadami ambasad i rozsianych po całej Europie tzw. Domów Rosyjskich. Te miejsca nie są niewinnymi bibliotekami czy szkołami językowymi, w rzeczywistości to idealne przykrywki dla szpiegów i gniazda dywersji.

Co gorsza, Rosja rekrutuje do czarnej roboty – zamachów i sabotażu – obywateli innych państw, by zacierać ślady. Dobra wiadomość jest taka, że Zachód wreszcie działa, czyli świadomość rośnie, a europejskie służby działają coraz skuteczniej, wyłapując agentów i paraliżując plany Kremla, zanim te wejdą w fazę realizacji.

Reklama

NATO ma siłę. Musimy działać razem

Nie możemy zapominać, że NATO pozostaje najpotężniejszym sojuszem militarnym na świecie. Mamy lepszy sprzęt, większe możliwości i coraz silniejszą współpracę wojskową. Wstąpienie Finlandii i Szwecji zasadniczo zmieniło sytuację bezpieczeństwa na Morzu Bałtyckim, a Polska wraz z państwami nordyckimi i bałtyckimi buduje dziś jeden z najważniejszych obszarów obronnych Sojuszu. Do tego dochodzi obecność wojsk amerykańskich, francuskich, brytyjskich i pozostałych sojuszników, wspólne ćwiczenia oraz ogromne inwestycje w uzbrojenie i infrastrukturę wojskową.

Rosja może nas prowokować, testować procedury reagowania i próbować rozbijać NATO od środka, ale nie zmieni faktu, że wspólnie dysponujemy znacznie większym potencjałem militarnym i gospodarczym. Dlatego musimy nadal wzmacniać własne zdolności, rozwijać współpracę i regularnie pokazywać gotowość do wspólnej obrony. Nie potrzebujemy kolejnych deklaracji bez pokrycia, ale konkretnych działań, które będą stale udowadniać naszą jedność.

Największą siłą NATO nie jest wyłącznie liczba czołgów, samolotów czy okrętów. Jest nią fakt, że żadne z naszych państw nie musi bronić się samotnie. I właśnie tej jedności Rosja obawia się najbardziej.

Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować
Reklama