Strona główna

Kto tak naprawdę zginął na „Łoszariku”?

Fot. mil.ru
Fot. mil.ru

Rosyjskie ministerstwo obrony ujawniło nazwiska czternastu ofiar pożaru na rosyjskim okręcie podwodnym AS-12 „Łoszarik”. Przyznano również, że kilka osób przeżyło wypadek, a w tle pojawia się jedna z najtajniejszych rosyjskich jednostek wojskowych spod Sankt Petersburga.

Z komunikatu rosyjskiego ministerstwa obrony można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, na okręcie nie zginęli „marynarze”, a tylko oficerowie marynarki wojennej, z których aż trzynastu było oficerami starszymi. Siedmiu z nich to komandorzy, trzech to komandorzy porucznicy, dwóch to komandorzy podporucznicy, jeden to podpułkownik służby zdrowia, kolejny to kapitan marynarki. Jest to kolejny dowód, że załoga spalonego okrętu podwodnego prawie w całości składała się z oficerów.

Rosjanie nadal oficjalnie nie wskazują, na jakiej jednostce pływającej doszło do wypadku. Jednak samo to, że na pierwszym miejscu listy ofiar wymieniono komandora Denisa Dołonskiego świadczy, że pożar wybuchł na okręcie podwodnym AS-12 „Łoszarik”. Dołońskij był bowiem etatowo dowódcą tej jednostki pływającej i to prawdopodobnie od czasu jej zwodowania w 2003 roku. Trudno jest więc przypuszczać, by nagle został przeniesiony gdzie indziej.

Dzięki ich szybkim, oddanym i kompetentnym działaniom, podwodnicy ugasili ogień i uratowali swoich towarzyszy oraz statek głębinowy, poświęcając swoje życie.

Siergiej Szojgu, minister obrony Federacji Rosyjskiej

Nadal ukrywany jest sam przebieg wypadku. Minoborona kształtuje legendę, że załoga poświęciła życie, aby ocalić kolegów - oficerów i uratować okręt podwodny. Temu przekazowi zaprzecza jednak liczba ofiar oraz sam sposób, w jaki standardowo gasi się pożary na okrętach podwodnych. Należy przede wszystkim pamiętać, że na okręcie podwodnym w zanurzeniu zasadniczo zamyka się włazy pomiędzy przedziałami, a na przejście pomiędzy nimi członkowie załogi muszą otrzymywać zgodę.

Takich przedziałów na okręcie AS-12 (a właściwie w jego kadłubie sztywnym) musi być co najmniej kilka i to z paru powodów. Po pierwsze, trzeba jakoś odseparować pomieszczenie reaktora. Po drugie, ze względu na ogromne ciśnienia, jakie musi wytrzymać okręt zanurzając się nawet na głębokości poniżej 6000 m (podobno), a więc dziesięciokrotnie głębiej niż standardowe okręty podwodne. Przypuszcza się, że w tym celu kadłub sztywny AS-12 przypomina łańcuch kilku ze sobą połączonych i praktycznie odseparowanych, tytanowych kulek. Na takie rozwiązanie wskazuje również sama, nieformalna nazwa okrętu - „Łoszarik”, zapożyczona z sowieckiej kreskówki o koniku składającym się z małych kulek-koralików.

Są to więc niewielkie przedziały i nawet Rosjan dziwi, że w jednym z nich było aż czternaście osób – w tym siedmiu komandorów. Z informacji przekazanej przez ministra Szojgu wynika, że w czasie pożaru komandor porucznik Dmitrij Sołowiew uratował „cywilnego specjalistę”. Oznacza to, że palący się przedział był otwarty lub otwierany i to co najmniej raz. Nie ewakuowano jednak innych członków załogi, chociaż wydawałoby się to logiczne. Grupa awaryjna wykorzystywana w czasie wypadków na okrętach nie składa się bowiem aż z czternastu osób (w tym siedmiu pełnych komandorów).

Dodatkowo, duże pożary na okrętach podwodnych gasi się odcinając pomieszczenie z ogniem i wypełniając je gazem obojętnym (np. halonem). Rosjanie są specjalistami w tego rodzaju instalacjach, ale ich użycie z zasady wymaga usunięcia z przedziału ludzi (lub ich poświęcenia). Oficerowie jednak nie zostali ewakuowani, co oznacza, że albo instalacja była niesprawna, albo część z tych oficerów nie była do tego zdolna (np. po eksplozji). I być może to właśnie dlatego pozostałe osoby mogące jeszcze działać, weszły do płonącego i już odciętego przedziału z sąsiednich pomieszczeń i próbowały stłumić ogień środkami podręcznymi (stąd tak duża liczba ofiar w jednym miejscu).

Natychmiast po wyprowadzeniu cywilnego specjalisty z przedziału, Dmitrij Sołowiew zamknął właz, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się ognia przez cały aparat głębinowy. Następnie oficer kontynuował walkę o ocalenie okrętu w przedziale, wraz z innymi członkami załogi.

Siergiej Szojgu, minister obrony Federacji Rosyjskiej

Dziwne jest też samo to, że według komunikatu rosyjskich służb informacyjnych przyczyną śmierci ofiar miał być trujący gaz. Tymczasem na okrętach podwodnych każdy podwodnik (a szczególnie członkowie grup awaryjnych) jest wyposażony w indywidualne środki ochrony dróg oddechowych, które mogą wykorzystywać własne pochłaniacze (działając jako maska filtracyjna) lub być podłączone przewodami do powietrznej instalacji okrętowej (działając jako maska izolacyjna). Trudno przypuszczać, by Rosjanie dopuścili do braku tego rodzaju środków, a więc oficerów musiało zabić coś, co działało bardzo szybko (eksplozja), albo przed czym nie chroniły maski przeciwgazowe (np. trującymi, promieniotwórczymi oparami z reaktora).

Więcej szczegółów będzie można uzyskać od tych osób, które przeżyły wypadek. Według rosyjskich mediów w szpitalu w Siwierodwińsku znajduje się pięciu członków załogi, z objawami zatrucia trującym gazem oraz poparzeniami. Musiało jednak być ich więcej, o czym świadczy relacja rosyjskich rybaków – świadków awaryjnego wynurzenia się „okrętu podwodnego”, którzy później widzieli biegających marynarzy na jego pokładzie.

Świadkowie ci dostrzegli również okręt nawodny i dwa holowniki, które bardzo szybko zbliżyły się do kołyszącej się na powierzchni jednostki. Taka asysta znajdująca się w pobliżu może oznaczać, że AS-12 nie wykonywał misji bojowej, ale był w trakcie testów - np. podczas prób stoczniowych lub sprawdzaniu jakiegoś nowego, ściśle tajnego rozwiązania (stąd obecność na pokładzie cywilnego specjalisty).

Tajny wypadek i tajny okręt

Poznanie przyczyn wypadku na AS-12 będzie o tyle trudne, że rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow zapowiedział „absolutne” utajnienie informacji o okręcie i całym incydencie, przez co nie zostaną one ujawnione opinii publicznej. Wiadomo jedynie, że „Łoszarik” przebywał na rosyjskich wodach terytorialnych na Morzu Barentsa. Jest to o tyle prawdopodobne, że spalony okręt udało się bardzo szybko doholować do bazy Siewieromorsk, a więc wypadek musiał mieć miejsce rzeczywiście bardzo blisko Murmańska.

Nie wiadomo jednak co AS-12 robił, albo raczej – do zrobienia czego się przygotowywał. I tutaj wiele może wyjaśnić lista ofiar, zarówno patrząc na ich wysokie stopnie, jak i jednostkę wojskową, w której większość z nich służyła. Pełniący obowiązki gubernatora Sankt Petersburga Alieksandr Biegłow potwierdził w mediach społecznościowych, że część ciał ma zostać przewieziona do Sankt Petersburga, gdzie zostaną pochowane na Cmentarzu Searfinowskim, obok marynarzy i oficerów z atomowego okrętu podwodnego „Kursk”. Oznacza to, że w przypadku „Łoszarika” duża część jego załogi nie mieszkała na co dzień tam, gdzie stacjonował jej okręt, ale tam gdzie przygotowywano jego misje i później wykorzystywano ich efekty.

Tutaj pewne wyjaśnienia mogą przynieść życiorysy najbardziej zasłużonych, poległych oficerów – w tym dowódcy okrętu komandora Denisa Dołonskiego. Wynika z niego, że pomimo iż okręt AS-12 na stałe przebywał w bazie w Siewierodwińsku i był zaliczony w skład Floty Północnej to jej dowódca był na etacie supertajnej jednostki wojskowej 45707 z Peterhofu koło Sankt Petersburga, bezpośrednio podlegającej pod Generalną Dyrekcję Badań Głębinowych Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej (GUGI).

Według ministerstwa obrony załoga „Łoszarika” składała się z „najlepszych specjalistów, wielokrotnie nagradzanych nagrodami państwowymi za pełnienie służby wojskowej i zadania wykonywane dla wyższego dowództwa”. Dwóch z nich (komandor Denis Dołonskij i komandor Nikołaj Filin) było odznaczonych tytułem „Bohatera Federacji Rosyjskiej”. Za co ci oficerowie otrzymali to najwyższe, rosyjskie odznaczenie jednak nie wiadomo. W przypadku Filina ujawniono jedynie, że otrzymał on to wyróżnienie w 2018 r. za „wykonanie szczególnie ważnego zadania i wykazanie się odwagą oraz wysokim profesjonalizmem”. Dołonskij zastał odznaczony złotą gwiazdą Bohatera Rosji w 2012 r. za „badania dna Morza Arktycznego” (wtedy właśnie „Łoszarik” po raz pierwszy zanurzył się na głębokość 2500 m. na Morzu Arktycznym). Żaden z tych oficerów nie był jednak naukowcem, a więc tak wysokie odznaczenia musieli otrzymać za misję wojskową, która - co więcej – została zrealizowana z sukcesem.

Tajna jednostka wojskowa 45707, w której służyła większość członków załogi, jest elitarna. Służą tam więc nie tylko bardzo dobrzy specjaliści i wysocy rangą oficerowie, ale również ludzie z odpowiednim „pochodzeniem”. W rosyjskich mediach już zauważono, że wśród czternastu ofiar pożar na AS-12 jest aż dwóch synów admirałów. Gdy powstawała jednostka, w latach osiemdziesiątych, kandydaci do służby w 45707 musieli m.in. być członkami partii, służyć na okrętach podwodnych przez co najmniej 5 lat i przejść egzaminy medyczne – takie same, jak kosmonauci.

Niewiele wiadomo o organizacji, zadaniach i składzie jednostki 45707. Jak dotąd ujawniono jedynie, że należy do niej pododdział akwanautów (osób zajmujących się eksploracją głębin mórz i oceanów) oraz laboratorium naukowo-badawcze. Nazwa „akwonauci” została wprowadzona zresztą specjalnie, ponieważ w odróżnieniu od podwodników akwonauci służą na jednostkach pływających zanurzających się o wiele głębiej niż nawet najlepsze, bojowe okręty podwodne.

Jednostka 45707 określana jest też często jako operator atomowych stacji głębokowodnych. Podlega pod nią bowiem kilka specjalnych okrętów podwodnych, które etatowo wchodzą w skład 29. samodzielnej brygady okrętów podwodnych Floty Północnej i stacjonują w Zatoce Olenia. Ich liczba ma się nie zmniejszyć, ponieważ minister Szojgu zameldował prezydentowi Putinowi, że „Łoszarik” nie będzie wycofany, a po naprawie bardzo szybko powróci do służby. Mogą to być jednak tylko pobożne życzenia, gdyż pożar mógł zmienić strukturę metalu z jakiego był zbudowany spalony przedział. A to może zmniejszyć wytrzymałość mechaniczną i przy maksymalnym zanurzeniu może doprowadzić do tragedii.

Komentarze