Reklama
  • WIADOMOŚCI

Ukraińskie drony miały zniszczyć setki rosyjskich czołgów w tajnej operacji

Według doniesień przekazanych w wywiadzie dla kanału Pressing przez ukraińskiego ministra obrony Mychajło Fedorowa, Ukraina miała przeprowadzić jedną z najbardziej złożonych operacji dronowych tej wojny, niszcząc setki sztuk sprzętu pancernego.

Efekt uderzenia dwóch ukraińskich dronów kamikaze FPV w wieżą rosyjskiego czołgu T-72B3 model z 2022 roku
Efekt uderzenia dwóch ukraińskich dronów kamikaze FPV w wieżą rosyjskiego czołgu T-72B3 model z 2022 roku. Zadziałał pancerz reaktywny dzięki czemu nie doszło do penetracji pancerza wieży.
Autor. @front_ukrainian

Operacja o kryptonimie „Auszan” miała zostać zrealizowana w 2025 roku jako skoordynowana akcja wykorzystująca około tysiąca bezzałogowców. W ciągu zaledwie trzech nocy drony miały przeprowadzić serię precyzyjnych uderzeń wymierzonych w rosyjskie jednostki pancerne. W efekcie zniszczonych miało zostać blisko osiemset sztuk sprzętu, w tym czołgi i transportery opancerzone. Kluczowe miało być nie tylko samo uderzenie, ale wcześniejsze przygotowania obejmujące rozbudowane rozpoznanie, analizę danych wywiadowczych oraz selekcję celów, co pozwoliło na jednoczesne i masowe wykorzystanie dronów w krótkim oknie czasowym.

Reklama

Według tej narracji skutki operacji miały być na tyle poważne, że rosyjska armia utraciła możliwość prowadzenia dużych, zmechanizowanych szturmów przez kolejne miesiące. Planowane wcześniej działania ofensywne miały zostać istotnie opóźnione, co miało wpłynąć na dynamikę walk na froncie.

Druga faza działań, określana jako „Artauszan”, miała nastąpić w czerwcu 2026 roku i koncentrować się już nie na wojskach pancernych, lecz na artylerii. Na tym etapie Ukraina miała zastosować specjalnie zaprojektowaną amunicję krążącą: mikrodrony zdolne do precyzyjnego uderzania w newralgiczne elementy luf dział. Według Fedorowa takie trafienia miały prowadzić do ich zniszczenia od środka, co czyniło sprzęt całkowicie bezużytecznym.

W ciągu dwóch nocy tej operacji zniszczonych miało zostać około 250 systemów artyleryjskich. Ukraińska strona podkreśla również, że każdy przypadek miał być udokumentowany materiałem wideo.

Choć przedstawione liczby i skutki brzmią spektakularnie, pozostają one elementem narracji jednej ze stron konfliktu i nie zostały niezależnie potwierdzone w publicznie dostępnych, weryfikowalnych źródłach. W warunkach trwającej wojny tego typu informacje często mają nie tylko wymiar operacyjny, ale również informacyjny i psychologiczny, wpływając na odbiór sytuacji zarówno w kraju, jak i za granicą.

Taka operacja w opisanej skali byłaby ekstremalnie trudna do przeprowadzenia już na poziomie samej koordynacji setek lub tysięcy dronów działających w jednym bardzo krótkim oknie czasowym. Kluczowym problemem nie jest tu samo posiadanie sprzętu, ale jego zsynchronizowane użycie w warunkach intensywnej walki elektronicznej i silnej presji przeciwnika. Współczesne systemy zakłóceń potrafią skutecznie degradować łączność, GPS oraz transmisję danych, co sprawia, że nawet dobrze zaplanowane roje bezzałogowców mogą tracić spójność działania. W praktyce oznacza to konieczność tworzenia bardzo zaawansowanych systemów autonomii, które muszą podejmować decyzje lokalnie, bez ciągłego kontaktu z operatorem. To z kolei rodzi ryzyko błędów identyfikacji celów i utraty kontroli nad częścią efektorów. Im większa skala takiej operacji, tym trudniej utrzymać przewidywalność jej efektu końcowego.

Ogromnym wyzwaniem byłaby również sama logistyka przygotowania takiej liczby bezzałogowców w krótkim czasie. Produkcja, testowanie, uzbrajanie i konfiguracja setek czy tysięcy urządzeń wymaga bardzo stabilnego łańcucha dostaw komponentów elektronicznych, baterii oraz systemów nawigacyjnych. Nawet niewielkie opóźnienia w jednym z tych elementów mogą rozbić całą synchronizację operacji. Dochodzi do tego konieczność zapewnienia niezawodności każdego egzemplarza, ponieważ w działaniach masowych każdy procent awaryjności przekłada się na realną utratę zdolności uderzeniowej. Wymagałoby to niemal przemysłowej skali produkcji wojennej, działającej w trybie ciągłym i odpornej na zakłócenia dostaw surowców.

Trudność takiej operacji zwiększa także integracja danych wywiadowczych, które musiałyby być przetwarzane niemal w czasie rzeczywistym. Aby skutecznie uderzać w mobilne cele, konieczne jest łączenie informacji z wielu źródeł, takich jak rozpoznanie satelitarne, sygnałowe i terenowe. Problem polega na tym, że dane te mają różną dokładność i różne opóźnienia, a sytuacja na froncie zmienia się bardzo szybko. Nawet kilkugodzinna zwłoka może sprawić, że cele przestaną istnieć w miejscu, w którym zostały wykryte. To wymuszałoby bardzo zaawansowane systemy analityczne, zdolne do filtrowania, aktualizacji i priorytetyzacji informacji w sposób ciągły. Jednocześnie każdy błąd w identyfikacji może prowadzić do marnowania zasobów i obniżenia efektywności całego uderzenia.

Reklama

Tego typu operacje, nawet jeśli w części opisów przedstawiane są jako w pełni zsynchronizowane i niemal natychmiastowe uderzenia, przypominałyby raczej złożony proces, a nie pojedynczą akcję militarną. Ich powodzenie zależałoby od wielu nakładających się warstw: technologicznej, logistycznej, informacyjnej i organizacyjnej, z których każda musiałaby działać bez istotnych zakłóceń. W realiach współczesnego pola walki wystarczy jednak awaria jednego z tych elementów, aby cały efekt operacyjny został znacząco osłabiony lub rozproszony w czasie. Dlatego też tego rodzaju działania, jeśli w ogóle możliwe w opisanej skali, wymagałyby nie tylko przewagi technologicznej, ale również wyjątkowej odporności systemu na błędy, zakłócenia i nieprzewidywalność.

Nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy opisana sytuacja rzeczywiście miała miejsce ani czy przedstawione informacje są w pełni zgodne z prawdą. Należy więc podchodzić do nich z pewnym dystansem i ostrożnością.

Zobacz również

WIDEO: No to lecimy - zobacz gdzie!
YouTube cover video
Reklama