- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
Przełomowe wydarzenie czy wiele hałasu o nic? Test Churchilla ws. szczytu NATO w Ankarze
Autor. NATO North Atlantic Treaty Organization/Flickr/CC BY-NC-ND 2.0
W dniach 7-8 lipca w stolicy Turcji, Ankarze, odbędzie się szczyt NATO, czyli spotkanie z udziałem szefów państw i rządów 32 państw członkowskich. W odróżnieniu od podobnych spotkań Unii Europejskich, które zwoływane są wiele razy w roku, szczyty NATO odbywają się rzadziej
Autor: Robert Pszczel
Ostatnio zwykle raz do roku, co i tak jest zwiększoną częstotliwością w porównaniu z minionymi okresami (wtedy było to co kilka lat). Nie dziwi więc, że przed takim wydarzeniem mamy wysyp komentarzy i analiz, próbujących przewidzieć scenariusz i spodziewane rezultaty. Dołączę do tego trendu.
Zacznę od małej dygresji. Może nie wszyscy wiedzą, że do języka dyplomacji termin szczyt wprowadził Winston Churchill. Oddawał on według niego sens i potrzebę bezpośredniej i osobistej dyskusji najważniejszych decydentów. Tylko taka spersonalizowana debata według niego mogła wyznaczać strategiczne kierunki działania i prowadzić do podjęcia niezbędnych decyzji umożliwiających skuteczną współpracę partnerów czy sojuszników. Ponieważ Churchill był też jednym z pomysłodawców i promotorów powstania NATO, warto mieć na uwadze jego miarkę sukcesu szczytów – czy pomagają one osiągnąć niezbędny konsensus i nadać impuls do wspólnego działania?
Wydaje się, że nadchodzące spotkanie w Ankarze liderów państw członkowskich ma małe szanse, aby osiągnąć w pełni najbardziej ambitne cele, które miał na myśli Churchill. Ale umiarkowany sukces jest możliwy.
Umiarkowany sukces możliwy
Po pierwsze, zaplanowany porządek obrad już sam w sobie ogranicza horyzont ambicji. Szczyt będzie krótki, oprócz roboczej kolacji przewidziana jest właściwie tylko jedna sesja z udziałem liderów. Pierwszego dnia uwagę skupiać będzie przede wszystkim Natowskie Forum Przemysłu Obronnego – ważne forum towarzyszące, ale nie mogące zastąpić obrad przywódców. Nie zaplanowano – mimo wykształconej tradycji, wynikającej ze znaczenia międzynarodowej roli jaka odgrywa NATO – spotkań w innej niż sojusznicza konfiguracja.
Co bardzo znamienne, prezydent Zełenski jest zaproszony do Ankary, gdzie prawdopodobnie weźmie udział w kolacji oraz będzie mógł odbyć szereg spotkań dwustronnych, ale posiedzenia Rady NATO-Ukraina nie będzie (podobnie było w ubiegłym roku w Hadze). Nie będzie także szczytu NATO z przywódcami partnerskich państw z regionu Indo-Pacyfiku (Australia, Japonia, Korea Południowa i Nowa Zelandia), ani spotkania NATO-Unia Europejska. Jedyne formalne obrady grupujące uczestników spoza NATO odbędą się na poziomie ministrów spraw zagranicznych. Pierwsze z nich w formule Rady NATO-Ukraina, drugie z państwami Zatoki Perskiej.
Po drugie, wiodące tematy do dyskusji zostały jasno określone, a właściwie zawężone, przez Sekretarza Generalnego do trzech punktów. Są to:
a) plany konsekwentnego zwiększania finansowania obronności przez państwa członkowskie, włącznie z oceną postępu po przyjęciu na poprzednim szczycie zobowiązań do osiągnięcia przez wszystkie państwa poziomu 3,5% wydatków na twardą obronność (jako procentu produktu narodowego brutto) i odpowiednio 1,5% na szerzej definiowane inwestycje w bezpieczeństwo;
b) aktywizacja i znaczące poszerzenie potencjału produkcyjnego przemysłów obronnych państw NATO (najwięcej dyskusji na ten temat i tak będzie na wspomnianym Forum) oraz
c) kontynuacja programów wsparcia wciąż walczącej Ukrainy.
Przełomu nie będzie
Wszystkie trzy sprawy są szalenie ważne dla bezpieczeństwa sojuszników, ale przecież nie wyczerpują tematu jakim jest przyszły kształt NATO. W sytuacji, gdy ważą się losy wielkości i charakteru amerykańskiej obecności wojskowej w Europie, przydałaby się pogłębiona dyskusja o znaczeniu tego zaangażowania dla efektywnej polityki odstraszania wobec coraz bardziej zdesperowanej i agresywnej Rosji. A na taką dyskusję raczej się nie zanosi i nie będzie nawet na nią czasu, nie mówiąc o rozpoczęciu poważnej debaty nad bardzo potrzebną strategią Sojuszu wobec Rosji czy Chin. Moim zdaniem źle się stało, że zabrakło śmiałości na początku roku, aby zorganizować specjalny (nawet online) szczyt NATO w obliczu super kryzysu – gdy padały groźby ze strony Waszyngtonu dotyczące Grenlandii czy Kanady, zaś relacje z Rosją traktowane były jako ważniejsze dla tej administracji niż partnerstwo z sojusznikami. Zabrakło momentu katharsis w relacjach transatlantyckich. Ale to już historia.
Wracając do Ankary: spodziewane decyzje szczytu będą zawarte w stosunkowo krótkiej deklaracji. Siłą rzeczy należy więc spodziewać się dosyć ogólnikowych sformułowań, a nie operacyjnych decyzji. To ważna wskazówka dla tych obserwatorów, którzy oczekują z nadzieją na jakieś przełomowe uzgodnienia w różnych kluczowych obszarach. Na przykład w sprawie poszerzenia geograficznego zasięgu systemu rurociągów paliwowych NATO na wschodnią flankę, o co zabiega m.in. Polska, czy ewentualnego rozpoczęcia nowych misji NATO w celu zwalczania ataków hybrydowych. A przecież wojna hybrydowa jest prowadzona przez Rosję coraz bardziej zuchwale i należy się spodziewać jedynie jej natężenia. Improwizowane reakcje NATO na akty sabotażu, prowokacje z użyciem dronów, a nawet używanie sił wojskowych do ochrony floty statków łamiących sankcje, nie spełniają już wymogów chwili. Nie wykluczałbym jakiejś kolejnej prowokacji hybrydowej ze strony Moskwy tuz przed lub w trakcie szczytu – taką mają tradycję.
Co jest powodem takiego samoograniczenia ze strony NATO? To nie zagadka. Chodzi o polityczną obawę przed emocjonalnym zachowaniem prezydenta USA podczas samego szczytu, które mogłoby zaowocować destrukcyjną kłótnią, bądź realizacją najgorszego scenariusza: czyli podjęciem przez niego nagłych decyzji mogących zagrozić dalszemu funkcjonowaniu Sojuszu. A o tym, że nie są to strachy na Lachy, świadczą ostatnie publiczne wypowiedzi prezydenta Trumpa.
Ponawia on werbalne ataki na sojuszników, sugerując, iż właściwie to nawet nie chciał pojawić się na szczycie, a zrobi to jedynie przez sympatię do gospodarza, czyli tureckiego prezydenta Erdogana. Twierdzi on także bezpodstawnie, że sojusznicy niewiele robią, aby zwiększyć wydatki na obronność i powtarza swoją ulubioną (i równie błędną) tezę o rzekomym braku korzyści dla USA z członkostwa w NATO. Te połajanki mają miejsce, mimo iż sojusznicy zwiększyli wspomniane wydatki o gigantyczne 20% w samym tylko 2025 r. (to prawie 100 miliardów dolarów), a wzmożone zakupy sprzętu wojskowego przez Europejczyków w USA zagwarantowały pracę blisko 100 tysiącom Amerykanów.
Dzieje się tak kiedy przecież ci sami Europejczycy, których tak lubi krytykować Trump, chociaż mają coraz mniej wiary w wiarygodność i trwałość deklaracji obecnej administracji w Waszyngtonie, zgodzili się nie kontestować taktyki Sekretarza Generalnego Rutte. Nie dlatego, że są przekonani w pełni o jej słuszności. Brakuje im raczej zdolności przywódczych i odwagi, aby zaproponować trudniejsze, ale bardziej racjonalne podejście, czyli śmiałą dyskusję z elementami kontestacji. Zaś taktyka Rutte wobec Trumpa jest dosyć prosta. W jego wydaniu polega ona na bałwochwalczym wręcz chwaleniu samego prezydenta za każdy element jego polityki wobec NATO, a nawet tej wobec Rosji czy Iranu.
Pomijając wysoki stopień odrealnienia takich pochwał (w zasadzie uzasadnionych jedynie na płaszczyźnie gruboskórnej, choć pożytecznej presji na sojuszników wzbraniających się przed większym inwestowaniem w zdolności obronne), wydają się one zachęcać go (a nie hamować) do eskalacji swojej krytyki „niewdzięcznych” sojuszników i samego NATO. A taka narracja z ust nominalnego lidera NATO jest podwójnie szkodliwa: podważa spójność sojuszu i osłabia skuteczność polityki odstraszania. Co więcej, taktyka automatycznego potakiwanie zamiast selektywnej chociaż polemiki z najbardziej niesprawiedliwymi ocenami wobec NATO, szalenie utrudnia wysiłki tych sił politycznych i autorytetów w samych Stanach Zjednoczonych, które starają się torpedować (bądź przynajmniej stępiać ostrze) najbardziej destrukcyjne pomysły Białego Domu, szkodzące relacjom transatlantyckim.
Bez dyskusji
Z zapowiedzi samego prezydenta i jego przedstawicieli wynika, że na szczycie nie za bardzo zamierza on wsłuchiwać się w opinie innych przywódców. Mimo wcześniejszych obietnic, nie widać z jego strony przesadnej chęci do uzgodnienia z nimi szczegółów tempa i optymalnej formuły przejmowania przez pozostałe państwa wielu zadań, za które dotąd w sojuszu odpowiadały USA. Proces ten odbywa się raczej w formie fait accompli – Waszyngton decyduje, sojusznicy wykonują.
Przedstawiciele administracji jeszcze przed szczytem twierdzą (vide Elbridge A. Colby z Pentagonu), że załatwili co chcieli dzięki presji prezydenta, bo Europejczycy już jakoby zastąpili wkład amerykański do sił desygnowanych dla Sojuszu na wypadek konfliktu. To mocno optymistyczna i niebezpieczna teza. Odnosi się ona tylko do części amerykańskich zobowiązań, nie oddala wątpliwości co do rzeczywistego przywiązania tej administracji do treści Traktatu Waszyngtońskiego. Zaś kluczowy przegląd dyslokacji amerykańskich sił i wojskowych środków w Europie ma być zakończony dopiero wiele miesięcy po szczycie.
I nawet ten fakt uznawany jest za dobrą wiadomość (bo daje innym trochę czasu na rozmowy z USA), gdyż Sekretarz Wojny Hegseth miał już podobno plan poinformowania sojuszników o amerykańskich decyzjach ws. daleko idących redukcji jeszcze w czerwcu (nie zrealizował go na szczęście). A to właśnie brak przewidywalności Waszyngtonu w skomplikowanym procesie przejmowania odpowiedzialności za obronę Starego Kontynentu najbardziej martwi europejskich planistów.
Zamiast dorosłej i wymagającej powagi debaty w Ankarze możemy spodziewać się raczej publicznego wystawiania ocen indywidualnym sojusznikom przez prezydenta Trumpa. Czyli formuły dzielenia członków na dobrych i złych w oczach prezydenta USA. Kryterium oceny będzie przede wszystkim wysiłek (lub jego brak) na polu wydatków obronnych, czy modernizacji przemysłów obronnych. Takie kraje jak np. Słowenia, Czechy czy Hiszpania mogą być wywołane do tablicy. Do tej listy żalów dołączą także prawdopodobnie emocjonalne opinie administracji na temat poziomu wsparcia, jakiego dana stolica (lub konkretny przywódca) udzieliła USA w kontekście amerykańsko-izraelskiej wojny przeciwko Iranowi. Chodzi o pretensje związane z ograniczeniami dostępu do baz i brak gotowości do udzielenia wsparcia operacyjnego „w ciemno”. Tyle, że w sprawie tej wojny pozostali sojusznicy nie byli konsultowani, i nie jest ona uzgodnioną operacją w ramach NATO. Porównanie – operacja wojskowa USA na Bliskim Wschodzie w 2003 r. nie zyskała poparcia NATO jako organizacji, ale nie spowodowało to strategicznego kryzysu dla Sojuszu. Inne czasy.
Nisko zawieszona poprzeczka
Jak widać jest wiele powodów skłaniających do pewnego pesymizmu i zawieszenia poprzeczki oczekiwań dosyć nisko. Ale mimo wszystko jest szansa, że (jeśli tylko nie będziemy kreować zbyt ambitnych nadziei) może uda się zdać test Churchilla podczas szczytu w Ankarze. Oto lista pozytywnych czynników skłaniających do takiej oceny:
a) Na sukcesie szczytu bardzo zależy gospodarzom. Turcja jest tradycyjnie trudnym sojusznikiem, lubi podkreślać swoją niezależność. Ma swoje priorytety i ambicje, zwłaszcza w regionie Morza Czarnego, i często kłócą się one z podejściem innych sojuszników (np. w sprawie relacji z Rosja). Ale ostatnio Ankara stara się jednak bardziej aktywnie udowadniać swoją wiarygodność w NATO, choćby dlatego, że czuje się wykluczona z procesów dotyczących obronności w ramach Unii Europejskiej (vide program SAFE). NATO zdobyło też ostatnio sporo punktów w Turcji, gdy systemy sojusznicze skutecznie zneutralizowały niektóre ataki rakietowe Iranu. I dlatego wspomniane już dobre relacje osobiste Erdogana z Trumpem mogą okazać się bardzo przydatne dla klimatu szczytu.
b) NATO dysponuje bardzo rzetelnymi danymi potwierdzającymi znaczący postęp w zakresie wzrostu wydatków na obronność. Jeśli tylko uda się przekonać prezydenta USA, że może odtrąbić ten fakt jako swój polityczny sukces, winno to pomóc w uniknięciu dużej kłótni, która bardzo zaszkodziłaby wizerunkowi Sojuszu.
c) Jeśli deklaracja – nawet dosyć krótka – utrzyma zbieżność poglądów między USA a resztą w tak podstawowych kwestiach jak ocena roli Rosji (jak miało to miejsce podczas spotkania G7), to będzie można na tej politycznej podstawie budować dalej spójność NATO. A ma to fundamentalne znaczenie dla bezpieczeństwa Europy i nie tylko.
d) Nawet jeśli nie wystarczy czasu (i woli), aby podczas szczytu podejmować istotne decyzje dotyczące wspólnej polityki obronnej czy przemysłowej NATO, lukę tę mogą zastąpić planowane porozumienia, kontrakty i deklaracje, które będą ogłoszone podczas spotkania w Ankarze. Jeśli będą one wystarczająco znaczące (chodzi o miliardy euro), będą przynajmniej dobrze kojarzyć się ze spotkaniem przywódców NATO w Turcji.
e) Jest duża szansa, iż Ukraina uzyska w Ankarze deklaracje nie tylko dalszego poparcia dla swojego wysiłku obronnego, ale i znaczące (mówi się o sumie 70 miliardów dolarów) zobowiązania pomocy finansowej dla Kijowa. To bezcenna wartość dla Ukrainy i niezmiernie istotny sygnał dla Moskwy, iż nie uda jej się „przeczekać” Zachodu w swojej barbarzyńskiej wojnie z Ukrainą.
Podsumowując – nie liczmy na to, że szczyt w Ankarze rozwiąże najpoważniejsze kwestie sporne w Sojuszu. Przede wszystkim losy dalszej roli USA jako lidera NATO rozstrzygną procesy polityczne w samych Stanach Zjednoczonych. Ale jeśli spotkanie w Turcji zapobiegnie dalszej eskalacji procesu destrukcji jedności NATO z powodu świadomej abdykacji przywódczej roli lidera Sojuszu przez USA, to zapisze się ono pozytywnie w annałach długiej historii NATO.
Robert Pszczel – starszy ekspert w Ośrodku Studiów Wschodnich, były dyplomata i urzędnik NATO, doradca ds. dyplomacji Zarządu Defence24

