Reklama
Reklama
  • KOMENTARZ
  • WIADOMOŚCI

Incydent w Woli Krobowskiej pokazał dużą lukę sieci Starlink

starlink
Położenie stacji bazowej systemu Starlink w Polsce jest doskonale znane
Autor. Google Maps

Podpalenie stacji bazowej systemu Starlink w Woli Krobowskiej dobitnie pokazało, że Rosjanie, by wyłączyć ten system na jakimś obszarze, wcale nie muszą zakłócać satelitów oraz terminali użytkowników.

System Starlink był zawsze reklamowany jako niezniszczalny ze względu na liczbę satelitów, jakie się wykorzystuje na orbicie. Jest ich bowiem tak dużo, że nawet wyłączenie jednego z nich nie przerywa działania systemu jako całości. Dodatkowo poruszają się one z dużą prędkością na niskich orbitach LEO (Low Earth Orbit), a więc zmieniają swoje położenie w odniesieniu do użytkownika i systemów zakłócających, które muszą się na nie cały czas nakierowywać. Ta odporność konstelacji Starlink będzie zresztą jeszcze większa, ponieważ liczba aktywnych satelitów z roku na rok się zwiększa i obecnie liczy ponad 10 tysięcy obiektów orbitalnych.

Reklama

Problem polega na tym, że w system Starlink wchodzą jeszcze dwa bardzo ważne elementy – terminale użytkowników oraz naziemne stacje bazowe. W przypadku terminali sytuacja jest podobna jak w przypadku satelitów – są one również trudne do zakłócenia. Od samego początku były one bowiem projektowane z myślą o pracy w środowisku aktywnych zakłóceń. Wykorzystuje się więc w nich charakterystyczne, płaskie anteny fazowane, które elektronicznie formują wąską wiązkę antenową i nakierowują ją na współpracującego satelitę. Automatycznie wszystkie sygnały, które przychodzą z innego kierunku (w tym zakłócające), są silnie tłumione.

Dodatkowym zabezpieczeniem terminali jest to, że nie są one „przywiązane” do jednego satelity. Jeżeli więc jakość sygnału ulegnie pogorszeniu, to antena automatycznie przekieruje wiązkę na innego satelitę, który w danej chwili znajduje się na kierunku niezakłócanym. Jest to więc rozwiązanie adaptujące się do sytuacji.

Jak się dzisiaj okazało w Polsce, system Starlink ma jednak „piętę achillesową”. Są nimi stacje bazowe, których wyłączenie może pozbawić dostępu do Internetu użytkowników terminali w promieniu nawet tysiąca kilometrów (zwykle mniej).

Stacje bazowe są nieodłącznym elementem systemu Starlink. Trzeba bowiem pamiętać, że satelity tego systemu nie są źródłem Internetu, ale muszą być do niego w jakiś sposób podłączone. I do tego właśnie służą stacje bazowe. Satelity pełnią więc rolę lustra albo swego rodzaju przekaźnika. Ich zadaniem jest bowiem przekazać (odbić) sygnał od terminala użytkownika do stacji bazowej i w drugą stronę: od stacji bazowej do terminala użytkownika. Cały ten proces jest realizowany bardzo szybko, przez co użytkownik Starlinka ma również możliwość korzystania np. z gier online oraz wideokonferencji.

Prawdą jest więc, że użytkownik Starlinka nie musi mieć połączenia z jakimś przekaźnikiem na lądzie oraz siecią telefonii komórkowej. Wystarczy mu tylko znaleźć miejsce, gdzie antena jego terminala wyszuka „na niebie” najbliższego satelitę. Inaczej jest już jednak z tym satelitą, który musi „widzieć” stację bazową podłączoną do globalnej, ziemskiej sieci światłowodowej. Tych stacji bazowych jest teoretycznie dużo i są one rozmieszczone na całym świecie. W rzeczywistości każda z nich zabezpiecza określony obszar i jeżeli któraś zostanie wyłączona, to terminale na tym obszarze i satelity nad tym obszarem będą bezużyteczne.

Pewnym zabezpieczeniem mają być satelity nowszej generacji (od wersji 1.5), które mogą się już komunikować między sobą dzięki specjalnemu systemowi łączności laserowej. Wydłuża to drogę danego pakietu danych, ponieważ któryś z satelitów musi w końcu połączyć się z działającą, naziemną stacją bazową. Zmniejsza to przepustowość systemu oraz zwiększa opóźnienia.

Niestety położenie stacji bazowych systemu Starlink nie jest utajnione i te stacje są łatwo identyfikowalne. Każda z nich posiada bowiem zestaw anten, które są otoczone charakterystycznymi białymi kopułami, przypominającymi piłki golfowe. O jawności tego położenia może świadczyć fakt, że wpisując w Google Maps jednocześnie dwie nazwy: „Wola Krobowska” i „Starlink”, zostaniemy dokładnie odesłani do miejsca, gdzie ta stacja się znajduje, i będziemy mogli ją obejrzeć z góry ze stosunkowo dużą rozdzielczością.

Podobnie prosta lokalizacja jest również w przypadku największej stacji bazowej w Europie, która została zbudowana w szwajcarskiej miejscowości Leuk. Z Google Maps można się więc zorientować, np., że w Szwajcarii jest dziewiętnaście anten (i to dużych), a w Polsce tylko dziewięć „golfowych”, oraz określić, jak najłatwiej i skrycie zbliżyć się do takiego obiektu.

I tu jest największy problem. Stacje bazowe widzą satelity systemu Starlink w promieniu kilkuset kilometrów wokół. Oznacza to, że Wola Krobowska teoretycznie zabezpieczała działanie systemu Starlink również na części terytorium Ukrainy. Jeżeli była jedyną na tym obszarze, to powinna być dobrze zabezpieczona przed zewnętrznym atakiem. Od niej zależałoby bowiem, czy Ukraina będzie mogła korzystać ze Starlinka. Powinna być więc traktowana jak obiekt strategicznej infrastruktury krytycznej.

Jak się jednak okazało, zabezpieczenie było zbyt słabe, ponieważ komuś udało się podpalić system zasilania stacji bazowej. Bez niego satelity nad częścią Ukrainy przestałyby działać. Jedynym wytłumaczeniem tak słabego zabezpieczenia instalacji w Woli Krobowskiej może być to, że jest jeszcze zapasowa stacja bazowa w ukrytym i dobrze chronionym miejscu. Jeżeli jednak tak nie było, to polskie władze mają rzeczywiście duży problem do rozwiązania i powód do tłumaczenia. Ktoś bowiem przetestował sposób na wyłączenie systemu Starlink i to tylko kilkoma punktowymi uderzeniami.

Reklama
Zobacz również
Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować
Reklama