Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WYWIADY

„Teoria zwycięstwa konwencjonalnego NATO nie wystarczy” [WYWIAD Defence24]

Gen. Grynkewich i jego "Teoria zwycięstwa"
Gen. Grynkewich i jego "Teoria zwycięstwa"
Autor. MON/X

„Musimy pamiętać, że NATO jest sojuszem zarówno wojskowym, jak i politycznym, a jego funkcjonowanie opiera się na zdolności do wiarygodnego odstraszania. Jeśli zniknie przekonanie o tej zdolności, Rosja zdoła ją podważyć bez przeprowadzania ataku konwencjonalnego. Właśnie o tym musimy zacząć poważnie myśleć” – mówi w rozmowie z Defence24 Harry Nedelcu z Rasmussen Global.

Reklama

Świetne wypowiedzi dotyczące przeciwdziałania atakowi konwencjonalnemu nie wystarczą do obrony przed rosyjskimi atakami hybrydowymi – uważa Harry Nedelcu. NATO potrzebuje „teorii zwycięstwa” również w wymiarze hybrydowym? W jakiej kondycji jest Sojusz Północnoatlantycki? Czy zmniejszenie liczby amerykańskich żołnierzy w Europie nie przeczy teorii wygłoszonej w Warszawie przez gen. Alexusa Grynkewicha? Zapraszamy do lektury wywiadu.

Michał Górski, Defence24: Jak ocenia Pan „teorię zwycięstwa”, którą generał Grynkewich przedstawił podczas Warsaw Security Forum?

Harry Nedelcu, Senior Director for Geopolitics w Rasmussen Global: Pod względem odstraszania i zapewniania sojuszników o ich bezpieczeństwie było to bardzo dobre wystąpienie. Szczególnie trafne były jego słowa, że sam może spać spokojnie, ale jego zadaniem jest sprawić, by inni nie mogli spać po nocach. Właśnie tego oczekuje się od naczelnego dowódcy sił sojuszniczych NATO w Europie, czyli SACEUR-a. Bardzo dobrze oceniam również jego wypowiedzi dotyczące przeciwdziałania atakowi konwencjonalnemu.

Na ile jednak jesteśmy pewni, że Rosja zaatakowałaby nas konwencjonalnie? W świetle tego, co dotychczas obserwowaliśmy, wydaje się to bardzo mało prawdopodobne.

Rosja zapewne próbowałaby raczej osłabiać nas od wewnątrz, wykorzystując różne formy działań hybrydowych poniżej progu uruchomienia artykułu 5, aby testować naszą odporność i pogłębiać podziały w naszych społeczeństwach. Widzieliśmy to podczas protestów we Francji, w których nasilaniu Rosja, jak podejrzewamy, odegrała pewną rolę.

Reklama

Oczywiście można powiedzieć, że zadaniem generała było omówienie ataków konwencjonalnych i artykułu 5, a nie tych zagadnień. Jednak jako Sojusz i jako Zachód musimy zadać sobie pytanie, na ile jesteśmy pewni swojej zdolności do obrony przed pełnym spektrum zagrożeń hybrydowych.

Pod pewnymi względami wyraźnie kontrastuje to z okresem zimnej wojny, kiedy sytuacja była odwrotna. To my bardzo aktywnie i skutecznie wykorzystywaliśmy media. Wystarczy przypomnieć Radio Wolna Europa i wszystkie inne narzędzia, którymi dysponowaliśmy, w tym same nasze społeczeństwa. Nie zawsze wymagało to celowych działań: pod względem gospodarczym, jakości życia, demokracji i tak dalej było oczywiste, że nasza propozycja jest lepsza.

To my byliśmy w ofensywie, jeśli chodzi o zdobywanie serc i umysłów mieszkańców Związku Radzieckiego oraz państw komunistycznych znajdujących się pod jego parasolem. Dziś podziały ideologiczne być może nie są tak głębokie, ale odnoszę wrażenie, że to oni są w ofensywie, a my w defensywie. To nie my próbujemy docierać do ich społeczeństw i pogłębiać istniejące tam podziały. To oni robią to nam.

Reklama

Oczywiście to na nas spoczywa odpowiedzialność za radzenie sobie z podziałami we własnych społeczeństwach. Musimy jednak zacząć od uświadomienia sobie, że znajdujemy się w sytuacji odwrotnej niż podczas zimnej wojny.

Czy problem nie wynika częściowo z tego, że mamy dziś media społecznościowe i wiele źródeł dezinformacji? To istotna różnica między obecną sytuacją a okresem zimnej wojny…

Oczywiście. Dysponujemy innymi narzędziami komunikacji i żyjemy w innej epoce. Nie sugeruję, że te dwa okresy można bezpośrednio ze sobą utożsamiać. Nie mogę jednak nie zauważyć, że nasza sytuacja jest wyraźnie inna, a powiedziałbym nawet, że odwrotna niż podczas zimnej wojny.

Pytał Pan o wystąpienie generała Grynkewicha. W odniesieniu do obrony konwencjonalnej było ono bardzo trafne. Nie obejmuje jednak pełnego spektrum zagrożeń, jakie może stwarzać Rosja. Musimy rozpatrywać je osobno i traktować bardzo poważnie.

Reklama

Wróćmy do „teorii zwycięstwa” generała Grynkewicha. Czy taka koncepcja powinna obejmować bardziej konkretne odpowiedzi, na przykład komunikat do Rosji, że określone działanie wywoła konkretną reakcję? Czy z punktu widzenia odstraszania lepszy jest przekaz bardziej ogólny?

W zakresie, którego dotyczyło jego wystąpienie, czyli ataków konwencjonalnych, właśnie tak należy postępować. Chodzi o odstraszenie przeciwnika i jasne zakomunikowanie mu, że każda próba będzie daremna, więc nie powinien jej nawet podejmować. To istota zadań NATO: odstraszać, zapewniać własne społeczeństwa o skuteczności tego odstraszania i przekonywać przeciwnika, że nie powinien podejmować próby ataku. Z tej perspektywy przekaz był bardzo jasny.

Chodzi mi o to, że jeśli Rosjanie słyszą taki komunikat i wiedzą, że wspólnie jesteśmy od nich silniejsi, nie podejmą próby ataku konwencjonalnego. Będą szukać innych sposobów osłabienia nas i samej naszej zdolności do odstraszania. Spróbują osłabiać nas od wewnątrz oraz pogłębiać podziały, które już pojawiają się w stosunkach transatlantyckich.

Reklama

To zmniejszałoby wiarygodność całego Sojuszu. Musimy pamiętać, że NATO jest sojuszem zarówno wojskowym, jak i politycznym, a jego funkcjonowanie opiera się na zdolności do wiarygodnego odstraszania. Jeśli zniknie przekonanie o tej zdolności, Rosja zdoła ją podważyć bez przeprowadzania ataku konwencjonalnego. Właśnie o tym musimy zacząć poważnie myśleć.

Czy NATO potrzebuje zatem dodatkowej „teorii zwycięstwa” w wojnie hybrydowej?

Zdecydowanie tak. Musimy poszerzyć nasze rozumienie wojny. Niezależnie od tego, czy będziemy to robić w ramach NATO, czy przede wszystkim w gronie państw europejskich, z pewnością musimy wyjść w myśleniu poza działania konwencjonalne.

Jest Pan związany z fundacją powiązaną z byłym sekretarzem generalnym NATO. Jak ocenia Pan kondycję Sojuszu w 2026 roku? Czy jest on silniejszy niż pięć, siedem lub dziesięć lat temu?

Wrócę do poprzedniej odpowiedzi. Musimy pamiętać, że NATO jest sojuszem zarówno wojskowym, jak i politycznym. Opiera się na zdolności sojuszników do wspólnego działania, pełnym zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych oraz ich gotowości do wspierania europejskich sojuszników.

Reklama

Nie powiedziałbym, że NATO jest martwe, ale jego pozycję i zdolność do skutecznego odstraszania z pewnością podważają sygnały płynące ze Stanów Zjednoczonych. Dotyczy to również wydarzeń poza samym NATO, takich jak ostatnie posunięcia Trumpa wobec Rosji i zawarte z nią za plecami Ukrainy „porozumienie dotyczące oleju napędowego”. Osłabia to Ukraińców i sprawia, że czują się poświęceni w imię cudzych interesów. To niewłaściwy sygnał.

Odpowiadając więc na pytanie o kondycję NATO, powiedziałbym, że za obecnej administracji sytuacja jest nieco niejasna. Zasadnicze znaczenie ma to, by Rosja wiedziała, że Stany Zjednoczone w pełni i bez żadnych niedomówień dotrzymają zobowiązań wynikających z artykułu 5. W przeciwnym razie podważana jest sama wiarygodność NATO.

Druga kwestia to zwrot Stanów Zjednoczonych ku Indo-Pacyfikowi. Wszyscy rozumiemy, że on następuje. Wchodzimy w epokę „NATO 3.0”, w której Stany Zjednoczone zapewniałyby kluczowe zdolności wsparcia i realizowały podstawowe zadania wymagające ich udziału, w tym odstraszanie nuklearne, natomiast odpowiedzialność za obronę konwencjonalną spoczywałaby na Europejczykach. Samo w sobie jest to w porządku.

Reklama

Jednak sposób, w jaki się to odbywa, wprowadza wiele zamieszania i chaosu. Ten proces i tak by nastąpił, ale obecna administracja amerykańska przyspiesza go poprzez narastające napięcia wywoływane przez Waszyngton, zamiast poprzez współpracę i koordynację.

To pierwszy problem: proces ten wynika z coraz bardziej napiętych relacji między Stanami Zjednoczonymi a Europą, w tym z presji wywieranej przez Waszyngton oraz sposobu, w jaki traktuje on europejskich partnerów.

Drugi problem jest następstwem pierwszego. Ponieważ proces przyspiesza i przebiega tak chaotycznie, od Europejczyków oczekuje się przejęcia większej odpowiedzialności, zanim uzyskają niezbędne zdolności wojskowe. Brakuje im kluczowych zdolności wsparcia. Nie dysponują na przykład wszystkimi potrzebnymi zdolnościami rozpoznania i obserwacji z powietrza, precyzyjnego rażenia na dużych odległościach ani obrony powietrznej, które pozwoliłyby im przejąć tę odpowiedzialność od Amerykanów. To również przyczynia się do niepewności wokół obecnej kondycji NATO.

Reklama

Poruszył Pan kwestię, o którą jeszcze pozwolę sobie dopytać. Czy prawdopodobne zmniejszenie liczby amerykańskich żołnierzy w Europie nie będzie sprzeczne z „teorią zwycięstwa”?

Jak powiedziałem, problem dotyczy przede wszystkim sposobu, w jaki ten proces przebiega, a nie samego faktu, że następuje. Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby była to uporządkowana transformacja, obejmująca kilka lat wspólnego działania, podczas których Europejczycy mogliby nadrobić zaległości i rozbudować te zdolności wsparcia, w miarę jak Stany Zjednoczone wycofywałyby część swoich sił konwencjonalnych. Tak się jednak nie dzieje i właśnie na tym polega problem.

Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować
Reklama